Filip Obara: Czy Polacy wiedzą, w co wierzą?

Obara_1024x1024 (1).jpg
Autor:
Filip Obara
ChatGPT Image 23 lip 2026 o 14_47_15.png

Jestem przekonany (choć nie mam na to dowodu), że gdyby stanąć w niedzielę pod kościołami i zapytać Polaków o definicję wiary katolickiej, to 90 procent z nas nie byłaby w stanie udzielić szybkiej, krótkiej i poprawnej odpowiedzi...

Oczywiście cieszyłbym się, gdybym się mylił, ale gdy spojrzymy na kwestię wiary w całej jej komplementarności, a więc na to, czym ona jest i czego od nas wymaga, to obawiam się, że mój pesymizm znalazłby pewne oparcie w faktach.

Dlaczego jest to ważne? Nie tylko ze względu na jakość naszej religijności, ale także ze względu na spory, jakie prowadzimy. Nie jest przecież tajemnicą, że jako Polacy uwielbiamy kłócić się o politykę i o religię. Tymczasem iluż z tych sporów można by uniknąć, gdybyśmy przynajmniej dysponowali wspólnym rozumieniem zagadnień, które nas różnią...

Czy wiemy jak wierzą Polacy?

Zróbmy to razem!

Szukając odpowiedzi na pytanie o wiarę Polaków, wypada zapytać, czy dysponujemy jakimikolwiek badaniami na ten temat? Otóż, okazuje się, że jest problem, bo dostępne badania dotyczą raczej zewnętrznych praktyk religijnych niż rozumienia zagadnień teologicznych i około-teologicznych.

Badanie CBOS „Religijność Polaków w ostatnich dziesięcioleciach” nastręcza problem metodologiczny. Pytania dotyczą deklaracji na temat własnej religijności (czy ktoś uważa się za np. „głęboko wierzącego”), a nie obiektywnych czynników wynikających z doktryny Kościoła. Poza tym jest mowa o zewnętrznych praktykach (częstotliwość chodzenia na Mszę), a nie o znajomości prawd i zasad wiary (która jest niezbędna do właściwej praktyki religijnej).

Podobnie sprawa wygląda w przypadku corocznych raportów Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego. Uwzględniają one liczby dotyczące szafowanych sakramentów czy powołań, ale nie sięgają do samej kwestii wyznawanej wiary, nie dają żadnych danych, na podstawie których moglibyśmy zweryfikować czy katolicy są zgodni z własną wiarą ani nawet czy ją znają.

Polska młodzież została uwzględniona w międzynarodowym badaniu prowadzonym przez amerykańskie Pew Research Center. Wykazało ono masowy odpływ od kościołów i ogromny rozdźwięk w obszarze praktyk religijnych pomiędzy grupą poniżej 40 roku życia, a osobami starszymi. Z tym, że to badanie również nie obejmowało samej treści wiary.

Łatwiej jest mówić o sytuacji w Stanach Zjednoczonych, gdzie rozmaite instytuty wręcz lubują się w mnożeniu wnikliwych badań społecznych. Jedno z takich badań przeprowadziło właśnie wspomniane Pew Research Center (What Americans Know About Religion – Co Amerykanie wiedzą na temat religii).

Większość pytań dotyczy Biblii i różnych elementów chrześcijaństwa, w tym nauki o Najświętszym Sakramencie. W dalszej kolejności badający pytają o judaizm i inne religie. Można by odnieść wrażenie sondaż mówi zbyt ogólnie o religiach, a nie o tym, czy wyznawcy rozumieją własną wiarę – niemniej pytania są na takim poziomie ogólności, że posiadający przeciętną znajomość katechizmu katolik powinien rozumieć na tym poziomie nie tylko własną religię, ale i błędy religii fałszywych, takie jak protestancka zasada sola fide, dlatego uznaję badanie za w jakiejś mierze miarodajne.

I co się okazuje? Ano, okazuje się, że w ilości poprawnych odpowiedzi (na 32 dwa pytania) katolicy bynajmniej nie przodują w zestawieniu, a wyprzedzają ich żydzi (20,5), mormoni (20,3) i protestanci ewangeliccy (17,6). Katolicy uzyskali wynik 16 poprawnych odpowiedzi, wyprzedzając o zaledwie dwie dziesiąte punktu procentowego niejednorodną masę protestantów różnych denominacji. Co ciekawe, najlepszy wynik ze wszystkich uzyskała kategoria respondentów określających się jako... ateiści/agnostycy (20,9).

Co to znaczy wierzyć?

Ale nie o cyfry przecież nam chodzi. I nie o wiedzę stricte podręcznikową, ale o rozumienie. Dlatego najpierw musimy określić, czym w ogóle jest wiara i co to znaczy, że wierzymy. Tu wracamy do momentu abstrakcyjnego (może ktoś by to zrobił?) zaczepienia przeciętnego Polaka pod kościołem...

