Dostałem karabin i rozkaz: „Idź, ubezpieczaj bramę od strony placu Napoleona”. Tak się zaczęło

Powstanie-Warszawskie-2026.jpg
Oprac. PCh24.pl

„Żołnierze niemieccy w niewielkiej tylko liczbie brali udział w tłumieniu powstania. Niemcy wykorzystywali do walk z powstańcami podległe sobie oddziały składające się z najemników, głównie z Ukraińców, Łotyszów, Rosjan, Azerów, Kałmuków i przedstawicieli innych narodów wschodnich. Trudno było ich nawet nazywać żołnierzami, byli to po prostu złoczyńcy - degeneraci i siepacze, którzy mordowali wszystkich bez względu na wiek czy stan zdrowia. Walka z tymi straceńcami to była walka na śmierć i życie”.

Prezentujemy niepublikowaną dotąd rozmowę przeprowadzoną w roku 2006 przez Adama Białousa ze Zbigniewem Snarskim (1924- 2023), powstańcem warszawskim, żołnierzem AK – Kedyw ps. „Zbyszek”.

W jakich okolicznościach doszło do wybuchu Powstania Warszawskiego?

Zróbmy to razem!

Najpierw dowództwo postanowiło, że powstania nie będzie. Dlatego wówczas sporo broni przetransportowano do białostockiego okręgu AK. Później zdecydowano, że powstanie jednak wybuchnie. Ta odesłana broń bardzo by się przydała, ale już jej w Warszawie nie było. Poszedł rozkaz, żeby oddziały były gotowe do akcji, na miejscach tzw. oczekiwania. Tak więc czekaliśmy w tych miejscach, ale zamiast rozkazu zajęcia stanowisk bojowych, otrzymaliśmy polecenie rozejścia się do domów. A za pół godziny, dowiedziałem się, że wybuchło powstanie.

To była niesamowita huśtawka emocji i ogromne zamieszanie. Nawet wśród łączniczek, które przekazywały nam informacje z dowództwa powstał chaos i one same nie wiedziały jaka jest ostateczna decyzja - czy powstanie ma się rozpocząć, czy też nie. Dziewczyny biegały po całej Warszawie od jednego adresu do drugiego. Wynikiem tego bałaganu, kiedy jednak powstanie wybuchło, było to, że jedynie połowa chłopaków dotarła do swoich oddziałów. Pozostali dołączyli do oddziałów, które były najbliżej. Takie oddziały formowane naprędce, szczerze mówiąc, nie miały wysokiej sprawności bojowej. Dowódca nie znał większości swoich żołnierzy, tak więc nie mógł dobrze przydzielić im zadań.

Chaos był tak duży, że niektóre jednostki pozostały bez dowódców. Z powodu tego zamieszania nie opróżniono nawet wszystkich magazynów broni, bo po 1 sierpnia nie można było do nich dotrzeć. Na nasze szczęście Niemcy też byli zaskoczeni wybuchem powstania i na początku zachowywali się bardzo chaotycznie.   

Jaki był pana rodzimy oddział i czy podczas powstania trafił pan do niego?

Przed wybuchem powstania należałem do oddziału dyspozycyjnego Kedywu, tzw. Grupy  „Andrzeja” lub Kolegium A. Było nas w oddziale około 40 młodych chłopców, uzbrojonych w lekkie karabiny maszynowe, pistolety maszynowe, pistolety zwykłe, granaty obronne i dymne - bo nigdy nie wiadomo było, co się wydarzy. 1 sierpnia około godziny 10.00 mieliśmy spotkać się na Placu Grzybowskim. Tam, według pierwotnego planu, powinniśmy wsiąść do samochodów i być przewiezieni gdzieś w okolice pomiędzy Żyrardowem a Puszczą Kampinowską, gdzie mieliśmy rozpocząć działania dywersyjne skierowane przeciwko niemieckim dostawom broni i zaopatrzenia do Warszawy.

Ten plan jednak przepadł, bo na Placu Grzybowskim zatrzymała się kolumna niemiecka. Wróciłem do domu i tam czekałem na rozkazy. Mój kolega z oddziału, a poza tym mój krewny, Karol Wierciak pojawił się z nimi gdzieś o godzinie 13.00. Miałem się stawić na ulicy Szpitalnej o 16.00 i zameldować w oddziale Wojskowej Służby Ochrony Powstania, który miał powiazania z moim rodzimym oddziałem.

Były to jednostki, których zadaniem było, nie dopuścić do zniszczenia pewnych obiektów w Warszawie, aby ich nie zrabowano i nie zniszczono. Stawiłem się tam o jakiejś 16.30. Otrzymałem przydział do grupy dowodzonej przez por. „Szarego”, karabin maszynowy i rozkaz „Idź, ubezpieczaj bramę od strony placu Napoleona”.  O 17.00 zaczęła się strzelanina. Tego dnia zobaczyłem, po raz pierwszy, wstrząsający widok - płynącej rynsztokami wody deszczowej, czerwonej od ludzkiej krwi.

