Ks. prof. Andrzej Zwoliński: Polska – Ukraina: Konieczność dialogu… o dialogu

Dialog może być kamuflażem dla zbrodni i fałszowaniem świata. Stanowi środek, ale nie cel, którego osiągnięcie uwarunkowane jest wieloma czynnikami. Jeżeli odpowiednie warunki nie zachodzą – dialog traci sens i znaczenie, nie leczy żadnych stan, lecz je rozdrapuje i pogłębia chorobowy stan relacji między społecznościami.
W pierwszych miesiącach 2018 roku ukazała się w znanym krakowskim wydawnictwie „Znak” książka opracowana w formule „wywiadu-rzeki” z arcybiskupem kijowsko-halickim Światosławem Szewczukiem, zwierzchnikiem Ukraińskiego Kościoła Grekokatolickiego. Publikacja nosi tytuł „Dialog leczy rany” (ss. 198). Odnosi się do bardzo ważnego dla każdego obywatela Ukrainy tematu oraz bardzo aktualnego teraz zagadnienia. Dotyczy także Kościoła rzymsko-katolickiego (łacińskiego). Wymaga więc uważnej lektury, zwłaszcza, że wypowiedziane słowa pochodzą od osoby, która ma ogromny wpływ na kształt owego dialogu w społeczeństwie ukraińskim – podzielonym nie tylko na wiele odłamów wyznaniowych, ale też politycznie, etnicznie, kulturowo, ekonomicznie. Społeczeństwo to niesie także z sobą ogromny ciężar tragicznej przeszłości i podziałów, w tym także dotyczących „bratnich” Kościołów: greckokatolickiego i łacińskiego.
Książka wywołuje od nowa tak ważne tematy jak: sposób rozumienia dialogu; zagrożenie budzącym się nacjonalizmem oraz konieczność wychowania patriotycznego.
Oblicza „dialogu”
Jak to bywa z pojęciami używanymi często, a niekiedy bez głębszego namysłu, ulegają one często zniekształceniu. Nadaje się im – niekiedy w dowolny sposób – nowe znaczenia i rozumienie. Bardzo często też są traktowane jak słowa-zaklęcia, które same w sobie mają coś odmienić. Świat lubi tego typu uproszczone budowanie rzeczywistości. Lecz dialog nie jest przecież celem samym w sobie. Debaty czy dyskusje niczego nie zmieniają, a niekiedy wprowadzają zakłamaną stabilizację fałszywych rozwiązań. Doświadczenie „dialogu”, a raczej pseudodialogu, było obecne w historii ukraińskiego i polskiego społeczeństwa aż nadto silnie. Sprowadzało się do dyktatu władzy…
Czyż nie dialogiem nazywano prowadzone w 1943 i 1944 roku ze Stalinem moskiewskie rozmowy nad granicami przyszłej, powojennej Polski? Skończyły się one tym, że w ciągu dwóch dni, do 4 stycznia 1945 roku, funkcjonariusze NKWD aresztowali we Lwowie 772 osoby, w tym 14 profesorów, 6 lekarzy, 21 inżynierów, 3 artystów i 5 księży podejrzanych o działalność „antyradziecką”. Był to dla wszystkich widomy znak sowieckiego władania miastem i traktowania go jako swojej własności.
A tzw. synod lwowski, który w rzeczywistości okazał się bezprawnym sposobem na rozwiązanie Kościoła Greckokatolickiego na Ukrainie? Czyż nie był nazywany „dialogiem”? Tymczasem kilku uzurpatorów do reprezentowania Kościoła spotykało się z Patriarchatem Moskiewskim, strzeżonym przez władzę sowiecką, aby w efekcie wymusić deklarację samorozwiązania się Cerkwi Greckokatolickiej. Wstępem do tego „dialogu” i aktu likwidacji było aresztowanie z początkiem kwietnia 1945 roku wybitnych duchownych na czele z metropolitą Josyfem Slipyjem. Tajny sąd w Kijowie skazał ich w marcu 1946 roku „za zdradę Związku Radzieckiego” na długie lata więzienia lub zesłanie do łagrów pracy przymusowej. Już na początku grudnia 1945 roku władza radziecka, Moskiewski Patriarchat i grupa inicjatywna doszły do całkowitej „zgody” odnośnie przyspieszenia oficjalnej likwidacji Kościoła Greckokatolickiego w Galicji oraz jego przyłączenia do Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej. 12 i 13 grudnia 1945 roku w Kijowie odbyło się posiedzenie, na którym zostały podsumowane wyniki „jednoczącej kampanii”. Uchwalono plan realizacji końcowego etapu inkorporacji grekokatolików do Patriarchatu Moskiewskiego. Aresztowano opornych duchownych – nie chcących podjąć „dialogu”. Szczególnie aktywną pracą odznaczyła się grupa nieuchwytnych kapłanów wędrownych. W 1952 roku w podziemiu działało jeszcze 48 księży. Aresztowanych wysyłano do łagrów Gułagu, gdzie ich pracę fizyczną bez skrupułów wykorzystywano w celu budowania „świetlanej przyszłości” – wszystko dla „dialogu” z władzami radzieckimi.