Na pytanie o to, czym jest wiara i co to znaczy wierzyć, odpowiedź, której udzieliliby nasi przodkowie, mogłaby brzmieć różnie (wyrażona z pamięci albo własnymi słowami), jednak zawsze sprowadzałby się do następującej treści: wiara to cnota nadprzyrodzona (wlana, a więc niepochodząca z wnętrza człowieka), dzięki której przyjmujemy rozumem to, co Pan Bóg objawił i przez Kościół Święty do wierzenia podał.

Definicja niby prosta i oczywista, ale czy na pewno? Rozbijmy ją na części pierwsze. Wiara jest cnotą. Cnota jest terminem zaczerpniętym z samej obserwacji ludzkiej natury i oznacza sprawność moralną (zdolność do dobrych uczynków, która dzięki nawykowi weszła nam w krew). Zawdzięczamy go greckim filozofom, od których przejęło go chrześcijaństwo. Kto dziś ma pojęcie czym jest cnota i że jest to kluczowy termin dla naszego życia religijnego, moralnego, politycznego, społecznego i wychowawczego? Kto rozumie znaczenie poszczególnych cnót? I kto rozumie – różnicę pomiędzy cnotą naturalną a nadnaturalną...

... czyli, cnotą nadprzyrodzoną. Żyjemy w świecie, w którym nadprzyrodzoność została już dawno wyparta przez masoński naturalizm (w praktyce zrealizowane hasło zredukowania religijności do kościelnej kruchty, a usunięcie jej z życia publicznego, ze szkolnictwa itd.), więc nawet jeżeli rozumiemy, że nadprzyrodzone jest to, co pochodzi od Boga, to i tak nasze głębsze rozumienie różnic oraz zależności pomiędzy łaską a naturą, będzie pozostawiało wiele do życzenia. W aspekcie eklezjologicznym zwrócił na to uwagę kard. Ratzinger w swoim Raporcie o stanie wiary. Wskazał mianowicie, że poważnym źródłem kryzysu jest to, że przeciętny katolik nie zauważa już, że rzeczywistość kościelna faktycznie zaczyna się od Chrystusa, postrzega Kościół jako dzieło ludzkie – w kategoriach bardziej socjologicznych niż nadprzyrodzonych.

Kolejny punkt: akt rozumu. Czy wiara jest aktem rozumu czy aktem woli? Jak jedna władza duszy zależy od drugiej? I w ogóle jaka władza duszy?! Przecież jako dzieci na lekcjach biologii uczymy się, że to mózg (a nie rozum jako władza niematerialnej części naszej natury) odpowiada za myślenie. Czy wiara nie jest zatem jakiegoś rodzaju przeżyciem albo uczuciem? Ileż nieporozumień praktycznych stąd płynie, gdy zaczynamy twierdzić, że przeżywanie wiary polega na jakiegoś rodzaju wewnętrznych czy wspólnotowych doświadczeniach, a nie na posłuszeństwie rozumu i woli wobec objawiającego się Boga...

I kolejno dalej: kim jest Bóg i czym jest Kościół. Mamy więc pytania teologiczne i eklezjologiczne, których nawet nie będę zadawał, bo jest ich zbyt dużo.

Drzewo wiary...

Przejdźmy do konkretów, bo ważna jest nie tylko definicja, ale przede wszystkim obraz świata, jaki za nią stoi, bo od niego zależą nasze wybory moralne i relacje z bliźnimi.

Gdybyśmy chcieli rozrysować to w formie rozrastającego się drzewa, to od pnia (jakim jest samo rozumienie wiary) musielibyśmy wyprowadzić szereg korzeni, a potem gałęzi, gdzie te pierwsze odpowiadałyby naszym pojęciom bazowym, a te drugie – wnioskom, jakie wyciągamy z wyznawanej wiary i katolickiej wizji świata, postrzegając przez ich pryzmat konkretne sprawy. O pniu pisałem już wyżej, teraz korzenie i gałęzie.

Korzenie

Chociaż wiara jest cnotą wlaną, a więc w swojej istocie całkowicie niezależną od nas (my mamy ją jedynie przyjąć w całości i niewybiórczo), to jednak w rozumieniu poszczególnych prawd siłą rzeczy kierujemy się tym, co nas ukształtowało. Człowiekowi, który miał dobrego ojca, łatwiej będzie odnaleźć się w prawdzie, że Bóg jest naszym ojcem, zaś człowiek, który miał toksycznego i emocjonalnie nieobecnego (albo niestabilnego) ojca, będzie miał kłopot.

Ostatnio popularny w sporach jest problem posłuszeństwa i autorytetu papieża. Również w tym punkcie nasze poglądy czysto naturalne rzutują na rozumienie spraw kościelnych. Nie rozumiejąc, czym są prawo (temu zagadnieniu poświęcony był mój poprzedni tekst, komplementarny wobec niniejszego – Cywilizacja trwa tam, gdzie ludzie przechodzą na czerwonym świetle), sprawiedliwość i władza, nie sposób wykształcić właściwych pojęć również na gruncie religijnym. Jesteśmy wszyscy skażeni przez błędy etatyzmu i pozytywizmu prawnego, skąd biorą się fałszywe wyobrażenia – rzutujące na nasze pojęcia religijne.

Ma to swoje konkretne konsekwencje. Papież nie jest władcą absolutnym w tym znaczeniu, że ma nieograniczoną władzę nad depozytem wiary i może go zmieniać. Dlatego posłuszeństwo wobec papieża jest zawsze warunkowe (czyli: o ile jego wola jest zgodna z nauką Pana Jezusa i Kościoła), podobnie jak posłuszeństwo wobec prawa (prawo państwowe o tyle jest legalne, o ile jest sprawiedliwe i zgodne z prawem naturalnym). Musimy znać naukę Kościoła, tak jak musimy znać prawo, żeby ocenić, czy w danej sprawie sumienie zobowiązuje nas do podążania za wolą papieża czy rządu.

Spieramy się na wiele innych kwestii: kiedy papież jest nieomylny; co to znaczy, że przez biskupów działa Duch Święty; co to znaczy, że wszelka władza pochodzi od Boga; jaki ma być chrześcijanin – czy ma być frajerem, który „nadstawia drugi policzek” (jeden z najbardziej zmanipulowanych cytatów z Nowego Testamentu), czy też żołnierzem Chrystusa, który walczy ze złem, używając również środków ludzkich itd. itp. We wszystkich tych kwestiach włączają się nasze przekonania bazowe i możemy nawet nie mieć pojęcia, że istota sporu nie jest nawet religijna, teologiczna – ale rozbija się właśnie o te błędy w przekonaniach czysto naturalnych.

Gałęzie

Jeżeli mówimy o rozumieniu świata, to jako katolicy przyjmujemy za Arystotelesem podstawowy fakt: rozum ludzki jest zdolny do obiektywnego poznania. Skoro jesteśmy dziećmi Boga, który stworzył świat i przyjaciółmi Chrystusa, który go odkupił, to nie możemy błądzić w kwestiach poznawczych czy antropologicznych. Naszą rozumną duszę stworzył ten sam Bóg, który dał nam objawienie. Dlatego kwestia naszych poglądów na naturę ludzką i związane z nią kwestie moralne, a nawet społeczne i polityczne, nie jest całkowicie dowolna.

Chociaż w sensie ścisłym mamy przyjmować tylko prawdy wiary i moralności zawarte w Tradycji, Piśmie Świętym i uroczystym Magisterium, to jednak z objawienia i z samego faktu istnienia porządku i prawa naturalnego płyną określone wnioski.

Szereg kwestii, o które się spieramy, w ogóle nie podlega dyskusji. Nikt, nigdy i na żadnych warunkach nie ma prawa zabić dziecka nienarodzonego. To jest prawo naturalne i to jest prawo Boże pozytywne, wyrażone w Dekalogu. To nie jest kwestia, która może być materią demokratycznego głosowania i dlatego każdy polityk, który w jakikolwiek sposób przykłada rękę do stanu prawnego, w którym dzieciobójstwo jest legalne czy tolerowane, nie może nazywać się katolikiem i z automatu popada w karę ekskomuniki.

Z prawa naturalnego wynika również prawo własności, a stąd z kolei wyprowadzamy wnioski dotyczące moralnej oceny stosunków własności, a dalej również zasiłków, programów socjalnych itd. Drzewo, którego używam jako obrazu, rozgałęzia się praktycznie w nieskończoność, tak że żadna nasza idea i żaden nasz pogląd na sprawy zasadnicze (pomijając kwestie tego, czy ktoś lubi kawę jasno czy ciemno paloną albo wino białe lub czerwone) nie są wyabstrahowane od uniwersalnego wzorca i oderwane od obiektywnego porządku rzeczy. Słowem, jako katolicy nie mamy nieograniczonej dowolności światopoglądowej, lecz ogranicza nas porządek, jaki Stwórca dał stworzeniu.

W każdym razie, skoro na poziomie bazowym (intelektualnym) przyjmujemy właściwą definicję rozumu, to na poziomie wniosków musimy przyjąć realizm poznawczy, a co za tym idzie – odrzucić relatywizm i subiektywizm. To samo dotyczy innych pojęć i wniosków, jakie z nich wyprowadzamy.

Co słychać na polskiej parafii?

Powstaje zasadnicze pytanie (dla niektórych być może obrazoburcze): Czy przeciętna polska parafia przekazuje w ogóle tego rodzaju wiedzę?

Ogólna katechizacja oraz społeczne nauczanie Kościoła były próbą przełożenia prawd objawionych i prawideł zawartych w prawach Bożym, wiecznym i naturalnym na coraz bardziej pogmatwane pojęcia współczesności – od wieków zaciemniane przez intelektualne i propagandowe manipulacje zbuntowanych heretyków, masonów, antyfilozofów, liberałów, socjalistów, komunistów, neomarksistów, relatywistów i subiektywistów. Aż do lat 60. ubiegłego wieku następcy św. Piotra z odwagą i świadomością roli Kościoła stawali do walki przeciwko błędom wymienionych wrogów prawdy, którzy nie uznają obiektywnej rzeczywistości.

W dobie aggiormamento to się zasadniczo zmieniło. W seminariach odrzucono wykład filozofii wieczystej (realistycznej) i zaczęto z fascynacją przyjmować różne, szemrane nurty pseudofilozoficzne. W taki sposób do myślenia katolików wdarły się błędy robiące zamęt w sferze omawianych wyżej pojęć bazowych. Powstanie na tym gruncie błędów teologicznych było tylko kwestią czasu.

Obecnie na polskich parafiach (jak i wszędzie indziej) posługują już głównie kapłani ukształtowani po reformie liturgii i formacji seminaryjnej. W jaki więc sposób mieliby oni przekazać wiernym, że istnieje obiektywna rzeczywistość, a nauczanie Kościoła (jako jedynej arki zbawienia, która jest tożsama z Mistycznym Ciałem Chrystusa, a nie w której to Ciało „trwa”) się nie zmienia, skoro sami nie są już tak uczeni? W jaki sposób księża mieliby wpajać pojęcia filozofii klasycznej, na których zbudowana jest cała teologia katolicka (pomijając nowe nurty posoborowe), kiedy nawet autorytet św. Tomasza z Akwinu (nie mówiąc już o Arystotelesie) został de facto podważony?

Dlatego – skoro już pozwoliłem sobie na śmiałą hipotezę, iż większość Polaków nie wie, w co wierzy – to nie cofnę się przed próbą zdiagnozowania przyczyny. Otóż, uważam, że na parafii, gdzie posługuje ksiądz niemający często pojęcia o prawdziwej katolickiej teologii i niezakorzeniony w zdrowym filozoficznym rozumieniu świata, nie może być mowy o powszechnym i konsekwentnym kształtowaniu wiernych (spójnej formacji), zgodnym z rozumną wiarą.

Mogą zdarzyć się wyjątki i nawet wśród skażonych duchem złej filozofii i błędnej teologii możemy znaleźć mnóstwo kapłanów dobrej woli, ale to już kwestia subiektywna, którą zna tylko Pan Bóg.

My zaś – jako prości wierni – mamy prawo domagać się pożywnego chleba, a nie lukrowanego słodkimi frazesami wyrobu chlebopodobnego. Nie jest to jakiś szczególny przywilej, ale istota działalności Kościoła. Takiemu Kościołowi mamy być wierni, bo tylko taki otrzymał obietnicę, iż bramy piekielne nie przemogą go.

Co do naszych polskich sporów, proponuję następujące wnioski. Zanim zaczniemy się kłócić, ustalmy najpierw o co się kłócimy. Upewnijmy się, że nasza wiedza jest ugruntowana w dobrych źródłach, a nie czerpana z płytkich, stereotypowych wyobrażeń niczym z nagłówków medialnych. I odważmy się zbadać sferę naszych przekonań, by upewnić się czy czasem w naszym przypadku nie sprawdza się powiedzenie króla antyfilozofów: Jeśli fakty przeczą mojej teorii, tym gorzej dla faktów.

Filip Obara

mlodziez-wychowanie-skauci.jpg

Filip Obara: Bez Boga ani do proga. Rola Kościoła w wychowaniu dzieci

„A Bóg, dawca nadziei, niech wam udzieli pełni radości i pokoju w wierze, abyście przez moc Ducha Świętego byli bogaci w nadzieję” (Rzym 15,13) – jak wobec takiego zapewnienia możemy mówić, że w świecie bez wiary i autorytetu nie da się wychować dzieci? A jednak – często tak mówimy...W tekście Polacy przestali wychowywać dzieci? Jest ratunek! pisałem o wychowaniu w oparciu o lekturę książki wybitn...Czytaj dalej
Obara_1024x1024 (1).jpg
Autor:
Filip Obara
Zróbmy to razem!
Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.
Wybierz kwotę: