Iran i Trump – czy ten pokój się utrzyma?

A więc, udało się – po tygodniach miraży, kłamliwych deklaracji o planowanej już-już kapitulacji Iranu przeplatanych z groźbami powrotu do wojny i zniszczenia kraju, Donald Trump osiągnął swoje. Iran wreszcie kapitulował, zgadzając się na pokój na amerykańskich warunkach. O oczywiście, jest tu parę niuansów: nie Iran kapitulował, tylko Trump, nie na amerykańskich warunkach tylko na irańskich, i nie pokój, tylko czasowe porozumienie, które może ewentualnie do pokoju doprowadzić. Poza tym wszystko się zgadza. Ale dość tych żartów. Dobrze że ta wojna się skończyła – czy jednak ten pokój może faktycznie przetrwać?
Muszę zacząć jednak od wyznania pewnej osobistej porażki. Otóż: pomimo że obserwowałem tę wojnę uważnie od samego początku, pomimo że ciągle analizowałem co może dalej nastąpić… od dwóch miesięcy nie udało mi się napisać w tym temacie ani jednego artykułu. Ostatni tekst opublikowałem aż dwa miesiące temu, a od tego czasu, raz po raz zaczynałem kolejny, lecz nim się udawało go skończyć, znowu następował jakiś zwrot akcji który przenosił niepewność na jeszcze wyższy poziom. Było bowiem jasne, że Donald Trump dostrzegł iż wojna w którą wciągnął Amerykę nie przynosi mu korzyści i nie może ich przynieść, o ile nie podejmie ogromnego ryzyka inwazji lądowej – i że nie będąc gotów podjąć tego ryzyka, szukał sposobu na wykaraskanie się z wojny z jakąś namiastką zwycięstwa.
Jednocześnie jednak, było też jasne że Izrael i jego amerykańscy stronnicy – których wielu można znaleźć w otoczeniu Trumpa – są zdeterminowani kontynuować wojnę i nie pozwolić aby Ameryka ją zakończyła. Sam Trump zresztą wydawał się do wojny podchodzić schizofrenicznie, co skłaniało do pytania: która strona jego osobowości ostatecznie zadecyduje?
Jak udało się doprowadzić do porozumienia?
Z tych to właśnie przyczyn, dosłownie każdego dnia spodziewałem się że oto jednak dojdzie do katastrofy. Izrael niejeden raz starał się popchnąć Iran do podjęcia jakiejś akcji, która zobowiąże Trumpa do przerwania ogłoszonego na początku kwietnia rozejmu. Ale co więcej – sam Iran z biegiem czasu również coraz mniej się krygował. Nie ma już tamtego ubiegłorocznego Iranu, który na agresywne uderzenia Izraela czy Ameryki odpowiadał delikatnymi, zapowiedzianymi zawczasu akcjami, tak aby odpowiedzieć, ale nie eskalować. Tamten Iran zginął w pierwszych nalotach obecnej wojny – zginęli jego ostrożni, konserwatywni dowódcy, na czele z ostrożnym staruszkiem, najwyższym przywódcą Chameneim. Od tego czasu, im dłużej trwała wojna, im mocniejsza stawała się pozycja Iranu, tym bardziej asertywny się stawał w swoich akcjach. Gdy mimo rozejmu następowały takie czy inne uderzenia amerykańskie, Iran odpowiadał już nie markowanym, ani nawet równoważnym uderzeniem, ale z kilkukrotnym przebiciem. Pod koniec zaś, przestał odpowiadać wyłącznie na uderzenia Ameryki i Izraela na własne terytorium, ale również na uderzenia Izraela w Libanie.
W każdych innych okolicznościach, taka bezczelność państwa, którego siły zbrojne jednak przegrywały każdą konfrontację, doprowadziłaby w końcu do masywnej odpowiedzi ze strony Ameryki. Stany Zjednoczone wprawdzie zużyły znaczne zapasy broni w tej wojnie, ale przecież bynajmniej się jeszcze nie „wystrzelały” i nie zaczęły nawet używać pełni swego potencjału. Ale siłą Iranu nie były tylko drony i rakiety – jest nią również nieubłagana geografia. Blokada cieśniny Ormuz, którą można było raz po raz przełamywać, ale nie dało się jej całkowicie zdjąć przez fakt, iż irańskiego brzegu nijak nie można było zdobyć bez znacznych sił lądowych i znacznych strat, sprawiła, że od paru miesięcy świat usycha z pragnienia bliskowschodniej ropy.
Niby udało się te niedobory w jakimś stopniu zniwelować, ale cały czas analitycy powtarzali – teraz jeszcze jest jako tako, ale zużywamy zapasy, zbliżamy się do dna, i gdzieś w czerwcu-lipcu dojdzie do katastrofy. Będą niedobory, a ceny paliwa, dotąd utrzymywane jakoś tam w ryzach, w końcu wystrzelą. O tym, że tak faktycznie będzie możemy się dopiero przekonać, bo zanim ropa z odblokowanej Zatoki Perskiej dopłynie do krańców Azji, prognozy o lipcowych niedoborach mogą zostać poddane próbie. Zobaczymy.
Faktem jest jednak, że sytuacja wyglądała coraz gorzej, a Trump widział wyraźnie, że nie ma żadnego sensownego wyjścia z całej sytuacji. Jeśli nie był gotów eskalować, musiał przywrócić pokój – a żeby przywrócić pokój, musiał pójść na ustępstwa.
W zeszłym miesiącu zaczęły pojawiać się wreszcie szanse na pokój – raz po raz słyszeliśmy przecieki o stanie negocjacji, a w odpowiedzi na nie stronnicy Izraela podnosili wrzawę, że Trump kapituluje. W reakcji na te sugestie, Trump deklarował, że rzekome ustępstwa ze strony USA to kłamstwa i zaostrzał kurs. I tak w koło.
Ponoć – takie informacje docierają od dobrze poinformowanych dziennikarzy, a czy są prawdziwe, tego się nie dowiemy – realne postępy w rozmowach zaczęły się dopiero wtedy, gdy irańscy negocjatorzy dokooptowali do zespołu psychologów, podejmując wysiłek aby zdiagnozować stan umysłowy Trumpa i dostosować swoją komunikację do tego stanu. Jeśli tak – można pogratulować psychologom, bo Iranowi udało się odciągnąć Trumpa od krawędzi, i doprowadzić do niesamowicie wręcz korzystnego porozumienia.
Porozumienie… i widmo wojny
Oto więc Stany Zjednoczone zgodziły się uszanować suwerenność Iranu i nie ingerować w jego sprawy wewnętrzne – a co więcej, zgodziły się również, że rozejm ma objąć Liban i zagwarantowały integralność terytorialną tego kraju wbrew woli Izraela. Amerykanie zgodzili się natychmiast usunąć blokadę morską Iranu, podczas gdy Iran ma trzydzieści dni na zdjęcie blokady cieśniny. Co więcej, Iran zobowiązał się do nie pobierania zapowiadanych opłat za przepłynięcie strategicznego odcinka, ale...jedynie na 60 dni, po których zgodnie z porozumieniem, może już jakąś formę opłat wprowadzić.
Następnie, Stany obiecały że w ramach ostatecznej umowy, zdejmą wszelkie sankcje z Iranu – wszelkie, w tym takie, które nałożono 47 lat temu zaraz po rewolucji irańskiej – oraz, że zorganizują fundusz na potrzeby odbudowy Iranu o wartości 300 miliardów dolarów (sic!). Kiedyś takie działania nazywano po prostu reparacjami wojennymi, które płaciła przegrana strona. Co więcej, o ile sankcje nie zostaną zdjęte aż do ostatecznej umowy, o tyle kolejny punkt zobowiązuje Amerykę do zwolnienia już teraz irańskiej ropy z sankcji. W zamian za to wszystko, Iran obiecuje po raz kolejny, że nie będzie rozwijał broni atomowej, oraz że w ramach negocjacji, uzgodni z Stanami sposób na zniszczenie lub rozcieńczenie wzbogaconego uranu.
Tu mała dygresja – o ile przed wojną raczej zakładałem, że Iran faktycznie, mimo swoich deklaracji a nawet dekretów religijnych, może mimo wszystko dążyć do posiadania broni atomowej, o tyle teraz jestem coraz bardziej przekonany, że tak nie jest. Iran prawdopodobnie zawsze trzymał się swoich zobowiązań, jest wszak sygnatariuszem traktatu o nie-proliferacji broni atomowej. Świeckie władze respektowały dekrety duchowego przywódcy zakazujący nawet posiadanie tej broni. Wynika to z prostego faktu – gdyby było inaczej, to od czasu ubiegłorocznych nalotów amerykańskich, Iran w przyspieszonym tempie rozwijałby tę broń, i miałby już ją gotową do użycia, co zostałoby zademonstrowane próbami.
