Jacek Kowalski: Matka Boska Częstochowska. Mity narodowe – kity naukowe

MB-Czestochowska_03.jpg
Public domain, via Wikimedia Commons

Pewne grono wykształconych Polaków wciąż wierzy, że blizny na obliczu Matki Boskiej Częstochowskiej zostały sztucznie domalowane przez średniowiecznych malarzy, bo Obraz nigdy nie został zbezczeszczony przez husytów, a jedynie obrabowany z kosztowności wskutek katolickiej prowokacji. Takie przekonanie wynika z nieaktualnego już – uwaga, PRL-owskiego u korzeni – stanu badań. Było zaskakująco inaczej.

W Niedzielę Wielkanocną 16 kwietnia 1430 roku napastnicy najechali jasnogórski klasztor, wpadli do kaplicy Cudownego Obrazu, odarli Obraz z kosztowności, wlekli po ziemi, zadawali ciosy malowanemu Obliczu, wreszcie oberwali srebrną blachę scalającą deski podobrazia, które rozpadło się na części.

To fakty. Rany zadane Obliczu były bardzo liczne – znacznie liczniejsze niż te, które widzimy na Obrazie dziś, a zadano je ze szczególną perwersją (wszystko to wiemy dzięki najnowszym badaniom konserwatorskim).

Kto był sprawcą napadu?

Zróbmy to razem!

Ksiądz kanonik Jan Długosz w swoich Rocznikach Królestwa Polskiego zapisał, iż przez długi czas uważano, że tego występku dopuścili się czescy heretycy, to znaczy husyci, w związku z czym zarówno król Władysław, jak panowie polscy zamierzali wszcząć wojnę z Czechami (…) po zbadaniu jednak sprawy i dojściu do prawdy wyszło na jaw, że napadu dokonali pewni szlachcice polscy, którzy zbyt rozrzutnie roztrwonili swoje majątki po ojcach i mieli długi. Pragnąc długi te spłacić, urządzili napad, dobrawszy sobie rabusiów z Czech, Moraw i Śląska. Po odkryciu tego faktu, król wtrącił sprawców do więzienia.

Problem w tym, że w tradycji jasnogórskiego klasztoru trwał inny przekaz: że napadu dokonali husyci – i kropka. W tejże tradycji zapisano, że król Jagiełło zlecił naprawę znieważonego Obrazu, ale mimo usiłowań nie udało się zamalować blizn na Obliczu Matki Bożej: farba nieodmiennie spływała. Dlatego blizny pozostały i są do dziś.

Jak widzimy, dwa równoległe źródła są ze sobą niezgodne. Historyk Długosz i klasztorna tradycja paulinów mówią co innego.

Problemy badaczy minionej epoki

W latach panowania „światopoglądu naukowego” – czyli epoce PRL-u – okazało się, że polscy komuniści mają z tym wydarzeniem problem. Husytów wypadało bowiem uznawać za ruch postępowy – prekursorów rewolucji. Ba, doszło wręcz do uprzedmiotowienia Husa przez dogmatyczny marksizm (to cytat z Pawła Krasa i Martina Nodla). Co więcej, napad na klasztor i likwidacja katolickiej dewocji mogły zostać uznane przez komunistów za czyn chwalebny, bo rewolucyjny. A jednak głupio im było chwalić się zbezczeszczeniem Matki Boskiej Częstochowskiej. Mimo wszystko.

Zaczęły się więc inne spekulacje – swoją drogą niepozbawione logiki. W roku 1430 na Śląsku trwała wszak wojna. Husyci radykalni ścierali się z umiarkowanymi, którzy gotowi byli do ugody z cesarzem Zygmuntem Luksemburczykiem i resztą katolickiego świata. Zygmunt Luksemburczyk zaś to notoryczny sojusznik Krzyżaków. Radykałowie dążyli więc do zawarcia z Jagiełłą antykrzyżackiego sojuszu. Taki sojusz (do którego ostatecznie doszło) mógł się wielu wydawać wątpliwy. Otóż napad wydarzył się właśnie wtedy, kiedy Jagiełło przyjmował w Kaliszu husyckie poselstwo, rozpoczynając rozmowy w tej sprawie. Czyli był to kij w szprychy porozumienia.

Badacze zaczęli więc sugerować, że cały ten napad to po prostu katolicka prowokacja, która podała broń do ręki antyheretyckiej propagandzie, aby oczernić husytów (swoją drogą trudno było ich oczerniać na tej podstawie, bo eksces częstochowski to i tak pryszcz wobec tego, co wyrabiali u siebie). Napad opisywano więc jako husycki w cudzysłowie, dokonując zdjęcia odpowiedzialności z czeskich husytów za wypadek częstochowski. Inni badacze uważali, że Długosz w ogóle konfabulował, skoro nieznane są jakiekolwiek zapiski o tym, iż srodze ukarana została zbrodnicza szlachta. Czyli wszystko to katolicka fikcja, gwoli wykreowania blizn na obliczu Maryi na atrybut Królowej Korony Polskiej i nabożną metaforę naszych dziejów.

Współczesna konsternacja

A tymczasem – rękopisy nie płoną. W świetle niedawno odkrytych dokumentów relacja Długosza okazała się dokładna i prawdziwa, tak samo jak… tradycja zakonna. Sęk w tym, że oba przekazy omijały część prawdy – tu niewygodnej dla króla Jagiełły, tam wstydliwej dla rycerstwa polskiego. Nowo odkryte źródła – w połączeniu z relacją Długosza – wskazały, że sprawcą napadu był husycki oddział księcia Fedka Ostrogskiego, acz jego przewodnikami lub prowodyrami było faktycznie kilku polskich młodzieńców z dobrych rodów: Jakub Nadobny z Rogowa, Jan Kuropatwa z Łańcuchowa i Rogala z Kozolina.

Tu wyjaśnienie: Fedko Ostrogski to ruski kniaź, który przekabacił się na radykalnego heretyka i hulał po Śląsku, ale wcześniej, za młodu, bywał prawą ręką Jagiełły. Z kolei polscy młodzieńcy do husytów nie należeli. Zapewne zawędrowali na Śląsk w asyście jakiegoś (królewskiego?) poselstwa. Faktycznie byli straszliwie zadłużeni, więc albo sami podsunęli husytom pomysł napadu, albo najęli się za przewodników w zamian za udział w łupach. Wszyscy trzej trafili do wawelskich lochów (skąd zresztą szybko się wydostali). Tylko książę Fedko, pozostający poza królewską jurysdykcją, uszedł bez szwanku.

Średniowieczna konserwacja

Tymczasem król zlecił naprawę Obrazu i ufundował srebrne blachy dla jego ozdoby, oddając dzieło w ręce malarzy krakowskich. Rozłamane deski podobrazia scalono, ujmując je w malowaną ramę (istniejącą do dziś). Pamiętamy, że wedle tradycji wynajęci malarze żadną miarą zamalować nie mogli blizn na Obliczu Maryi. Otóż to nieprawda: stało się wręcz przeciwnie. Malarzom udało się zamalować niemal wszystkie blizny, których było bardzo wiele. Te, które widzimy dziś, nie zostały jednak domalowane: to zapuszczone czerwoną farbą fragmenty prawdziwych szram, pozostałych po ciosach, które obrazoburcy-rabusie zadali Obliczu Maryi. Te blizny malarze (decyzją paulinów?) pozostawili jako świadectwo dla przyszłych pokoleń.

Książka profesora Kurpika

W ciągu ostatnich kilku dekad zmieniał się radykalnie stan badań nad Jasnogórskim Obrazem. Parę lat temu otrzymaliśmy ich podsumowanie: książkę Częstochowska Hodegetria, pióra zasłużonego konserwatora i badacza, świętej pamięci profesora Wojciecha Kurpika.

To pozycja, którą każdy wykształcony polski katolik powinien mieć na półce. Nie negując większości dotychczasowych ustaleń, lecz dodając arcyważne szczegóły, profesor Kurpik przedstawia krytycznie dzieje badań, dodając nieznane dotąd fakty i nowe przesłanki. Z tej właśnie książki w znacznym stopniu czerpię moją opowieść. Przechodząc wreszcie do wcześniejszych dziejów Matki Boskiej Częstochowskiej, którymi wypada zakończyć ten tekst.

Legenda i prawda

Pierwsze doniesienia o Obrazie, zapisane w XV wieku, są niestety wewnętrznie sprzeczne. Mowa w nich o namalowaniu wizerunku Maryi przez świętego Łukasza na deskach ze stołu w domu Matki Bożej, następnie o przeniesieniu Obrazu przez cesarza Konstantyna Wielkiego z Jerozolimy do Konstantynopola; legenda podaje, że Konstantyn miał potem ofiarować Obraz księciu Rusi Halickiej – Lwu, który umieścił go na zamku w Bełzie. Kiedy książę Władysław Opolczyk został namiestnikiem Rusi z ramienia króla Ludwika Węgierskiego, Bełz oblegli Tatarzy. Wtedy to pogańska strzała utkwić miała w obliczu Maryi, a Tatarzy pierzchli za sprawą Boskiej interwencji. Następnie książę ofiarował Obraz klasztorowi jasnogórskiemu.

