Rafał Ziemkiewicz: Piłsudski – do i od wolności

Przeczuwałem to wcześniej, ale dopiero gdy na poważne wziąłem się do pracy nad książką Złowrogi cień Marszałka, uświadomiłem sobie, jak niewiele prawdy jest w potocznym wyobrażeniu o Józefie Piłsudskim. Dlatego właśnie możemy otaczać go aż takim kultem, że prawda o nim została całkowicie wypchnięta z polskiej pamięci.
Zanim „nietzscheański profil” Marszałka stał się ikoną, w każde Święto Niepodległości powielaną przez wszystkie media niczym dynia na halloween, budowany był ten kult długo i stopniowo. Po pierwsze, sam Piłsudski był mistrzem tego, co nazywamy dziś „pijarem” i budował swą legendę zupełnie świadomie. Uważał za swój obowiązek dać Polakom wzorzec niezłomnego bohatera – we własnej osobie. Bez wątpienia obdarzony był w ogromnym stopniu tą cechą, którą u ludzi sukcesu nazywany „charyzmą”, a u tych, którzy przegrywają – megalomanią. Przekonanie, że jest polskim nadczłowiekiem, zesłanym tu mężem opatrznościowym, Królem Duchem ze Słowackiego i nową inkarnacją duszy Napoleona cechowało go od najmłodszych lat (niewiele wiemy o duchowości Marszałka, ale co do tego ostatniego mamy powody sądzić, iż wierzył tak zupełnie serio). Ze wszystkich wspomnień o nim przebija ta emanująca od niego absolutna pewność tego co robi, pewność celu, do którego prowadzi i tego, że zostanie on osiągnięty. Tym właśnie wzbudzał uwielbienie.
Poniekąd wynikało ono ze specyfiki czasów, w których działał, czasów szczególnie usilnego stawiania idoli. Pamiętajmy, że tak jak na poziomie wysokim jednym z ich patronów był wspomniany Nietzsche, tak na poziomie popularnym rekordy popularności święcił zapomniany dziś Ralph Waldo Emerson ze swoimi Przedstawicielami ludzkości – apoteozą figury silnego człowieka, stawiającą wybitnych przywódców w centrum historii – także tej aktualnie się dziejącej. To właśnie Emersonem zaczytywali się po całych nocach – jak zapisał to jeden z nich – krakowscy uczniowie, studenci i młodzi artyści, z których sformował Komendant drużyny swego „Strzelca”. Dziś, po doświadczeniach faszyzmu i zwłaszcza niemieckiego nazizmu, bezgraniczne zawierzenie „wodzowi” przestało być modne, ale czasy Piłsudskiego to właśnie szczyt wiary w historyczną rolę wybitnych jednostek.
Fakt, że w kręgach polskiej inteligencji to właśnie Piłsudski stał się beneficjentem owej wiary, nie wynikał jednak tylko z jego umiejętności teatralizacji własnej walki i umiejętnego wpisania się w idee polskiego romantyzmu, na których wychowane zostały ówczesne pokolenia. Dowodem wybitności Piłsudskiego były dla współczesnych jego sukcesy. I być może to jest właśnie największym fenomenem tej postaci.
Więcej szczęścia…
Ten Ziuk… szczęściarz, wszystko jemu na dobre wychodzi – zanotował w dziecinnym dzienniku Bronisław, starszy brat przyszłego Naczelnika Państwa i Marszałka Polski. I rzeczywiście, Piłsudski w swym życiu wielokrotnie stawiał wszystko na jedna kartę, hazard był wręcz jego stylem działania. Weźmy choćby podnoszony do rangi jednego z największych sukcesów brygadiera Piłsudskiego marsz na Ulinę Małą: wystarczyłby na trasie jeden patrol kawaleryjski, jakich zgodnie ze sztuką wojenną powinni Rosjanie mieć tam co najmniej kilka, a zalążek Legionów zostałby zniszczony, późniejsi przywódcy sanacyjnej Polski zaś, ze Śmigłym-Rydzem i samym Piłsudskim na czele, zabici albo do końca wojny wtrąceni do niewoli. Ale ryzykancki manewr się powiódł, jak wiele innych skrajnie niebezpiecznych przedsięwzięć Piłsudskiego.
On nas zawsze z najgorszych tarapatów wyprowadzi – powiada bohater piłsudczykowskiej powieści Andrzeja Struga Pokolenie Marka Świdy, ujmując celnie istotę uwielbienia piłsudczyków dla swego wodza. Wiara, że genialny Komendant zawsze znajdzie jakieś rozwiązanie, zawsze powiedzie do sukcesu, była w nim kluczowa.