Jakie było pierwsze zadanie, które otrzymał pana oddział?

Dostaliśmy rozkaz zajęcia budynku Poczty Głównej. Szczerze mówiąc to był rozkaz niewykonalny, bo Niemcy, którzy byli ulokowani w bunkrach po obu stronach budynku, prowadzili tak silny ogień zaporowy z karabinów maszynowych, że nikt by do niego żywy nie dotarł. Tym bardziej, że trzeba by przebyć 200 metrów po otwartym terenie. Po prostu samobójstwo. Nasz porucznik nie wykonał tego rozkazu, ponieważ równałoby się to z całkowitym zniszczeniem oddziału, bez jakiegokolwiek pożytku.

Jaką więc pierwszą akcję udało się wykonać?

Pierwszej nocy powstania nic się u nas nie działo. Przypominam sobie tylko taki moment, że patrzymy się – przed bramą w odległości jakichś dwudziestu metrów leży zabity Niemiec. Mówię – zdejmę buty, skoczę do tego Niemca, zabiorę mu karabin i amunicję. Nie wiadomo skąd przy mnie pojawiła się jakaś dziewczynka. Miała najwyżej dwanaście lat. Powiedziała „Wie pan mnie będzie łatwiej”. Zanim zdołałem ją powstrzymać, była już przy ciele Niemca. Przyciągnęła karabin, przyciągnęła ładownicę zupełnie tak, jakby to była całkiem normalna rzecz. Można powiedzieć, że współdziałanie mieszkańców było rzeczywiście bardzo dobre, każdy chciał pomagać, jak mógł. Do Powstania włączyli się niemal wszyscy warszawiacy, bez względu na wiek. Rano zaatakowaliśmy nieduży garnizon niemieckim, umieszczony w hotelu. Zdobyliśmy sporo broni i żywności. To była nasza pierwsza udana akcja w powstaniu.

Mówi pan, że cywile bardzo pomagali?

Tak jest. Opowiem panu na ten temat jeszcze inną historię. Od strony ulicy Marszałkowskiej wjechało działo pancerne. Trzeba było je jakoś zajść od tyłu. Ale z tyłu tego działa, jeśli chodzi o ludzi z oddziału, byłem tylko ja. Sam, uzbrojony jedynie w karabin maszynowy, niewiele mogłem zdziałać. Niespodziewanie zgłosiło się do mnie paru cywilów. Dwóch starszych panów z karabinkami francuskimi z czasów I wojny światowej i jakieś panny, które oznajmiły mi, że wiedzą, gdzie stoją beczki z benzyną. Poszliśmy więc wszyscy do tych beczek i zrobiliśmy tam na miejscu wiele grantów zapalających z butelek wypełnionych benzyną. Na to działo zasadziliśmy się ukryci po obu stronach ulicy Jasnej. Udało się je spalić. Zginęło dwóch Niemców, a jeden uciekł.

W oddziale „Szarego” walczył pan do końca powstania?

Dopiero po tygodniu po wybuchu powstania, udało się opanować chaos organizacyjny. Wówczas z grupy „Szarego” odesłano mnie do batalionu Kilińskiego. Przed rozpoczęciem powstania miał on normalnie trzy kompanie, ale że podczas powstania trafiło do niego bardzo dużo osób, więc urósł on do dziewięciu kompanii. Mieliśmy za zadanie powstrzymać Niemców, którzy próbowali przebijać się Marszałkowską i Alejami Jerozolimskimi. Na Marszałkowskiej szedł na nas jeden czołg i dwa samochody z żandarmami. Obłożyliśmy ich gęstym ogniem. Dojechali tylko do ulicy Świętokrzyskiej. Czołg zaczął się palić, a żandarmi uciekli z samochodów do restauracji na rogu Świętokrzyskiej i Marszałkowskiej.  Wykurzaliśmy ich stamtąd jakieś dwie doby, bo trzeba było zdobywać pokój po pokoju.   

Czy w gruzach Warszawy ciężko walczyło się z Niemcami?    

Żołnierze niemieccy w niewielkiej tylko liczbie brali udział w tłumieniu powstania. Niemcy wykorzystywali do walk z powstańcami podległe sobie oddziały składające się z najemników, głównie z Ukraińców, Łotyszów, Rosjan, Azerów, Kałmuków i przedstawicieli innych narodów wschodnich. Trudno było ich nawet nazywać żołnierzami, byli to po prostu złoczyńcy - degeneraci i siepacze, którzy mordowali wszystkich bez względu na wiek czy stan zdrowia. Walka z tymi straceńcami to była walka na śmierć i życie. Najczęściej prowadziło się nią o każde pomieszczenie budynku. Tak więc dochodziło do sytuacji, kiedy strzelało się od ściany do ściany – nawet z granatów karabinowych lub walczyło się wręcz. Do takiej walki byli jednak skłonni jedynie najemnicy, natomiast żołnierze niemieccy, unikali jej jak ognia. Oni byli trybikami w wielkiej niemieckiej machinie wojennej, która przewidywała jedynie akcje grupowe i to pod ścisłą komendą.

