Dekonstrukcja po katolicku: „Planeta małp” – pierwowzór antyludzkiego bambinizmu czy alegoria zbawiennej ascezy?

Obara_1024x1024 (1).jpg
Autor:
Filip Obara
planetapes.jpg-e1775822620758.webp
„Planeta małp”

Planeta małp. Bezsensowne kino science-fiction, promujące infantylne podejście do zwierząt, a przy okazji ewolucjonizm – czy może jednak dzieło o drugim dnie, na którym spoczywa bogactwo filozoficznej refleksji? I jak na tle oryginału wypada XXI-wieczne wznowienie?

Takie wątpliwości przez lata powstrzymywały mnie przed seansem, ponieważ jedyne kino science-fiction, jakie lubię, to takie, w którym chodzi o coś więcej – które pod pretekstem dziwacznej akcji mówi coś o naturze człowieka. Gdy wreszcie sięgnąłem po klasyczną wersję Planety małp z 1968 roku, byłem usatysfakcjonowany i zachęcony do dalszego eksplorowania tego cyklu i jego późniejszego remake'u.

Śledząc losy kosmonautów NASA, którzy poprzez zakrzywienie czasoprzestrzeni dotarli na nieznaną planetę dwa tysiące lat później, odkrywamy, że istnieje tam cywilizacja na wzór ludzkiej, z tym że kreowana przez... inteligentne małpy. Widzimy nawet specyficzną religijność owych małp, które wyewoluowały i zastąpiły człowieka w jego roli korony stworzenia. Na początku wydaje się, że to grubymi nićmi szyta tyrada na domniemany religijny obskurantyzm, konserwatywną mentalność czy wręcz rasistowskie i ksenofobiczne podejście do innego. Być może taka intencja przyświecała twórcom (na to w każdym razie zwracała uwagę część recenzentów), niemniej w miarę rozwoju akcji pojawia się coraz więcej wątków dających do myślenia.

Zróbmy to razem!

Proroctwo zdebilenia

W oryginalnej Planecie małp mamy do czynienia z motywem odwróconej ewolucji, w ramach której małpy zyskały ludzką inteligencję, natomiast człowiek cofnął się do poziomu prymitywnej niemowy, której testy na sprawność umysłową przypominają te, jakie my dziś przeprowadzamy na zwierzętach. Na marginesie: innym, znakomitym, a znacznie mniej znanym, przykładem wykorzystania podobnego motywu jest znakomity serial z lat 2015-2016 – Wayward Pines.

Jest to o tyle niezgodne z klasyczną antropologią, że w naszym systemie filozoficznym i religijnym, pojmuje, iż za moralność (odróżnianie dobra od zła oraz uczynki stąd płynące), wolność, czy też miłość, odpowiadają duchowe władze człowieka. W żadnym z filmów z tej serii nie pada odpowiedź na pytanie, czy Stwórca zechciał pójść w ślad za ewolucją i zmienić porządek stworzenia, tchnąc rozumną duszę w ciało... małpy.

Pomijając tę nieścisłość (film jest przecież alegorią, więc nie czytamy go dosłownie!), wypada zauważyć, że ów regres człowieka wygląda wręcz proroczo z dzisiejszej perspektywy. Dopiero około drugiej dekady XXI wieku odnotowano bowiem postępujący z roku na rok spadek średniego IQ w społeczeństwach, w których kolorowe ekrany zastąpiły tradycyjne, „analogiczne” źródła wiedzy i kształcenia. Cała sprawa przestaje być absurdalną metaforą, gdy postawimy sobie przed oczy obraz współczesnego człowieka, który chodzi zgarbiony z oczami wlepionymi w smartfona i porozumiewa się coraz krótszymi komunikatami (co również wykazują badania), zatracając nie tylko cześć dla mowy ojczystej, ale i zdolność logicznej, uporządkowanej komunikacji myśli.

W sposób wymowny powraca tu pytanie o duszę. Bo przecież wszystkie te wynalazki, które miały rzekomo zapewnić postęp, a degradują człowieka intelektualnie, nie mają już nic wspólnego z rozwojem rozumianym na sposób duchowy – nadprzyrodzony, czy też po prostu moralny. W ten sposób technologia rozmija się nie tylko z etyką, ale nawet z dobrem rozumianym jako przyrost inteligencji.