Fakt, że tak się nie stało, wydaje się sugerować, iż Iran zawsze dążył tylko do „granicznej” sytuacji, gdzie posiada materiały do szybkiej budowy broni atomowej w sytuacji ekstremalnej, ale nie posiada samej broni jako takiej. Tym zaś, którzy mówią że Persowie to fanatycy religijni, którzy tylko czekają na koniec świata i są gotowi go przyspieszyć, i dlatego nie wolno im wierzyć przypominam – dziwni to byliby fanatycy religijni, co nie słuchaliby dekretu religijnego swego własnego duchowego przywódcy, który tej broni zakazał.
W każdym razie, porozumienie w obecnej formie jest niesamowicie korzystne dla Iranu. Ale to jeszcze nie finalny traktat. Teraz dopiero rozpoczną się negocjacje, które potrwają teoretycznie 60 dni. O ile nie zostaną przerwane ponownym wybuchem wojny, prawdopodobnie zostaną jeszcze nieraz przedłużone.
Ten czas nie zostanie bynajmniej „zmarnowany” przez przeciwników ugody. Już dziś widzimy jak lobby Izraela w Ameryce pracuje nad Trumpem – atakując bezlitośnie porozumienie, jednocześnie jednak przesuwając winę na wiceprezydenta Vance’a, aby nie irytować Trumpa bezpośrednim atakiem. W tle Departament Stanu ostrzega, że zdjęcie sankcji może oznaczać przyzwolenie na finansowanie terroryzmu. W sprawę zapewne zaangażuje się jeszcze Kongres, a tam stronnictwo Izraela wciąż jest bardzo mocne.
Pro-izraelskie lobby będzie pracowało nad tym, aby nadchodzące wybory połówkowe mogły jeszcze tę reprezentację wzmocnić. Należy spodziewać się, że sam Tel-Awiw będzie nieustannie testował wolę Iranu i Ameryki, próbując wymusić reakcję działaniami w Libanie. Jednym słowem, zastosują każdy możliwy chwyt, od prowokacji (kto wie jakich?), poprzez urabianie opinii publicznej i mobilizowanie amerykańskiej biurokracji, wreszcie po urabianie samego prezydenta mieszanką pochlebstw i pogróżek. Do tego zaś dojdą jeszcze negocjacje z Iranem, które przecież nie będą żadną miarą łatwe i przyjemne, a których wynik mógłby wcale nie przynieść Trumpowi korzyści w sondażach, bo amerykańska opinia publiczna ma bardzo mocno wtłoczony wizerunek Iranu jako państwa terrorystycznego.
Miejmy świadomość, że dla Izraela są to kwestie o charakterze egzystencjalnym. Fakt, że Iran może doprowadzić do tego, że Ameryka zmusi Izrael do opuszczenia Libanu budzi przerażenie, bo przecież można sobie wyobrazić podobne podejście Waszyngtonu w innych sprawach dotyczących kwestii izraelskich. Z perspektywy pokoju w Ziemi Świętej, trudno o coś bardziej korzystnego i pożądanego niż okiełznanie agresywnych zapędów Izraela. Trzeba jednak mieć świadomość, że w samym państwie położonym w Palestynie nie widać już obecnie żadnego stronnictwa na rzecz pokoju.
A gdyby się udało?
Co jednak, jeżeli faktycznie uda się Trumpowi doprowadzić negocjacje do końca oraz przywrócić pokój między Iranem a Ameryką? Państwo to, mimo swojego mocno represyjnego ustroju, mimo całej dewastacji wywołanej przez sankcje i wojnę, ma ogromny potencjał gospodarczy. Jest to potęga która potencjalnie może zrównać się z Turcją, a nawet ją prześcignąć. Potęga, która w miarę swego rozwoju, zaczęłaby coraz mocniej oddziaływać na ościenne państwa, wciągać je w swoją strefę wpływów. Potęga która mogłaby pomóc ustabilizować Bliski Wschód… albo też zamienić obszar w cichy poligon walki o wpływy z Turcją i Saudyjczykami.
Nie ma co więc snuć błogich wizji o wspaniałym pokoju na Bliskim Wschodzie, o tym jak to wystarczy by Ameryka „się przestała mieszać”, by nastąpił ład i porządek. Ład i porządek to kwestia równowagi, a tą trzeba najpierw wytworzyć. Niemniej, nie ma też co się załamywać złowrogimi wizjami wojny i pożogi wywołanych przez kolejne muzułmańskie imperium. Niewielu z nas dzisiaj zna Iran na tyle, aby realnie rozumieć Irańczyków, ale o jednym warto pamiętać: nigdy w historii świata nie było konfliktu w relacjach między Polską a Iranem. Przeciwnie zaś, nasze relacje nieraz przynosiły obopólną korzyść. Dlaczegóż by tak nie miało być znowu?
Jakub Majewski