W jakich większych akcjach bojowych brał udział pana oddział?

Braliśmy udział w słynnej akcji zdobycia PAST-y. Inna akcja miała miejsce w okolicy Placu Grzybowskiego. Dotarliśmy do odpowiedniego miejsca. To był teren plutonu 114. Oni nawet napisali na ścianie „Tu za wolną Warszawę walczy pluton 114”. Mieliśmy za zadanie oczyścić z Niemców przejście dla naszych, którzy przebijali się przez Ogród Saski ze Starego Miasta. Dokładnie mieliśmy opanować część Ogrodu Saskiego zwaną Cieplarnią. Poszliśmy do natarcia. Niemcy otworzyli ogień zaporowy. Był on tak gęsty, że ziemia przed nami kipiała od pocisków, tak jak woda kipi w garnku. Zginęło kilku kolegów. Cofnęliśmy się. Za chwile znów próbowaliśmy – z tym samym skutkiem. Niemcom nie kończyła się amunicja, nam niestety tak. Nie byliśmy w stanie przejść przez ten ogień. Gdybyśmy mogli się ze sobą, tj. odział z oddziałem, skomunikować, sytuacja wyglądałaby zupełnie inaczej. A było tak, że każdy nacierał na Niemców w innym czasie, więc nie mieli oni większych problemów, żeby te ataki odeprzeć.

Jakie stanowiska bojowe były najbardziej bezpieczne?

Najbezpieczniej było chronić się w budynkach czy w ich ruinach, gdyż Niemcy każdy otwarty teren zasypywali gradem pocisków moździerzowych i granatów karabinowych. Normalnie żołnierz walczy ogniem i ruchem. U nas z ogniem było kiepsko, więc staraliśmy się nadrabiać ruchem i animuszem. Walki w ruinach wymagały dużo ruchu. Często dochodziło do bezpośrednich starć, walk wręcz, tym co akurat było w ręce. Wszystko to było bardzo wyczerpujące. Wprawdzie byliśmy młodzi, a kiedy walczy się dzień i noc przez parę dni, to całkowicie wyczerpuje niedożywiony organizm.

Czy mieliście nadzieję na pomoc z zewnątrz?

Nadzieję, że nam pomogą Rosjanie, straciliśmy już gdzieś po sześciu dniach powstania. Chociaż oni, gdzieś od września zasilali nas zrzutami broni. Alianci również byli zaskoczeni wybuchem powstania, więc potrzebowali trochę czasu, żeby zorganizować nam pomoc. Była ona jednak niewystarczająca, bo niewielka ilość karabinów sten, które nam zrzucili, niewiele nam pomogły. Wiele ich zrzutów zamiast do nas trafiało do Niemców. Jeśli więc chodzi o broń z zrzutów, to więcej docierało jej do nas od Rosjan. Oni byli „tuż za miedzą” i łatwiej im było do nas latać.   

W jaki sposób zakończyło się dla pana Powstanie Warszawskie?

W nas, żołnierzach Powstania Warszawskiego, duch bojowy nie gasł. Właściwie mogliśmy się bronić jeszcze dłużej. Sprzyjały nam miejskie warunki walki – wypalone kamienice czy gruzowiska, kanały, tam można się było ukryć, osłonić. Stan uzbrojenia pod koniec powstania był lepszy niż na początku. Gorzej było z amunicją. Mieliśmy sporo broni odebranej Niemcom, przebiło się do nas kilka dobrze uzbrojonych oddziałów z Kampinosu. Niestety, walkę musieliśmy przerwać z innych powodów. Najważniejszym z nich był głód.

Prądu nie było od 1 września, wody zaczęło brakować już po dwóch tygodniach od wybuchu powstania. Dlatego był rozkaz, żeby nie używać wody do mycia się, a jedynie do picia. Niemcy kazali pracownikom wodociągów zamknąć wszystkie zawory, żeby nas w ten sposób wykończyć. Jednak ci pracownicy, którzy byli Polakami, często też AK-owcami, nie zakręcili zaworów do końca, dzięki temu mogliśmy jakoś przeżyć. Ale o myciu się nie było mowy, dlatego po wielu tygodniach bez higieny wiadomo, jak człowiek pachnie i jak się przez to czuje. Ten zapach znosiły dobrze tylko wszy, który każdy z nas posiadał pod dostatkiem.

Podsumowując te wszystkie fakty - byliśmy zmuszeni się poddać, dalsza walka nie miała sensu. Nasze dowództwo obawiało się, że Niemcy nie będą traktować poddających się żołnierzy Kedywu jako jeńców wojennych, ponieważ ci najbardziej im szkodzili. Dlatego kazano nam przebrać się w cywilne ubrania i próbować opuścić Warszawę razem z kolumnami ludności cywilnej. Tak uczyniłem.

Dziękuję za rozmowę.

Adam Białous

Zróbmy to razem!
Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.
Wybierz kwotę: