Filip Obara: Cywilizacja trwa tam, gdzie ludzie przechodzą na czerwonym świetle

Obara_1024x1024 (1).jpg
Autor:
Filip Obara
przejscie (1).jpg
Oprac. PCh24.pl

Żyjemy w państwie, w którym policjant mający strzec prawa nie ma zielonego pojęcia, czym jest prawo. Zostaliśmy poddani tak daleko idącej tresurze behawioralnej, że nie widzimy nic dziwnego w staniu na czerwonym świetle, mimo że ulica jest całkiem pusta. Tu zaczyna się nasze zniewolenie i tu możemy złamać kajdany, w których trzyma nas system wszechwładnego państwa.

Kto z nas nigdy nie był zatrzymany przez policję za rzekome „wykroczenie”, choć nie uczynił niczego obiektywnie złego? Prawo jest pisane po to, by zabezpieczyć określone dobro wspólne. Tymczasem system „pruskiego” myślenia o przepisach – jakże odległy wobec dziedzictwa prawa rzymskiego – przyzwyczaił nas, że prawo jest celem samym w sobie, a my nie powinniśmy zastanawiać się nad jego sensem.

Zetknięcie się z nieco normalniejszą rzeczywistością – choćby w krajach śródziemnomorskich – to przebłysk światła, dzięki któremu możemy uświadomić sobie, że żyjemy w Matrixie. Ale sam zdrowy rozsądek to za mało. Potrzebna jest zdrowa doktryna, a takiej dostarcza koncepcja prawa obowiązująca przez tysiąclecia w naszym kręgu cywilizacyjnym.

Zróbmy to razem!

Studium przypadku: Fabian z lemoniadą

Za tło do rozważań o istocie prawa niech posłuży niedawny przypadek 12-letniego Fabiana z Bogatyni. Otóż, chłopiec spokojnie handlował lemoniadą pod blokiem, zbierając pieniądze na książki, gdy ktoś z sąsiadów... złożył na niego donos (pozwolę sobie nie skomentować moralnej ohydy tego czynu). Na miejsce przybył patrol straży miejskiej i zamiast dać chłopcu mandat, kobiety wykupiły od niego cały zapas lemoniady.

Cieszymy się, że Panie ze Straży Miejskiej zachowały się „po ludzku”. Ale musimy też zadać niewygodne pytanie: Czy zachowały się tak dlatego, że pozwalają na to przepisy? Istnieje bowiem luka w prawie, które po prostu nie reguluje tego typu handlu prowadzonego przez dzieci.

Jeszcze ważniejsze i kluczowe dla tego tekstu będzie pytanie: Czy funkcjonariuszki zachowałyby się tak samo, gdyby musiały zignorować przepisy, by zachować się „po ludzku”?

Nie jest ważne, czy będzie to Fabian z lemoniadą, czy gdański przedsiębiorca ukarany za „luksusowe” krewetki na pizzy, czy zwykły obywatel obłożony mandatem za to, że przeszedł na czerwonym świetle po pustej ulicy. Te i niezliczone inne przypadki są tylko objawem choroby, której nie zrozumiemy, jeżeli nie poznamy istoty prawa.

Czym (nie) jest prawo?

Aż do XIX wieku, kiedy to Napoleon wprowadził swój kodeks, prawo rzymskie było podstawą prawodawstwa europejskiego. Siłą rzeczy kierowaliśmy się więc określonym paradygmatem, zupełnie odmiennym od tego, który przyjęła Europa porewolucyjna.

Syntezy rozumienia przedrewolucyjnego dostarcza nam św. Tomasz z Akwinu w zagadnieniach poświęconych prawu (Suma teologiczna, I-II, 90-105). Według najogólniejszej definicji, prawo to „rozporządzenie rozumu dla dobra wspólnego nadane i publicznie obwieszczone przez tego, kto ma pieczę nad wspólnotą”.

Istotne jest jednak jak rozumiemy cechy takiego prawa. Podstawowe założenie (jak tłumaczą Piotr Roszak i Jan Wółkowski w artykule Istota prawa według św. Tomasza z Akwinu) stanowi, że prawo nie istnieje samo dla siebie, ale dla jakiegoś dobra. Po drugie, prawo klasyczne zakładało odniesienie do ludzkiej natury i skierowanie działań do celów, które są w niej zawarte.

Na przekór temu nowożytne prawodawstwo pomija ludzką naturę, a skupia się wyłącznie na uznaniowym nadawaniu jakichś przywilejów i określaniu relacji pomiędzy różnymi przepisami. Dzisiejsze prawo jest obojętne wobec faktu, że człowiek jest istotą rozumną, której celem jest szczęście, ale szczęście istoty rozumnej jest uwarunkowane moralnie – drogą, która do niego prowadzi jest cnota, czyli sprawność moralna. Szczęście zaś nie jest równoznaczne z przyjemnością czy samozadowoleniem, lecz stanowi spełnienie godziwych pragnień i potrzeb w zgodzie z prawem moralnym. Wolność w tym kontekście nie polega na samej możliwości wyboru, ale realizuje się w wyborze istotnego dobra.