Inna sprawa, że nawet niepowodzenia umiał Piłsudski propagandowo „sprzedać” jako zwycięstwa. Każdy Polak wielokrotnie słyszał o twórcy Legionów i Legionach Piłsudskiego – a było przecież zupełnie inaczej. Przekształcenie oddziałów, które w przeddzień wojny wymaszerowały z Oleandrów, w Legiony Polskie u boku c.k. armii Austro-Węgier nie tylko nie było celem Komendanta, ale przeciwnie, stało się wskutek całkowitej klęski jego zamierzeń i wieloletniej pracy, klęski, która przyprawiła go o jedno z nielicznych w długiej karierze załamań nerwowych – wiarygodnym świadkom zwierzał się, że tylko mu pozostało w łeb sobie strzelić.
Piłsudski miał plan zupełnie inny: wzniecić powstanie i stanąć na czele wskrzeszonej armii polskiej. Plan, jak inne jego plany, zupełnie nierealistyczny i nieprzemyślany. Wystarczył tydzień w Kieleckiem, gdzie rzucono Pierwszą Kadrową, by Austriacy przekonali się, że zostali okłamani, że żadnej gotowości do wszczynania powstania w rosyjskim zaborze nie ma. Zresztą, na szczęście dla całej Europy (wybuch takiego powstania dawał bowiem Rosji, zgodnie z traktatami sojuszniczymi, prawo wycofania się z wojny – a gdyby nad Marną nie zabrakło niemieckich korpusów w ostatniej chwili przerzucanych pod Tannenberg, Francja i Anglia uległyby, co pogrzebałoby i szanse na polską niepodległość).
Gwoli ciekawości czytelnika: właściwymi twórcami Legionów, autorami pomysłu, którzy wybłagali u cesarskich dowódców, by strzelców nie wcielać do austriackiego landsturmu (jak to zamierzano), ale zachować ich odrębność organizacyjną pod polską komendą i mundurem, byli Juliusz Leo, wpływowy na wiedeńskim dworze prezydent Krakowa, oraz Władysław Sikorski. Tego drugiego nienawidził potem Piłsudski do końca życia za to, że został formalnie jego przełożonym, a cała krótka historia legionów była historią nieustannego warcholstwa dowódcy Pierwszej Brygady, programowej niesubordynacji i intryg przeciwko Komendzie Legionów i Naczelnemu Komitetowi Polskiemu.
To tylko jeden z wielu mitów, który w międzywojniu został całkowicie zakłamany. Ale powojenna propaganda komunistów, która z Piłsudskiego robiła faszystę, zdrajcę i prześladowcę „ruchu robotniczego”, niezwykle wszystkie mity zbudowane w międzywojniu przez niego i wokół niego umocniła. Za życia nie zdołał Piłsudski nigdy zdobyć społecznego poparcia na poziomie powyżej 30–35 procent. Rządził dzięki wojsku, przemocy i usadzeniu we wszystkich kluczowych punktach państwa swoich wyznawców, z czasem nabierających nawyków mafijnych. Dopiero po katastrofie, jaka przyszła, gdy podobnie jak on hazardowo potraktowali kraj wychowani przez niego następcy, niemający jego szczęścia, gwiazda Marszałka nabrała z latami dzisiejszego blasku. Aż stał się on tym Piłsudskim, którego jak boga niepodległości czciło moje pokolenie, pokolenie „Solidarności”, niechcące o Piłsudskim i o sanacji wiedzieć nic poza tym, że bił bolszewika, dał Polsce niepodległość, komuna go nienawidzi i gdyby dziś żył, Polska znów byłaby wolna i potężna.
Warcholstwo, rokosze, pieniactwo…
Klęska drugiej wojny światowej, sowiecka okupacja, i to, co było ich skutkiem, całkowicie zatarło w polskiej pamięci wszystko poza wymienionymi wyżej przesłankami kultu. Nie chcieliśmy, jako się rzekło, bo i nie potrzebowaliśmy wiedzieć, ile w piłsudczykowskiej propagandzie, której relikty odkopywaliśmy z czcią w bibliotekach rodziców i dziadków, było przeinaczeń i zwykłych kłamstw. Dopóki byliśmy zniewoleni, dopóki jedynym sensem patriotyzmu polskiego był bunt, ten mit o wielkim Marszałku, genialnym i zwycięskim, był potrzebny i pożyteczny.
Dopiero w wolnej Polsce, gdy wyzwaniem stało się zagospodarowanie odzyskanego państwa, okazało się – do dziś nie dla wszystkich niestety jest to oczywiste – że jest w tym micie wielkiego zwycięzcy także trucizna.
Piłsudski bowiem przeniósł z dawnej Polski we współczesność nie tylko „ułańską fantazję” i cnoty rycerskie, ale także warcholstwo, rokosze, pieniactwo i wszystko, czego symbolem stało się tak dla Polski zgubne liberum veto. Jak sam stwierdził, nigdy przed nikim nie stawał na baczność, nigdy nie słuchał niczyich poleceń, do lojalnej współpracy z kimkolwiek był organicznie niezdolny. Z wciąż rosnącą grupą oddanych mu ślepo wyznawców stanowił wszędzie ciało obce: mógł być tylko albo władcą absolutnym, albo nikim. W wolnej Polsce, po złożeniu tymczasowego urzędu Naczelnika Państwa wybrał to drugie, ale mit, jakoby odsunął się do Sulejówka, by żyć tam życiem prywatnym, jest kolejnym z wielu kłamstw w tej opowieści. W istocie Piłsudski jeździł non stop po kraju i buntował ludzi przeciwko kolejnym rządom, przeciwko sejmokracji, politykom jako takim; a jeśli przypadkiem akurat był w swym domu, przyjmował tam delegacje spiskowców. Choć odrzucił wszystkie oferowane mu urzędy i funkcje (poza przewodniczeniem kapitule Virtuti Militari), wciąż w wielkim stopniu rządził przez swoich ludzi, szczególnie wojskiem.
Wszystkie kraje mają po wojnie problem z byłymi żołnierzami, którzy odwykli od zwykłego życia, a przywykli do przemocy, i dla których brak pracy i drogi awansu w cywilu. Piłsudski umiał odwołać się do ich rozgoryczenia: sam żył w demonstracyjnej nędzy, wyrzekłszy się wszelkich należnych mu jako byłemu Naczelnikowi apanaży, zawsze w wytartym, starym mundurze, przy każdej okazji sącząc w dusze: Polską rządzą k…wy i złodzieje, politycy to zdrajcy i szubrawcy jeden w drugiego, ukradli wam niepodległość, wszystko rabują, wszystko paskudzą, pożywili się waszą krwią i mają was w d…
Tak w końcu sięgnął po władzę dyktatorską – która go zresztą przerosła. Jej skutkiem była hańba Brześcia i Berezy Kartuskiej, cenzura prasy i fałszowane wybory, pobicia i skrytobójstwo, a w końcu próba budowy, już po jego śmierci, rodzimego faszyzmu, wedle wzorców włoskich. Polska, która w 1920 roku stanęła zjednoczona ramię przy ramieniu, w kolejnej wojnie nigdy nie miała rządu jedności narodowej. Wbici w pychę piłsudczycy nawet po klęsce i sromotnej ucieczce przez Zaleszczyki nie wyobrażali sobie podzielenia się władzą z pogardzanymi k…mi i złodziejami. W efekcie, kto ma rządzić Polską na wychodźstwie, zadecydowali Francuzi i Anglicy, narzucając zgorzkniałego przez dwadzieścia lat odsunięcia Sikorskiego, który wraz z grupą podobnych sobie ofiar sanacyjnych prześladowań więcej uwagi poświęcał zemście, mówiąc językiem dzisiejszym „rozliczeniom”, niż czemukolwiek innemu.
Szkodliwe wzorce
Nie chcemy dostrzegać związku między piękną legendą a dławiącą nas dziś polsko-polską nienawiścią. Ale to właśnie Józef Piłsudski, pomajowy dyktator, narzucił nam wzorce, które z fatalną siłą odżyły natychmiast po roku 1989, już w nieszczęsnej wojnie na górze. Wzorce najwyższej dyktatury moralnej, uprawniającej do każdej podłości wobec wroga – wzorce nieprzewidujące żadnej społecznej współpracy, żadnej demokratycznej gry, a jedynie posłuch i pogardę dla wroga, któremu z zasady odmawia się polskości, człowieczeństwa i wszelkich uczciwych motywacji. Bić k…y i złodziei! jako jedyny program partii to przecież jego własne zawołanie.
Klęską dzisiejszego życia publicznego jest nienawiść, która dzieli obywateli na nieprzejednane obozy, postępuje z przeciwnikami politycznymi jak z ludźmi złej woli, poniewiera ich bez względu na godność człowieczą i narodową, zniesławia i ubija moralnie. Zamiast prawdy panoszy się kłamstwo, demagogia, oszczerstwo, nieszczery i niski sposób prowadzenia dyskusji i polemiki. To, że powyższe słowa z listu pasterskiego Augusta kardynała Hlonda, napisanego w roku 1932, wciąż po prawie stu latach pozostają aktualne, to też, niestety, dziedzictwo tak dziś w Polsce sławionego Marszałka.
Rafał A. Ziemkiewicz
Tekst pochodzi z magazynu „Polonia Christiana” (numer 110, maj-czerwiec 2026)