W latach sześćdziesiątych nastąpiła nowa fala antyreligijnych działań rządu i partii. W dniach 25 i 26 XI 1963 roku obradowała w Moskwie Komisja Ideologiczna przy Komitecie Centralnym Partii. W głównym referacie ideolog KPZR Leonid Iljiczew wskazał na „alarmujące” fakty: „40 milionów obywateli sowieckich uprawia kult religijny. Prawie 60% dzieci jest potajemnie ochrzczonych”. Przebywający wówczas w Rzymie metropolita Moskwy Nikodem tłumaczył: „Intensyfikacja antyklerykalnej propagandy nie oznacza, proszę panów, prześladowania religijnego. Jest to wolna dyskusja, rzec można dialog na płaszczyźnie ideowo-kulturalnej. Prześladowanie religii to zupełnie co innego. Prześladowania są wtedy, gdy władze państwowe wydają zarządzenia skierowane przeciwko wierzącym. A tego w Związku Radzieckim nie było nigdy i nie ma”.
Dialog może być kamuflażem dla zbrodni i fałszowaniem świata. Stanowi środek, ale nie cel, którego osiągnięcie uwarunkowane jest wieloma czynnikami. Jeżeli odpowiednie warunki nie zachodzą – dialog traci sens i znaczenie, nie leczy żadnych stan, lecz je rozdrapuje i pogłębia chorobowy stan relacji między społecznościami.
Podstawą jest wiarygodność
Już w starożytnej Grecji nastąpiła transformacja kultury monologu w kulturę dialogu – zdemonopolizowanie się prawa do absolutnej wiedzy i prawdy, która jest potencjalną własnością każdego, kto podejmie wysiłek wyruszenia po nią. Wyrazem tego była m.in. demokracja. Zakładano prawo do zdobywania wiedzy osobistym wysiłkiem, zakładano chęć i odwagę w poszukiwaniu jej. Od tego wolni byli niewolnicy faraona. Efektywność wystąpień, liczona zyskiwanymi głosami, sztuka krasomówcza – traktowana jako sztuka uwodzenia – stała się najważniejszym walorem „mędrców”. Pierwotnie logos oznaczało zarazem rozum, myśl i język. Teraz zanika ścisły związek pomiędzy tymi trzema aspektami logosu. Najważniejszy stał się język, wyrażający dowolną ideę, oswobodzony z obowiązku lojalności wobec prawdy, na straży której stoi rozum człowieka. Jednak granice dialogu i demagogii powoli się zacierały. Demagog chętnie przemawiał do mas, nie będąc zmuszonym patrzeć w oczy poszczególnych słuchaczy. Sokrates bronił dialogu – przemawiał do pojedynczego człowieka, którego odzierał z anonimowości. Bliski kontakt z innymi, twarzą w twarz, wymusza wierność prawdzie. Twarz posiada tajemniczą moc ujawniania prawdy, woła o prawdę, jest szczera.
Spotkania ludzi mają różny charakter i znaczenie. Różnicują się między innymi formalną stroną organizacyjną i miejscem, w którym się dokonują. W każdej dyskusji, zwłaszcza gromadzącej większą liczbę osób, dużą rolę odgrywa osoba lidera, przewodniczącego, który w większym lub mniejszym stopniu warunkuje jej przebieg. Właściwa procedura przeprowadzania publicznych dialogów oraz zachowanie reguł takiego spotkania ma zapewnić możliwie najpełniejszy szacunek dla prawdy i stworzyć sytuację moralnej odpowiedzialności za słowo i następujący po nim czyn. Warunkiem wstępnym pozytywnego nastawienia do społeczeństwa, zdolności społecznego zaangażowania, a wyrazem tego jest m.in. podjęcie rozmowy, staje się tzw. praufność, pierwotne zaufanie. To podstawa zdrowej osobowości. Już w relacji dziecka do matki można dostrzec rodzącą się praufność, pozytywne nastawienie, zakładające, że bliźni nas nie oszukują, że można na nich polegać. W niezliczonych sytuacjach życia codziennego jednostka zawierza swą osobę publicznym środkom komunikowania, czy też podejmuje rozmowę, zasadniczo oczekując od niej prawdziwych informacji, dobra i zrozumienia.
Podstawą wszelkiej dobrej komunikacji jest wiarygodność rozmówcy, budowana niekiedy niezwykle krótko, kilkoma słowami i sposobem zachowania, a niekiedy całymi latami codziennego życia z kimś. Już 300 lat przed narodzeniem Chrystusa Arystoteles, autor pierwszych prac z zakresu psychologii społecznej, pisał: „Dobrym ludziom wierzymy pewniej i chętniej niż innym: jest to na ogół prawdą, niezależnie od rodzaju pytania, i jest to bezwzględnie prawdziwe tam, gdzie całkowita pewność jest niemożliwa, a zdania są podzielone. Nie jest prawdą to, co przyjmują niektórzy autorzy w swych traktatach o retoryce, że osobista dobroć przejawiana przez mówcę nie przyczynia się wcale do zwiększenia jego siły przekonywania; przeciwnie, jego charakter można niemal uznać za najbardziej skuteczny z posiadanych środków perswazji” (Arystoteles, Retoryka, (I, 2). tłum. H. Podbielski, w: Arystoteles, Retoryka. Poetyka, Warszawa 1988, s. 25).
Wiarygodność, a więc i skuteczność oddziaływania przez dialog, wzrasta, gdy nadawca wyraża stanowisko sprzeczne z jego własnym interesem i jeśli wydaje się, że nie chce on wpłynąć na naszą opinię, nie chce zmieniać naszych poglądów. Większy wpływ na nasze własne opinie i zachowania ma rozmówca, który się nam podoba i możemy się z nim identyfikować. W systemie rywalizacji i kompromisu, który zachodzi w demokracji, ważne jest takie prowadzenie debat i dyskursu, by można było budować ewentualną koalicję, gdy żadna ze stron nie osiągnie zdecydowanego zwycięstwa.
Dialogu nie można się nauczyć, do niego należy wychowywać. Jest to proces obejmujący zarówno wychowanie przez środowisko, jak i samowychowanie, które uzupełniając się kształtują osobowość człowieka. Rozmowa jest rzeczywistością, w której człowiek staje w całym bogactwie swej natury – swych umiejętności i ułomności jednocześnie – w tym szczególnie społecznych.
Dialog, czyli miłość Boga i bliźniego
Terminami bliskoznacznymi dialogu są: „spotkanie”, „rozmowa”, „dyskusja”, „wymiana poglądów”, „komunikacja międzyosobowa”. Chociaż termin „dialog” wywodzi się od greckiego określenia dialogos, dialegein, co oznacza „rozmowa, rozmawiać”, to jednak zakres tego pojęcia jest zdecydowanie szerszy. Dialog jest istotnym elementem spotkania międzyludzkiego rozumianego jako „bycie w miłości”, albo też jako „bezpośrednie lub pośrednie otwarcie się na siebie dwóch lub więcej osób odczuwających łączność między sobą i dążących do możliwie pełnego zespolenia w miłości”. Aby można było mówić o dialogu, musi zaistnieć specyficzny proces wzajemnej komunikacji i wymiany myśli, który realizuje cel pogłębienia świadomości wzajemnych powiązań dziejów ludzkich, odkrywania i zgłębiania prawdy oraz ustalenia zasad współdziałania w zakresie realizacji dobra wspólnego. Dialog nie polega jedynie na przekazywaniu określonych treści, nie jest wyłącznie słowną konfrontacją czy porównywaniem stanowisk. Ci, którzy podejmują dialog, chcą przekroczyć pewne granice powstałe między ludźmi, chcą głębiej zrozumieć drugą osobę i jej tajemnice, inne wspólnoty, tradycje i kultury. Są też świadomi własnej oraz innych egzystencjalnej samotności, niedoskonałości, ale też możliwości otwarcia się na innych, użyczenia im siebie.
Dialog czerpie swe głębokie źródła z pragnienia poznania siebie i innych, samoakceptacji oraz akceptacji drugiego człowieka. W tym sensie jest on realizacją przykazania miłości Boga i bliźniego. Ten, kto prowadzi dialog, rozwija w sobie miłość innych, współczucie, solidarność z bliźnim i wspólnotami, które tworzy.
Jan Paweł II określił aksjologiczną celowość budowania pluralizmu społecznego podczas swego przemówienia w Gdyni, 11 czerwca 1987 r.: „A więc jedność w wielości, a więc pluralizm – to wszystko mieści się w pojęciu solidarności... Solidarność to sposób bytowania ludzkiej wielości... w jedności godnej człowieka”. Mnogość poglądów i i postaw, stojąca za wartością pluralizmu, nie jest ostatecznym punktem odniesienia w stosowaniu zasady jej afirmacji. Tym ostatecznym punktem musi być zawsze wartość człowieka i tego, co on w swym bytowaniu zakłada w sferze wartości. „Samo słowo pluralizm zawiera w sobie pewne niebezpieczeństwo” – mówił Jan Paweł II do obywateli Brazylii w 1980 roku. – W społeczeństwie, które lubi się określać jako pluralistyczne, istnieje z pewnością różnorodność wyznań, ideologii, pojęć filozoficznych. Lecz uznanie tej wielości nie zwalnia mnie oczywiście – ani żadnego chrześcijanina, który przystał do Ewangelii – od afirmacji niezbędnej podstawy, bez sprzecznych zasad, jakie muszą wspierać każde działanie mające na celu budowanie społeczeństwa odpowiadającego wymaganiom człowieka (...), społeczeństwa ufundowanego na takim systemie wartości, które chroniłyby je przed manipulacjami powodowanymi przez indywidualny lub zbiorowy egoizm”.
W nauce społecznej Kościoła wymienia się następujące warunki dialogu:
1. zachowanie identyfikacji stron co do przekonań partnerów, co pozwala unikać podstępu, użycia inwektyw;
2. wzajemne poszanowanie równości, godności, tolerancji – docenienie dobrej woli i poglądów;
3. unikanie nacisków i przymusów, by mieć przewagę;
4. intelektualna uczciwość i obiektywizm, gdyż tylko one pozwalają na znalezienie wspólnego języka i dogadanie się;
5. obie strony muszą dążyć do kompromisu zawierającego consensus („działające uzgodnienie”), poszukują tego, co pozostaje wspólne ludziom.
Dialog napotyka na szereg przeszkód, do których należą m. in.: odmowa słuchania, egoizm, żądza władzy, przestarzałe lub przesadne rozumienie suwerenności oraz bezpieczeństwa państwa, taktyczne i zamierzone kłamstwa, kurczowe trzymanie się przez strony własnych ideologii, które odstępują od prawd obiektywnych. Niekiedy można nawet mówić o dialogu fałszywym, pozornym.
Dialog w dużym stopniu zależy od osobistych przymiotów negocjatorów, rozmówców, reprezentantów poszczególnych stron.
II Sobór Watykański, w Deklaracji o wolności religijnej, uczył: „Prawdy zaś trzeba szukać w sposób zgodny z godnością osoby ludzkiej i z jej naturą społeczną, to znaczy przez swobodne badanie przy pomocy magisterium, czyli nauczania, przez wymianę myśli i dialog, przez co jedni drugim wykładają prawdę, jaką znaleźli albo sądzą, że znaleźli, aby nawzajem pomóc sobie w szukaniu prawdy; skoro zaś prawda została poznana, należy mocno przy niej trwać osobistym przyświadczeniem” (Dignitatis humanae, nr 3).
Bez ochrony mniejszości zagrożony jest cały porządek społeczny. Jan Paweł II przestrzegał, że w kulturze dotkniętej sceptycyzmem, prowadzącym do relatywizacji prawdy i wartości, tracą swą nienaruszalność podstawowe prawa osoby. Czyny uważane za przestępcze uzyskują niekiedy akceptacje prawa, gdyż wszystko jest przedmiotem umowy i negocjacji. Zachowując demokratyczne procedury, takie jak: głosowanie parlamentu, wola większości społeczeństwa, publiczna debata – neguje się prawo do życia słabszych i bezbronnych, zwłaszcza nienarodzonych dzieci. Przez ten fakt, zamiast wypełnić zasadę równości i gwarantować podstawowe prawa człowieka, demokracja „przeradza się w system totalitarny”. Demokratyczna zasada większości służy wówczas jedynie rzekomemu pożytkowi społecznemu, a w rzeczywistości – poprzez negację osoby ludzkiej – zdradza swe ideały i staje się totalitarnym, tyrańskim narzędziem „oznaczającym interes jakiejś grupy”. Porządek demokratyczny, czyli demokracja na poziomie proceduralnym, może stać się przedmiotem manipulacji ze strony wąskich, ale silnych grup społecznych: „W systemach władzy opartych na zasadzie uczestnictwa regulowanie interesów odbywa się często na korzyść silniejszych, gdyż potrafią oni skuteczniej sterować nie tylko mechanizmami władzy, ale także procesem kształtowania się zgodnej opinii. W takiej sytuacji demokracja łatwo staje się pustym słowem” (EV, 70).
Demokratyczne zasady – opacznie rozumiane i interpretowane na sposób manipulacyjny – mogą łatwo stworzyć ze społeczności grupę redukcyjną, której efektem jest eliminacja wielu wybitnych, chociaż odmiennych od ogółu, jednostek. Pomimo głoszenia zasad wolności, braterstwa, idei wypracowywania „wspólnej opinii”, łatwo pojawia się prawo niwelacji i redukcji. Tłumacząc koniecznością dochowania zasady braterstwa, przy ustalaniu wspólnego stanowiska, żąda się – na zasadzie większościowej – zgody na niwelowanie swego rozeznania o rzeczywistym stanie rzeczy tych, którzy stanowią mniejszość. I tak idea „braterstwa” jest argumentem „napędowym”, który prowadzi do odstąpienia, mniej lub bardziej łatwego, od własnych poglądów. Pojawia się też tendencja do zastosowania prawa selekcji, gdy spotkanie równych uczestników debaty, wyznających wspólnie zasadę wolności myśli, prowadzi do selekcji – w imię braterstwa i zachowania jedności – wśród obecnych osób. Ta selekcja eliminuje osobowości najbardziej wartościowe, a wysuwa na czoło osobników już uprzednio „zniwelowanych”. Proces ten może się dokonywać na różnych poziomach życia społecznego.
Marginalizacja i wykluczenie społeczne to jeden z ważnych współczesnych problemów, zarówno politycznych, jak i moralnych, trudny do pogodzenia z poczuciem sprawiedliwości i z ideami dojrzałego społeczeństwa. Dotyczy wielu krajów i środowisk, niezależnie od statusu majątkowego, szerokości geograficznej czy tradycji politycznych.
Współczesną formą marginalizacji jest również etnocentryzm lub różnego rodzaju egalitaryzm czyli postawa polegająca na podnoszeniu poczucia wartości własnej grupy etnicznej (społecznej) kosztem zniesławiania innej. Niekiedy sięga się przy tym nawet do odmówienia innym grupom pełnego uznania ich człowieczeństwa. Może to w efekcie prowadzić do prób kulturowego unicestwienia odrębności etnicznej, czyli „etnobójstwa” – nie tolerowania obecności innych, jeżeli nie pozwalają się oni zasymilować z kulturą dominującą. Przykładem tego mogą być liczne konflikty plemienne w krajach afrykańskich, o sztucznie wykreślonych granicach, nie uwzględniających naturalnych różnic plemiennych. Marginalizacja przyjmuje wówczas postać określaną jako rasizm symboliczny, będący kompilacją negatywnego nastawienia do innych grup społecznych, czego wyrazem jest niezwykle duża ilość wygenerowanych – przed grupę dominującą – negatywnych przymiotników, stereotypowo określających mniejsze grupy. Jest też nazywany rasizmem awersyjnym, gdyż cechują go typowo „rasistowskie” emocje i przekonania, przy jednoczesnym silnym deklarowaniu wartości egalitarnych.
Nazywać rzeczy po imieniu
Najmniej zauważalna i nie poddająca się badaniu socjologicznemu, a obecna w wielu krajach o tradycji demokratycznej, jest marginalizacja spontaniczna jako reakcja społeczeństwa na różnego rodzaju grupy reprezentujące odrębność kulturową, obyczajową czy religijną. Przykładem może być rozpowszechniona, zwłaszcza w krajach o dużym napływie imigrantów, jako zjawisko spontaniczne, wrogość wobec obcokrajowców, często okresowa i prowokowana sytuacyjnie. Najczęściej jest uzasadniana dumą narodową, nacjonalizmem, który jednak przeradza się w szowinizm i ksenofobię czy nawet nienawiść.
Dialog między biskupami rzymskokatolickimi i greckokatolickimi istnieje – ale niezrozumiałe jest opuszczenie w tym dialogu i marginalizowanie głosu duchowieństwa łacińskiego pracującego na terenie Ukrainy, a nieustanne zwracanie się w tym redukowanym „dialogu” wyłącznie do biskupów w Polsce. Przywoływanie słów kardynała Huzara ze spotkania Jana Pawła II w czerwcu 2001 roku we Lwowie; aktu pojednania polsko-ukraińskiego z 2005 roku w Warszawie i we Lwowie czy odsłanianie pomników po stronie polskiej i ukraińskiej (bez faktycznych rozstrzygnięć dotyczących „sprawców” i „ofiar” tychże miejsc), wspólna deklaracja z 2013 roku z okazji kolejnej rocznicy rzezi wołyńskiej – nie rozwiązały szeregu konkretnych i bolesnych spraw, jak np. zwrotu świątyń czy troski o mogiły ofiar ludobójstwa. Wiele ze słów używanych w tych deklaracjach nigdy nie doczekało się doprecyzowania, a nawet zostało poddane manipulacji, jak np. wskazywanie na symetrię „zbrodni ukraińskich i polskich”; rzezi wołyńskiej i działań samoobronnych; nazywanie deportacji w ramach akcji „Wisła” – „czystką etniczną” (s. 101) jest – łagodnie mówiąc – nieporozumieniem; podobnie jak bagatelizowanie problemu wzrastającego nacjonalizmu jako sprawy marginalnej (s. 104 – 105).
W książce abpa Szewczuka znalazło się wiele niezrozumiałych sugestii, jak np. tłumaczenie osobowością prawną parafii niemożliwości zwrotu „łacinnikom” kościoła Matki Bożej Gromnicznej we Lwowie, czy nawet zarzut, że strona rzymskokatolicka chciałaby siłowego rozwiązania tego problemu (s. 109 – 110). Podtrzymuje on też oskarżający stereotyp, że Polacy uważają się za lepszych, ważniejszych od Ukraińców, są „panami” (s. 112) – nie uzasadniając tego typu twierdzeń.
Lektura publikacji Arcybiskupa stwarza wrażenie, że inne jest jego podejście do pojednania polsko-ukraińskiego niż do ukraińsko-rosyjskiego (s. 149). W przypadku Rosji wyraźnie określa agresora i warunki jakie musi spełnić agresor, aby Ukraina mogła przebaczyć; takiej logiki brakuje w przypadku relacji z Polską.
Jan Paweł II odkrywał na nowo znaczenia słów. Jego pontyfikat, naznaczony polemiką z totalitaryzmami współczesności, był przejawem jego walki o język. Nie unikał on słów czy nawet formuł, które przywłaszczyła sobie propaganda. Używając ich przywracał im często tradycyjne znaczenie, odbierając rolę frazesu. Ta świadoma polemika językowa była formą odbudowy duchowej świata. Wydaje się, że na podobną pracę czeka refleksja nad dialogiem i jego znaczeniem i sensem, aby mógł rzeczywiście prowadzić w kierunku „leczenia ran”.
Znakiem odważnego dialogu, jaki prowadził Jan Paweł II, było podnoszenie przez niego tematów ważnych i istotnych, bez względu na ich popularność w społecznościach, do których Papież docierał. Przypominał, że są tematy, co do których niemożliwe są żadne negocjacje, jak np. troska o życie we wszystkich jego stadiach, od momentu poczęcia do naturalnej śmierci; rodzina jako związek między mężczyzną i kobietą, opartą na małżeństwie; oraz prawo rodziców do wychowania własnych dzieci. Jego słowa często nie były łatwe, lecz zawsze były prawdziwe i wynikały z prawdziwej troski o ludzi. To zdecydowało, że pomimo trudnych tematów Papież ciągle był słuchany.
Jan Paweł II potrafił stwarzać warunki rozmowy, prowokował je, oczekiwał sądu i komentarzy, atmosferę każdej rozmowy nasycał spokojem i życzliwością.
Ojciec Święty Jan Paweł II pisał: „Jedynie miłość Boża, zdolna zbratać ludzi wszystkich ras i kultur, może sprawić, że znikną bolesne podziały, konflikty ideologiczne, nierówności ekonomiczne i przemoc, które wciąż jeszcze dręczą ludzkość” (Orędzie na Światowy Dzień Misyjny 2002). W tym kontekście wydaje się, że podjęcie dialogu na temat kształtu relacji polsko-ukraińskich należy do najpilniejszych spraw, o których nie można zapomnieć.
Ks. prof. Andrzej Zwoliński
Śródtytuły pochodzą od redakcji