Traktowanie przepisów tak jakby były celem samym w sobie jest wypaczeniem istoty prawa. Zaś bez odniesienia do natury prawo staje się nie tylko dowolne, ale i następuje fałszywe określenie kompetencji państwa: skoro państwo ma (według dzisiejszego rozumienia) prerogatywę do nadawania nam jakichś praw, to ma też prerogatywę do ich odbierania i nie istnieje żaden punkt odniesienia poza samą władzą, do którego moglibyśmy się odwołać w przypadku niesprawiedliwości władzy.

Posłuszeństwo wobec władzy opiera się na jej autorytecie moralnym, a to oznacza, że władza nie może stanowić dowolnych praw, a jedynie takie, które są zgodne z moralnością, sprawiedliwe i służą dobru wspólnemu, a nie interesom rządzących. Posłuszeństwo takiej władzy jest cnotą (sprawnością moralną). Kiedy zaś władza przestaje działać dla właściwego sobie celu, traci ten autorytet, a w pewnych przypadkach nieposłuszeństwo wobec takiej władzy może okazać się cnotą.

W przeciwnym wypadku nie mamy do czynienia z prawem i nie jesteśmy zobowiązani do posłuszeństwa. Muszą być spełnione powyższe warunki. Wola prawodawcy, aby miała „istotne cechy prawa” – jak zaznacza św. Tomasz – musi być „normowana przez rozum”. „W przeciwnym razie wola władcy byłaby raczej nieprawością niż prawem” – czytamy. Ponadto, „wszelki nakaz dotyczący jakiejś partykularnej sprawy o tyle ma znamiona prawa, o ile ma na celu dobro wspólne”. Już św. Augustyn twierdził: „Nie wydaje się, żeby prawo niesprawiedliwe było prawem”. Akwinata zaś dopowiada: „Toteż prawo ma tyle z ważności, ile ma ze sprawiedliwości”.

Kolejną ważną cechą prawa jest to, że powinno ono być możliwie ogólne. Czyż dzisiejsza mania produkowania tysięcy stron regulacji nie jest czystym przeciwieństwem tej zasady? Prawodawca nie tylko nie jest w stanie przewidzieć wszystkich sytuacji, ale nawet nie powinien być przesadnie gorliwy w zwalczaniu drobnych występków, ponieważ prawo trzeba ludziom narzucać „odpowiednio do ich uwarunkowań”. „Prawo ludzkie nie zabrania wszystkich występków, do których stronią ludzie cnotliwi. Zabrania tylko cięższych występków, od których może się powstrzymać przeważająca część masy ludzkiej”. 

Czy Polacy rozumieją czym jest prawo?

Zadanie przetłumaczenia Polakom istoty prawa jest o tyle karkołomne, że zahacza o głęboki spór filozoficzny na temat natury człowieka i świata, a przede wszystkim podstawowego założenia celowości natury, którą uznawał już Arystoteles.

Jeżeli świat powstał z chaosu, a jedyną formą uporządkowania są prawa przyrody (za którymi nie stoi żaden Prawodawca), to jedynym, co pozostaje człowiekowi, jest dowolne ustalenie praw na zasadzie umowy społecznej…

Problem polega na tym, że takie prawa biorą się znikąd (to jest z uznaniowej woli prawodawcy) i muszą prowadzić donikąd. Przykładem będą wszelkie przepisy zaczerpnięte fałszywych pojęć i prowadzące do złych skutków, czyli do represjonowania Bogu ducha winnych obywateli, którzy nie zrobili nic złego, a ich jedyną „winą” jest „wykroczenie” przeciwko tymże przepisom, którym nadano charakter celu samego w sobie.

W praktyce dzisiejszy paradygmat prawa prowadzi do bezwarunkowego posłuszeństwa. Nie ma sensu podważać sensu prawa, skoro powodem do jego przestrzegania jest sama wola prawodawcy, a nie zgodność z wyższą normą, jaką jest prawo naturalne.

Przeciwnie, w klasycznej koncepcji prawa posłuszeństwo opiera się na osądzie rozumu. Zakłada zdolność do poznania i podmiotowość każdego z nas wobec prawa. To my dokonujemy oceny, co jest sprawiedliwe i jesteśmy zobowiązani do posłuszeństwa w sumieniu, jeżeli dochodzimy do wniosku, że dane prawo jest słuszne. 

Jest to fundamentalna dyskusja o naszym człowieczeństwie z jej najważniejszym pytaniem: Czy nasz rozum jest zdolny do obiektywnego poznania?

Musimy wreszcie przestać uciekać od tej dyskusji. Przestać udawać, że idee nie mają konsekwencji i że wystarczy zdrowy rozsądek, by przeciwstawić się tyranii systemu, w którym żyjemy. Dwie konstytutywne cechy tego systemu to jego etatyzm i pozytywizm prawny. Dopóki te dwa kluczowe pojęcia będą dla nas abstrakcyjne i niezrozumiałe, nie ma mowy o prawdziwym oporze wobec systemu.

Zostaliśmy wytresowani do tego stopnia, że nikogo nie dziwi zapalanie świateł w samochodzie w biały dzień albo stanie na czerwonym świetle, mimo że w promieniu wzroku nie ma żadnych samochodów ani pieszych.

Żyjemy w Matrixie do tego stopnia, że zatraciliśmy proste sprzężenie pomiędzy zmysłami a rozumem praktycznym. Nie chodzi tu o mnożenie przykładów absurdalnych interwencji policji (gdy np. ktoś wjeżdża pod sklep na zakazie wjazdu, choć zakaz ten stoi na jezdni szerokiej na osiem metrów). Nie ma sensu spierać się o szczegóły, bo chodzi o istotę rzeczy.

Praworządność nie zasadza się na tym, że przechodzimy na czerwonym świetle. Leży ona w zrozumieniu istoty prawa i w cnotach usprawniających do jego przestrzegania. Niemniej fakt, że bez szemrania poddajemy się tresurze behawioralnej, świadczy o tym, że nie rozumiemy prawa i nie mamy pojęcia, co to znaczy być praworządnym. W ten sposób koło się zamyka i jeżeli chcemy się z tego błędnego koła wydostać, to konieczna jest głęboka zmiana mentalna i choć minimalny związany z nią wysiłek intelektualny.

Absurdalność przeregulowania polskiego systemu prawnego i agresja, z jaką władza reaguje na łamanie przepisów to symptomy choroby toczącej nasze społeczeństwo. Ktoś powie, że to mało ważne? Tak i właśnie to obnaża złość systemu, bo od tych mało ważnych spraw zaczyna się nasze zniewolenie. I na nich się skończy, jeżeli nie wykonamy pracy, by wyzwolić swoje umysły od propagandy etatyzmu i pozytywizmu prawnego.

Co gdyby Fabian był „przestępcą”?

Na koniec wyobraźmy sobie, że przepisy jednak zabraniają nastolatkom zarabiać na sprzedaży lemoniady. Co powinny zrobić funkcjonariuszki w takiej sytuacji? Ano, dokładnie to samo, co zrobiły. Św. Tomasz poucza bowiem, że „prawa moralne mają skuteczność z samego głosu naturalnego rozumu, nawet gdyby nie były umieszczone w prawie”.

Jedynym lekarstwem na chory system jest świadomość porządku naturalnego. Przepisy przepisami, ale jeżeli nie chcemy zginąć jako naród, to musimy wykazać się solidarnością wokół prawdziwych definicji prawa i sprawiedliwości. Niezależnie od woli prawodawców i od terroru partyjniactwa. Począwszy od prostego obywatela, a skończywszy na policjancie, który bardziej niż swoją pracę ceni sobie sumienie i nie zapomina, że wywodzi się z nas i nam ma służyć.

Filip Obara

Zobacz pokrewne artykuły:

cnota-epikei.jpg

CNOTA EPIKEI. Gdybyśmy o niej wiedzieli – rząd w Warszawie drżałby ze strachu!

W katolickiej doktrynie moralnej jest taka cnota, która w wyjątkowych okolicznościach stawia nas ponad przepisami prawa. Dlaczego władza w Warszawie nie chce, byśmy o niej wiedzieli?Etatystyczny rząd warszawski – wierząc w rewolucyjny zabobon, wedle którego władza ma prawo rozciągać nieograniczoną kontrolę nad ludzkim życiem – boi się chyba tylko jednej rzeczy: obywateli świadomych swoich praw i g...Czytaj dalej
AdobeStock_836179233_popr-wolnosc-klatka.jpg
Źródło: stock.adobe.com

8 filarów wolności [PO TYM POZNASZ, ŻE NIE JESTEŚ NIEWOLNIKIEM!]

Złota polska wolność. Czy te słowa są czymś więcej niż historycznym frazesem? Dzisiejszą chorobą polskiej duszy jest zanurzenie w abstrakcyjnym – żeby nie rzec, kłamliwym – pojęciu wolności. Utożsamiamy ją wyłącznie z polityką. Podczas gdy wolność to stan, który powinniśmy... czuć pod stopą. Na własnej ziemi. We własnym domu. We własnym samochodzie. Korzystając z tego daru, którego źródłem jest pr...Czytaj dalej
Obara_1024x1024 (1).jpg
Autor:
Filip Obara
Zróbmy to razem!
Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.
Wybierz kwotę: