Nie wystarczył pies... Czy musi zginąć dziecko?

W kwietniu w Warszawie dziki rozszarpały psa na oczach właścicieli. W czerwcu w Krakowie dzik potrącił wózek z rocznym dzieckiem, które trafiło do szpitala. Czy w sierpniu będzie musiało dojść do prawdziwej tragedii, żeby władze miejskie poważnie potraktowały problem?
Przyszedł do mnie kolega i pyta pół żartem pół serio: Dlaczego siejesz dezinformację w sprawie dzików? I tłumaczy, że dzik na krakowskich Klinach nie zaatakował celowo, lecz jedynie mijał biegiem wózek z dzieckiem i przypadkowo go zahaczył. Tak samo twierdzi policja.
A ja pytam: Skoro dziecko mogło zginąć albo odnieść poważny uraz, to co to zmienia, czy stało się to przez przypadek czy też podczas ataku?
O tym jakim gąszczu absurdów prawnych uwikłana jest ta sprawa, pisał już na naszych łamach red. Łukasz Warzecha. Dość przypomnieć, że żeby władze podjęły reakcję na zagrożenie ze strony dzików grasujących po osiedlach, muszą najpierw sięgnąć do... czterech różnych ustaw i rozszyfrować wzajemne zależności pomiędzy nimi. Tak, to nie te czasy, że wzywa się leśniczego ze strzelbą i problem rozwiązany. „To paradoks przeregulowanego do maksimum państwa” – podkreśla Warzecha.
Nie jestem specjalistą od dzików, ani mieszkańcem miasta (od kilku lat), ale jako publicysta komentuję rzeczywistość i chyba nic nie drażni mnie tak bardzo, jak piętrzące się regulacje, które służą tylko i wyłącznie do tego, by skomplikować nam życie, a mówiąc bardziej metafizycznie – oddzielić nas od rzeczywistości.
Bo rzeczywistość jest w swojej naturze prosta. Pan Bóg stworzył zwierzęta wcześniej niż człowieka, ale poddał je pod jego panowanie. Zwierzę nie posiada własnej podmiotowej godności, lecz podchodzimy do niego z troską i szacunkiem ze względu na naszą własną, ludzką, godność i ze względu na godność Stwórcy.
Jeżeli człowiek zagraża człowiekowi, to mamy moralny dylemat, co z tym zrobić, bo nie możemy tak po prostu zabić. Jednak w przypadku zwierzęcia – a więc istoty podrzędnej względem człowieka – taki dylemat nie występuje. Jeżeli nadmierne rozmnożenie i rozpanoszenie dzików po mieście rodzi poważne ryzyko dla człowieka – należy odstrzelić dziki i urządzić piknik. Tak wyglądałoby to w normalnej – nie przeregulowanej – rzeczywistości.
Jak donoszą strony dla miłośników zwierząt, w tym National Geographic, do spłoszenia albo nawet sprowokowania dzika wystarczy niespokojne zachowanie ze strony... psa. Podobno tak było na krakowskich Klinach.
Mamy więc dziwny impas poznawczy. Z jednej strony widzimy, że dzik nawet przez przypadek może zrobić krzywdę człowiekowi, a sprowokowany może nawet zaatakować, a z drugiej te same media głównego nurtu i władze miejskie jak mantrę powtarzają hasło, że dziki nie są agresywne i że należy z nimi spokojnie i bez obaw współżyć.
Wygląda na to, że mamy też impas prawny i jest to niezwykle wymowne, a wręcz emblematyczne dla naszej rzeczywistości. Tam bowiem, gdzie w miejsce zdrowej doktryny i zdrowego rozsądku wkraczają ideologie i biurokratyczne regulacje, powstaje próżnia wyjątkowo niebezpieczna.
Nie odstrzeliwujemy dzików, bo zatraciliśmy wiedzę na temat hierarchii gatunków. Nie zawstydzamy publicznie szkolnych łobuzów, bo nie pozwalają na to „standardy”. Nie reagujemy na świętokradztwa i profanacje, bo nie ma na to paragrafu, a na otarcie łez dostajemy bliżej nieokreślony zapis o urażeniu „uczuć religijnych”.
Całe otoczenie spowite jest gęstą siecią pojęć, które zatraciły swoje właściwe znaczenie i przekonań, które podryfowały w siną dal, zostawiając za sobą bezpieczny ląd rozumnej oceny. Prawdziwy problem pojawia się wtedy, gdy dojdzie do tragedii. Gdy zamiast psa zostanie rozszarpany człowiek. Czy wówczas wyszarpiemy z kleszczy czterech różnych ustaw taką interpretację, która pozwoli nam bronić się przed instynktem bezrozumnej przyrody?
Obyśmy do tego momentu nie zwlekali.
Filip Obara