Technokratyczny Sąd Ostateczny

Już w pierwszej części Planety małp dowiadujemy się, że szympansy, którym przypadł prym w hierarchii stworzenia, wyznają rodzaj monoteistycznej religii, w której przedmiotem czci jest Dawca Praw, a święta księga jest napisana językiem biblijnym. Strzeżcie się bestii człowieka, albowiem jest on sługą szatana. Jedyny wśród Bożych stworzeń zabija dla sportu, z pożądania lub chciwości. Gotów brata swego zgładzić, by posiąść jego ziemię. Nie dajcie mu się rozplenić, bo w pustynię zmieni dom swój i wasz. Strzeżcie się go, niech nie opuszcza swego legowiska, bo jest wysłannikiem śmierci – cytuje w pewnym momencie jeden z małpich bohaterów, odnosząc się oczywiście do czasów prehistorycznych, kiedy to człowiek umiał jeszcze mówić.

W drugiej części (W podziemiach Planety Małp z roku 1970) dowiadujemy się, że małpy jednak nie są same. W bunkrze na terenie dawnego metra ostała się kolonia ludzi, którzy przez dwa tysiące lat (mamy końcówkę XLI wieku) doświadczyli istnej „hiper-ewolucji”. Umieją porozumiewać się telepatycznie, do czego nie potrzebują już mowy, opanowali też sztukę oddziaływania telekinetycznego na innych ludzi (choć jest to raczej zdolność implementowania rozmaitych iluzji w ich umysłach, które wtórnie oddziałują na zmysły). Znów, moglibyśmy powiedzieć, że nasza współczesność dopisała do tego pomysłu nowe uzasadnienie naukowe. Mowa oczywiście o rojeniach (?) Elona Muska o połączeniu człowieka z maszyną poprzez wszczepienie czipa do mózgu i podłączenie do internetu. Mamy tu więc intuicję, którą moglibyśmy odnieść do idei transhumanizmu.

W każdym razie również mieszkańcy podziemi rozwinęli osobliwą – bałwochwalczą – formę religijności, czcząc coś, co nazywali... Bombą Sądu Ostatecznego. Zdeformowani cieleśnie ludzie (wyglądający jak, nie przymierzając, Anakin Skywalker po niefortunnym pojedynku na planecie Mustafar) śpiewają psalm: Wszechmogąca Bombo, zstąpiłaś z nieba, by uczynić raj na ziemi i przynieść nam pokój... Stanowią oni zaskakująco trafną egzemplifikację dzisiejszego człowieka, który deklaruje pacyfistyczne nastawienie, ale w odwodzie ma rozmaitej maści bronie masowej śmierci. Tą bronią jest w filmie bomba kobaltowa, zdolna zniszczyć całą planetę, a w sferze symbolicznej stanowiąca swoisty paroksyzm materialistycznej wizji świata, w której nawet paruzja staje się bronią w ręku człowieka i, jak nietrudno się domyślić, przyjścia Sędziego nikt się nie spodziewa...

Jednak asceza?

W mojej opinii tylko pierwsza część Planety małp stanowi prawdziwe arcydzieło sztuki kinowej i jaka taka jest ona całością zamkniętą. Stanowi pociągniętą od początku do końca metaforę niepowstrzymanego pędu człowieka do samozagłady, a jednocześnie udziela nieco zaskakującej, a nieco budującej odpowiedzi...

Na końcu okazuje się, że ów pozorny (głównie zewnętrzny) obskurantyzm jest tak naprawdę wyrazem strategii samozachowawczej. Małpy wiedzą, że człowiek był kiedyś inteligentny i wiedzą, jakie skutki sprowadziły na świat konsekwencje grzechu pierworodnego (choć to pojęcie nie pada w filmie). Jeżeli są bezwzględne w swojej walce o utrzymanie status quo, to dlatego, że udało im się stworzyć cywilizację opartą na cnocie umiarkowania, wolną od szaleńczego pędu do podboju i fanatycznej obsesji wynalazków technicznych, których faktyczny wpływ jest odwrotnie proporcjonalny do rozwoju moralnego. Wybrzmiewa to dość mocno w końcowych scenach.

Taki wydźwięk potwierdzałby tezę, której tak bardzo moim zdaniem potrzebuje dzisiejszy świat. Mianowicie, że człowiek – kiedy wszedł już w fazę braku nowych, przełomowych wynalazków, a te stare coraz bardziej służą zniszczeniu i moralnej degradacji – potrzebuje jakiejś formy dobrowolnego kroku wstecz. Wyraża się ten odruch samozachowawczy choćby w postaci zakazów korzystania ze smartfonów i mediów społecznościowych przez dzieci i młodzież.

W skali totalnej i globalnej byłaby to oczywiście utopia, ale w skali poszczególnego człowieka i poszczególnych wspólnot jest to droga nieodzowna, droga ratunku, jeżeli chcemy zachować człowieczeństwo i nie cofnąć się do poziomu orangutanów z telefonem komórkowym w ręku. Taka forma ascezy jawi się jak swoista gimnastyka etyczna i intelektualna niezbędna, byśmy mogli zachować zdolności dążenia do celu naszego życia, jakim jest szczęście osiągane poprzez praktykowanie cnoty.

Degradacja Planety małp

Po sukcesie oryginalnej Planety małp rozpoczęło się niekończące się odcinanie kuponów i, niestety, im dalej, tym mniej sensu i artystycznego wysmakowania... Już w trzeciej części oryginalnej serii mamy do czynienia z absurdem antropologicznym. Właściciel cyrku, który przyjął poród dr Ziry mówi, że nie znosi ludzi, którzy sprzeciwiają się przeznaczeniu, będącego jego zdaniem wolą Bożą i że jeżeli ludzie mają być zdominowani przez inny gatunek, to życzyłby sobie, by było to istoty podobne do tychże inteligentnych i sympatycznych małp. Po czym daje im medalik ze św. Franciszkiem z Asyżu, czyli człowiekiem, których... „kochał wszystkie zwierzęta”. To potwierdzałoby bambinistyczne intuicje. Ponadto mamy do czynienia z irytującym paradoksem czasowym, który znamy dobrze z Terminatora, gdzie John Connor wysłał w przeszłość swojego ojca, który... dał mu życie, choć według zasad fizyki i logiki sam fakt jego istnienia nie mógł się wydarzyć. Podobnie w Ucieczce z planety małp jedynym (niepotrzebnym!) wyjaśnieniem tego, jak małpy stały się inteligentne jest to, że dwie z nich skorzystały z tego samego zakrzywienia czasoprzestrzeni, by zostawić w przeszłości swego potomka.

To omówienie nie byłoby jednak pełne, gdybym nie zahaczył o nowe wersje Planety małp. Pomijając serial z roku 1974 i film z 2001, warto zwrócić uwagę na serię powstającą w latach 2001 (Geneza planety małp), 2014 (Ewolucja planety małp) i 2017 (Wojna o planetę małp). Bynajmniej nie dlatego, że produkcje te choćby w najmniejszym stopniu dorastają do pięt oryginału...

W pierwszej części otrzymujemy nieco bardziej realistyczne wyjaśnienie fenomenu inteligentnych małp – w postaci terapii genowa lekiem o nazwie ALZ-113, który miał pomagać ludziom z Alzheimerem poprzez tworzenie nowych komórek mózgowych. U małp rozwinęło to inteligencję – u człowieka, wbrew oczekiwaniom, przyniosło przeciwny skutek. Jest to chyba największa zaleta całej nowej serii, która już od pierwszej części jest wprost nieznośna w swoim bambinizmie i infantylnej emocjonalności. Naukowiec, który wynalazł wirus rozwijający w małpach inteligencję, mówi szympansowi Cezarowi, że jest jego ojcem, a jego partnerka zachowuje się jakby była matką małpy.

Mamy też rozwinięcie absurdu antropologicznego, gdy obserwujemy małpy, w których rodzi się empatia i coś, co moglibyśmy nazwać zmysłem moralnym. Znów, małpa mogłaby okazać litość tylko i wyłącznie na podstawie decyzji uczuciowej, a nie moralnej, nie zna bowiem różnicy pomiędzy dobrem i złem, bo żeby tak było – Bóg musiałby tchnąć w nią duszę rozumną, zdolną do osądu etycznego. O ile w wersji pierwotnej było to wybaczalne, bo była zręczną alegorią, o tyle tutaj – przy całej dozie pretensjonalnego realizmu – przestaje się to bronić.

Dlaczego zatem piszę o nowej serii? Jest ona bowiem niesamowicie wymownym symptomem naszych czasów i upadku kina, który nastąpił w nowm milenium. Pokazuje jak bardzo ludzkie myślenie i kultura zapędziły się w błąd materializmu. O ile wersja pierwotna była bez sensu (brak wyjaśnienia inteligencji małp, a przede wszystkim ich religijności), o tyle nie była głupia, ponieważ alegoryczna fabuła była tylko pretekstem do powiedzenia czegoś o naturze człowieka. W nowej wersji zatraca się zupełnie wartość moralizująca, a seria filmów staje się wyłącznie naiwną, dystopijną rozrywką. Postąpiły efekty specjalne, kostiumy małp zastąpiły małpy wygenerowane komputerowo postacie, ale co z tego, skoro poziom intelektualny tych dzieł nie odbiega daleko od poziomu szympansa? Biorąc pod uwagę wysokie oceny tych filmów, powstaje pytanie o zdolności poznawcze i komparatystyczne dzisiejszej widowni i to, czy teza o zdebileniu nie znajduje czasem potwierdzenia w samej historii kinematografii?

Gdybym miał doszukać się czegoś sensownego między wierszami, to sformułowałbym jedną myśl (nie wiem, na ile zgodną z intencją twórców): Jeżeli w polityce nie kierujemy się moralnością, tylko rachunkiem zysków i strat, to jesteśmy skazani na wieczną wojnę. Małpy pozwalają ludziom naprawić elektrownię jedynie dlatego że się boją własnej zagłady. W tym sensie nowa Planeta małp byłaby metaforą dzisiejszej polityki. Ale już końcowe sceny Ewolucji planety małp prowadzą nas do nieco innych odczuć, gdy widzimy ckliwą historię o przyjaźni międzygatunkowej i de facto równości gatunków.

Na koniec warto zauważyć, że owa degradacja filozoficzna i artystyczna ma swój kontekst. Dopóki zagrożenia płynące z odkryć szalonych naukowców nie miały znamienia prawdopodobieństwa, filmy futurystyczne umiejętnie operowały tajemnicą i zawierały aspekt ostrzeżenia. Dziś wydaje się, jakby ta gałąź filmowej fantastyki naukowej upajała się swoimi własnymi wizjami, nie bacząc już na wartość etyczną.

Filip Obara

Zobacz inne teksty z cyklu „Dekonstrukcja po katolicku”:

tumblr_pw9tnrp9y61rnbqr4o1_1280-e1730120066358.jpg
Michael Douglas, kadr z filmu „Upadek” (1993)

Dekonstrukcja po katolicku: Człowiek, który chciał „tylko dojść do domu” jako archetyp raju utraconego

Upadek z Michaelem Douglasem to jeden z tych klasyków lat 90., których wspaniałości nie mogłem w pełni docenić, oglądając je na taśmach VHS. Dopiero z dzisiejszej (świadomie katolickiej i konserwatywnej) perspektywy widzę, że jest to arcydzieło wprost genialne. Falling Down to doskonała i zadziwiająca w swojej głębi metafora upadku naszej cywilizacji, w której antybohater staje się ucieleśnieniem ...Czytaj dalej

minority-report-e1657106212903.jpg
Kadr z filmu „Raport mniejszości”

Dekonstrukcja po katolicku: Czy filmy science-fiction uśpiły naszą czujność?

Kto choć raz nie oglądał filmu, w którym „nawrócony” członek totalitarnego społeczeństwa przyszłości „rozwala system” i daje nadzieję na zwycięstwo normalności? Ale czy w którymkolwiek z tych dzieł faktycznie dochodzi choćby do namiastki nawrócenia – czy może raczej jest to zwalczanie tyranii w imię liberalizmu?Pod tekstem o Człowieku demolce czytelnicy zasugerowali, że kino science-fiction uśpiło...Czytaj dalej

Demolka.jpg
Źródło: Materiały prasowe filmu

Dekonstrukcja po katolicku: „Człowiek demolka” – czyli Stary Wspaniały Świat

Demolition Man to film sprzed prawie 30 lat. Wszystkie fantazje na temat przyszłych totalitaryzmów wydawały się wówczas nierealne – nie dlatego, że człowiek nie byłby w stanie się do takich rzeczy posunąć, ale dlatego, że ich wykonalność technicznie nie mieściła nam się w głowie. Jedno jest pewne, w Człowieku demolce ilość dosłownych odniesień do wdrażanych dziś totalitarnych rozwiązań powinna zwr...Czytaj dalej

Obara_1024x1024 (1).jpg
Autor:
Filip Obara
Zróbmy to razem!
Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.
Wybierz kwotę: