Dzikusy z Doliny Krzemowej. Co łączy transhumanizm, UFO i pogaństwo?

Co jeśli najtęższe umysły na planecie, odpowiedzialne za przełomowe technologie, posiadają rozumienie Boga i człowieka na poziomie prymitywnego tubylca?
Chantal Delsol podkreślała, że ludzkość w ogromnej większości nie zna ateizmu. Jako zgniły owoc epoki oświecenia, przekonanie o nieistnieniu Boga stanowiło przez wieki w zasadzie oryginalną koncepcję zachodu. Współczesna rzeczywistość ostatecznie obala ten trwający o wiele za długo eksperyment. Kiedy czołowy ateista świata - Richard Dawkins ogłasza, że jest w zasadzie „kulturowym chrześcijaninem”, pewna epoka dobiega właśnie końca.
Ale żeby dostrzec ponowne „zaczarowanie świata”, wcale nie trzeba sięgać aż do autora „Boga urojonego”. Dzisiaj zsekularyzowane, pławiące się w dobrobycie społeczeństwa zamiast zastąpić sferę religii „racjonalnością”, wypełniają ją przeróżnymi dziwactwami z pogranicza magii, okultyzmu i przesądu. W pustce powstałej po wyparciu religii z życia publicznego, powoli krystalizują się nowe propozycje duchowe dla człowieka XXI wieku. Zamiast jednak napełniać go wiarą, nadzieją i miłością, wzbudzają w nim coraz większą wątpliwość wobec sensu własnego istnienia.
Bo cyfrowa rewolucja, kryzys klimatyczny czy ślepa wiara w postęp skutecznie podważają nie tyle dotychczasowe tradycje religijne, co jej sekularny substytut w postaci liberalnego humanizmu. Człowiek ze swoimi wadami, emocjami i słabościami przestaje stać w centrum wszechświata, stając się – w najlepszym wypadku – podstarzałym kapitanem rozklekotanej łajby cywilizacji, miotanej falami, których nie zna i nie rozumie. Niczym w przedchrześcijańskich wierzeniach, ponownie zdajemy się na łaskę potężnych i odległych sił, wobec których jawimy się niczym nic nie warty, kosmiczny proch.
Kiedy spojrzymy na przesłanie najpopularniejszej „religii” świata czyli…UFO (tak, tak - w istnienie istot pozaziemskich wierzy ok 60 proc. populacji) uderza nas ten sam powtarzający się, dehumanizacyjny wzór. W tej opowieści, cały postęp ludzkości ma swoje źródło w inteligencji pozaziemskiej, dzielącej się mądrością przez swoich posłańców - aniołów, proroków czy wybitnych naukowców. Sam człowiek okazuje się owocem inżynierii genetycznej obcych, tworzących nas bynajmniej nie z miłości, ale z potrzeby zapewnienia sobie taniej siły roboczej. Według jej zwolenników, to właśnie istotom pozaziemskim oddajemy cześć w naszych kościołach, synagogach i meczetach. Jednak nasze modlitwy mają mniej więcej tyle samo sensu, co starania Polinezyjczyków, stawiających atrapy samolotów w oczekiwaniu na dary z nieba.
Podobny schemat wyłania się z transhumanistycznej wizji superinteligencji (ASI), której nadejścia wyczekują czołowi inżynierowie Doliny Krzemowej. Cyfrowy program przewyższający ludzki umysł w praktycznie każdej dziedzinie, potrafiący konstruować coraz potężniejsze wersje samej siebie, nie znający zmęczenia, emocji i ograniczeń biologicznego ciała, jest w zasadzie technologicznym odpowiednikiem koncepcji Boga. Sam człowiek natomiast staje się w tej wizji wyłącznie katalizatorem następnego ogniwa ewolucji; nowego, doskonalszego pod każdym względem gatunku, który wyrwany spod kontroli człowieka, bez trudu zdominuje planetę i ruszy na podbój wszechświata.
Orędownicy superinteligencji wcale nie kryją swojej pogardy wobec gatunku ludzkiego. Kiedy Harari mówi o „małpie człekokształtnej homo-sapiens”, prof. Dragan opisuje nas jako niewiele bardziej skomplikowane „narzędzie przesyłu informacji” od psa, a Elon Musk sugeruje, że jesteśmy wyłącznie „biologicznym rozrusznikiem” dla nowej, cyfrowej świadomości, ciężko zaufać w obietnice świetlanej przyszłości płynące z Dolin Krzemowych od Kalifornii po Shenzhen.
Przyjaciel czy wróg?
Z ust techno-wizjonerów nieustannie słyszymy, jak to połączenie z omnipotentnym programem zapewni ludzkości złoty wiek dobrobytu, wolność od chorób, a nawet samej śmierci. Ale tylko pod jednym warunkiem…
W odróżnieniu od powszechnego przekonania, przedchrześcijańscy bogowie za grosz nie interesowali się losem człowieka. Nie mieli żadnego interesu wchodzenia z nim w interakcję, chyba że dla własnych, osobistych korzyści. Częściej ta marna i śmiertelna kreatura stanowiła dla nich zazwyczaj przedmiot rozrywki; zabawkę w ręku nieprzewidywalnego fatum i pionek na planszy boskich igrzysk.
Zaraza, wojny, głód, trzęsienia ziemi…by zapewnić sobie pomyślność potęg, należało je obłaskawić, nawet za cenę najwyższej ofiary. Niektóre bóstwa były wyjątkowo żarłoczne – aztecki Hutzilopochtli potrzebował nieustannego dopływu świeżej krwi, by wschodzić o świcie każdego dnia. Kananejski Moloch obdarowywał obfitymi plonami, żywiąc się ofiarą całopalną z niemowląt. Z kolei nordycki Frejr błogosławił wojownikom, którzy do jego świątyni w Uppsali zanosili głowy swoich wrogów.
Również dzisiejsi techno-wizjonerzy przekonują, że superinteligencję trzeba w jakiś sposób przeciągnąć na swoją stronę. Żeby nie dokonała globalnego holokaustu, należy zaprogramować ją w ten sposób by dostosować „cele AI” do naszych interesów. Tylko i tylko wtedy zero-jedynkowy bóg zostanie naszym przyjacielem, albo – jak sugerują – będzie wobec nas obojętny, jak człowiek w odniesieniu do nie wartych większej uwagi zwierząt.
„Nie zabijamy naszych futrzastych pupilów bez potrzeby. Wręcz przeciwnie, często są naszymi przyjaciółmi” – starał się łagodzić swój przekaz Ilya Sutskever, mózg stojący za ChatemGPT. Elon Musk ze znanym sobie optymizmem sugerował, że „jeżeli nie możesz kogoś pokonać, przyłącz się do niego”, z kolei Harari, zachęcając do dobrowolnego utracenia kontroli nad własnym życiem życzył ludzkości „miłej podróży”, ponieważ od teraz „wszystkim zajmą się algorytmy”.
Pozytywna wizja wymaga jednak ofiary. I składamy ją codziennie, świadomie bądź nie, każdego dnia przykuci do ekranów naszych telefonów. Cyfrowy moloch rośnie z każdą sekundą, karmiony niezliczoną ilością informacji. Płacimy zaś naszym czasem, emocjami, relacjami z żywym człowiekiem i zdrowiem. Ale być może przyjcie czas, że przyjdzie i zapłacić życiem. A wtedy kapłani nowej religii chętnie zatopią już nie obsydianowe, ale cyfrowe noże w naszych piersiach, będąc pierwszymi nadzorcami niewolników w nowym, globalnym, elektronicznym obozie koncentracyjnym.
Ale tak długo jak jesteśmy oddani w opiekę Tego, który nazwał nas umiłowanymi dziećmi, kazał aniołom aby nam służyli i ostatecznie przelał za nas swoją boską Krew, prorocy nowego wspaniałego świata nie mają nad nami władzy. Nie pomoże im nawet „superinteligencja”, bożek „ze srebra i złota”, który „ma usta, ale nie mówi, oczy ma, ale nie widzi”. Bo Do nich są podobni ci, którzy je robią, i każdy, który im ufa (Ps 115, 8).
Piotr Relich