Niestety, ta wersja nie jest wiarygodna. Jak to bywa w legendach, wykluczają się wzajemnie daty i osoby. Co do świętego Łukasza, przypisuje mu się wiele obrazów, ale jego autorstwo można ze spokojem przenieść w sferę mitu. Opowieść o Ewangeliście jako malarzu powstała dopiero u końca pierwszego tysiąclecia, a za czasów Konstantyna Wielkiego nie znano jeszcze ikon. Dalej, w czasach Konstantyna Ruś nie istniała, a za Władysława Opolczyka Bełz nie był oblegany przez Tatarów.

Obraz mówi

Mimo to legendy lekceważyć nie wolno. Tytuł: malowany przez świętego Łukasza trwał przy obrazach o szczególnym znaczeniu i pochodzeniu. Tak jest i w tym przypadku. Choć nie zgadzają się chronologia i geografia opowieści, zgadzają się, o dziwo, fakty, które pozostawiły wyraźne ślady w deskach podobrazia i na częstochowskim malowidle. Można by rzec, że wydarzenia, o których mówi legenda, miały istotnie miejsce – lecz w innym czasie i okolicznościach, których nie znamy i może nigdy już nie poznamy.

Aby spróbować do nich dotrzeć, trzeba pozwolić, aby Obraz Matki Boskiej Częstochowskiej przemówił swoją materialną historią. Otóż namalowano go na kilku zespolonych ze sobą deskach. Pierwotnie był prawosławną ikoną, powstałą bodaj na Bałkanach w drugiej połowie XIII wieku. Zapewne już po kilkudziesięciu latach czczony był jako cudowny i jako dzieło świętego Łukasza. W istocie stanowił część jakiegoś cerkiewnego ikonostasu (o czym mówią ślady na deskach).

W niewiadomych okolicznościach, w wieku XIV, został zbezczeszczony: ugodzono go ostrym narzędziem (strzałą?) i po raz pierwszy połamano. To do tego wydarzenia odnosi się opowieść o tatarskiej napaści. Kto naprawdę był obrazoburcą – trudno powiedzieć, ale akt obrazoburstwa wątpliwości nie ulega.

Mniej więcej wtedy Obraz przeszedł z rąk prawosławnych w katolickie. Może jako dar monarszy? Rozerwane deski na powrót zespolono, obijając je od tyłu srebrną blachą, a ślad uderzenia – u dołu szyi Matki Bożej, przy ramieniu – ujęto w ozdobną aplikację (dziś już jej nie ma). Na starych deskach, traktowanych jak prawdziwe relikwie, jakiś italski malarz wykonał obecny, nowy Obraz – ten, który znamy i który de facto ikoną już nie jest, choć bywa tak nazywany.

W rękach świętej Jadwigi

W tym stanie Obraz trafił do skarbca królowej Węgier, Elżbiety Łokietkówny, a potem do jej synowej, królowej Elżbiety Bośniaczki, matki świętej Jadwigi. Wymieniają go królewskie inwentarze. Niewykluczone, że był drogocennym darem od któregoś z prawosławnych władców, może nawet cesarza Konstantynopola? Kiedy święta Jadwiga udawała się do Polski, prawdopodobnie otrzymała cudowny Obraz na drogę, a występujący w jej imieniu książę Władysław Opolczyk ofiarował Go do nowo założonego klasztoru paulinów na Jasnej Górze. Tu Matka Boża zasłynęła łaskami. Wkrótce potem, po objęciu tronu przez Władysława Jagiełłę, polski król stał się głównym patronem i dobrodziejem klasztoru.

Musimy wszakże pamiętać, że znaczna część tej opowieści to jednak hipoteza. Ojcowie paulini opublikowali zarówno książkę profesora Kurpika, jak i wiele artykułów naukowych, które przeczą legendzie, ale też bywają sprzeczne ze sobą. A ojcowie nie porzucają legendy definitywnie. Może się jeszcze okazać, że jakieś nowe ziarna prawdy oświetlą ją w niespodziewany sposób.

Jacek Kowalski

Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Polonia Christiana” (numer 111, lipiec-sierpień 2026).

Kliknij TUTAJ i zamów pismo

PCh-111-okl

Zróbmy to razem!
Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.
Wybierz kwotę: