Ks. prof. Andrzej Zwoliński: „Nowa tolerancja” jako forma przymusu społecznego

tolerancja-autorytaryzm.jpg
Oprac. PCh24.pl /AI

Autentycznie rozumiana tolerancja ma korzenie religijne. Od jakiegoś czasu można jednak zaobserwować proces zastępowania autentycznej tolerancji „produktem podobnym”, której celem jest zbudowanie „lekko zakamuflowanego totalitaryzmu”. Określa się go nawet „miękką dyktaturą”, która nie rzuca się krwiożerczo na przeciwników, ale systematycznie i skutecznie niszczy normy, wartości i ważne treści współżycia społecznego, wprowadzając w to miejsce – w imię tolerancji – nowe i obce treści. „Miękki” (ang. „soft”) autorytaryzm nie niszczy i nie zabija zostawiając okrutne ślady swego działania, ale zabija systemowo, pozbawiając ludzi możliwości prawdziwie wchodzić miedzy sobą w relacje, knebluje mowę, wskazuje co należy, a czego nie należy tworzyć, aby było to aprobowane i popierane. [1]

Przykłady można mnożyć. W wielu współczesnych, „postępowych” krajach nie ma krwawych prześladowań chrześcijan. W imię tolerancji w trakcie dyskursu politycznego skazuje się ortodoksyjne chrześcijaństwo na marginalizacje, a nawet na wykorzenienie. Tolerancja okazuje się być bardziej efektywnym i skutecznym sposobem wypchnięcia religii z życia publicznego, przy zapewnieniu wszystkich i wspieraniu jej i zapewnieniu dobrobytu.

Historycznym przykładem tego typu działania cesarza Konstantyna (edykt mediolański – 313), który zjednał sobie chrześcijan nie swoją wiarą i żarliwością religijną, ale raczej z taktycznej potrzeby – by położyć kres świadczeniu chrześcijan przeciwko przemocy jego rządów. Przypuszczał słusznie, że kiedy będzie „tolerancyjny” względem wyznawców Chrystusa, oni poprą – ludźmi i uzasadnieniem teologicznym – jego plany zjednoczenia Imperium przeciwko swemu dawnemu partnerowi – zdrajcy Licyniuszowi. Potrzebował pokoju w domu, by prowadzić wojnę na zewnątrz.

Zróbmy to razem!

„Wolność Kościoła” nie była odtąd definiowana przez Kościół, a określana przez państwo. Nie była już właściwie wolnością – determinowana prze kontekst społeczny z którego się wyłaniała. W tym konkretnym przypadku wolność religijna była wprowadzona w celu zjednania chrześcijan dla celów cesarza, a świadectwo Kościoła o przemocy świeckich potęg niemal całkowicie znikła. Wielokrotnie później potwierdziła się reguła, że Kościół katolicki był tolerowany tylko tak długo, jak długo nie stawiał żadnych żądań sumieniom swych członków, a szczególnie, gdy będą oni mieli okazje weryfikować je w ramach działalności politycznej. Bo „kiedy zajmujesz publiczne stanowiska nie jesteś już żydem, czy katolikiem, ale obywatelem państwa”. [2] „Miękka dyktatura” tolerancji ma wiele postaci.

a. „Dyktatura tolerancji”

Termin tolerancja występował już w przednowożytnych, a jego rdzenne rozumienie wiązało się z zasadniczą, dezaprobatą dla twierdzeń lub uczynków nagannych, lecz możliwych jeszcze do tolerowania, czyli cierpliwego znoszenia, z różnych pobudek, czasami pragmatycznych. Wiązało się ono z e zrozumieniem ludzkiej, ułomnej kondycji. [3] Dany sąd lub uczynek może być tolerowany lub nawet traktowany z pobłażliwą wyrozumiałością w zależności od stopnia naganności, zawsze jednak tolerancja jest limitowana, zarówno w zakresie przedmiotowym, jak czasowym; np. rodzice czy wychowawcy mogą tolerować pewne przejawy niesforności u małych dzieci, wynikające z ich niewielkiej jeszcze zdolności używania rozumu oraz z krótkiego czasu wychowania. Tolerancja dla tych zachowań staje się już jednak niedopuszczalna, gdy osiągną stopień dojrzałości właściwy starszemu wiekowi. We wszystkich podobnych wypadkach ograniczona i czasowa tolerancja musiała iść w parze z jasno wyrażonym brakiem aprobaty dla złego działania, a tym samym wykluczenia możliwości traktowania go jako trwale dopuszczalnej i równoprawnej z innymi.

Z czasem tolerancja stała się narzędziem ucisku i manipulacji, co pozwoliło tolerancji sformułować termin „dyktatura tolerancji”, „łagodna tyrania. Wartość kultury tkwi także w jej zróżnicowaniu, w wielości oferowanych dróg i rozwiązań – w ramach tolerancji rozumianej jako zgoda na takie działanie, które nie pochwalamy, ale na które się godzimy ze względu na dobro wspólne. Kształtuje się ona w przestrzeni nadziei na zostawienie miejsca dla zdrowego rozsądku, zawiera w sobie przesłanie etyczne, jest otwartym systemem wartości, szacunkiem i troską o tradycję.

Jednak nadzieja ta zatraciła się w „zgiełku fałszywych nadziei” – jak to określił konwertyta, G. K. Chesterton (1874 – 1936). Ów „zgiełk fałszywej nadziei” to dyskusja dotykająca teraźniejszości i przeszłości, a skierowana ku przyszłości. Nie jest to jednak debata między dwoma stronami, które uznają zasadnicze fundamenty kultury. Ta debata dotyczy kwestii kulturowych i moralnych, a nawet religijnych, a niesie z sobą różne wizje świata: stabilnego, z trwałymi wartościami, wpisanymi przez Boga w naturę człowieka, oraz utrzymująca, że wszystko jest względne, zależy od czasów, miejsca i okoliczności. Z hasłem: „tolerancji” podejmuje się polemikę ze światem trwałych idei, chce się go skompromitować i ośmieszyć, zbudować kontr-kulturę w imię modernizacji , nowoczesności i postępu. [4]

„Nowa kultura”, dla której prawa do obecności przywołuje się tolerancje, jest z gruntu egalitarna i antyelitarna, wroga wobec kultury Zachodu, dogmatyczna i nietolerancyjna (chociaż Gosi hasła tolerancji), chce podporządkować swoim wymogom myślenie we wszystkich dziedzinach życia, opierając się na abstrakcyjnych zasadach, które górują nad zdrowym rozsądkiem. Dzieli społeczeństwo na grupy, które staja się grupami własnych, odrębnych interesów. Wyróżnia się pogardą dla zdrowego rozsądku, dla faktów, pogardą dla ludzi, jednocześnie głosząc jako swój cel sprawiedliwość i dobro ludzkości. [5]

Bohater książki pt. „Trzecie kłamstwo” (1980), autorstwa K. Orłosia, w liście do syna stwierdza: „Żyjemy w systemie nowoczesnego niewolnictwa. Niewolnictwa umysłowego. Dyskryminacji myśli (...) zniewolenie nasze wynika z niemożliwości swobodnego posługiwania się słowem i wypowiadania własnych myśli oraz ze stosowania przez rządzących całego systemu nacisków bezpośrednich i pośrednich, aby słów używano w pewien określony sposób. Właśnie tak, jak przemawiają z trybuny lub tak, jak piszą wstępne artykuły w gazetach” [6].

Nowe normy poprawności językowej, w znacznej mierze dotyczące tzw. poprawności politycznej (z ang. „political correctness”) są dziełem wpływowych środowisk intelektualnych. Korzystając z wolności słowa i interpretując ją w sobie właściwy sposób powodują, że nawet najbardziej nonsensowne poglądy i postawy szkodliwe dla społecznego interesu, mogą być uznane za w pełni uprawnione, a nawet „jedynie słuszne”. Decydują o tym współczesne „autorytety kulturalne”: literaci, humaniści, ludzie mediów.

Prawdziwą karierę zaczęły robić w Stanach Zjednoczonych programy społeczne zmierzające do popularyzowania równości płci i rasy, nazywane „affirmative actions”. Sto tysięcy wyższych szkół i przedsiębiorstw zostało prawnie zobowiązanych do przyjęcia, zatrudnienia i awansowania, na zasadach uprzywilejowanych, Murzynów, Latynosów, członków „mniejszości seksualnych”, kobiet, bez względu na ich zdolności i kwalifikacje. Rezultatem tych działań było jednak, zamiast zamierzonej „afirmacji odmiennych”, postawienie na pierwszym miejscu w relacjach społecznych różnic rasowych.

W Niemczech, w ramach akcji „poprawności politycznej”, przestano używać słowa „Gastarbeiter”, nazywając go „zagranicznym współobywatelem”; „Putzfrau” (sprzątaczka) jest teraz „Raumpflegerin” („dbającą o przestrzeń”), a „alkoholik” stał się „uzależnionym od alkoholu”. Uczonym nie wolno badać inteligencji, szukając korelacji z podziałem na rasy; zakazuje się nawet wspominać o różnicach w kolorze skóry – ludzie dzielą się na „słonecznych” i „lodowych”. A radykalni brytyjscy zwolennicy „poprawności” domagają się zmiany tytułu powieści Josepha Conrada pt. „Murzyn z załogi Narcyza”[7].

„Polityczna poprawność” powstała jako efekt współczesnego kulturalizmu – skoncentrowania uwagi społecznej na formie działań w ramach kultury, pomijając istotną ich treść i znaczenie. Literatura, filozofia i sztuka stały się źródłem i nośnikiem nowoczesnych masowych ideologii. Kultura – dzięki swym mitom, symbolom i rytuałom – zajęła w społeczeństwie zsekularyzowanym miejsce religii. Dostarcza surogatów transcendencji, zbawienia, przeżycia mistycznego, obcowania z Absolutem, a także z drugim człowiekiem, zaspakajając w ten sposób jego duchowe potrzeby. Efektem tego nie jest jednak wzrost kultury, lecz jej upadek. Stając się bowiem pseudo-religią, wyjaławia się, kostnieje i zamiera. Tomasz Mann napisał: „Z chwilą, gdy kultura odpadła od kultu, sama siebie kultem czyniąc, jest już tylko odpadkiem i cały świat jest nią po upływie pięciuset lat tak zmęczony i przesycony, jakby ją 'salva venia' kotłami wyżerał”[8].

Jedną z konsekwencji kulturalizmu jest wprowadzenie w obręb życia politycznego estetycznych kryteriów wyboru. Wyrażenia typu: „kwestia smaku”, „zły gust”, „brak kultury politycznej”, „niedobry styl” – są kodami estetycznymi poddającymi się „salonowym” normom – arbitralnym, subiektywnym i nigdy nie definiowanym. Taki stan rzeczy umożliwia zachowanie środowiskom opiniotwórczym, zwłaszcza w świadomości znacznej części inteligencji, monopolu na „arbitrów elegancji politycznej”.

Absolutyzacja stylu, czyli skupienie uwagi na „formie”, pociąga za sobą zobojętnienie na treść. W praktyce oznacza to rozmycie pojęć, arbitralność ocen i relatywizację wszelkich możliwych treści. Najczęściej jest to związane z absolutyzowaniem tolerancji i pluralizmu, rozumianych jako „godzenie wszystkiego ze wszystkim”. Dla zyskania tego typu „jedności” dopuszczalne jest swoiste preparowanie pojęć, stwarzając dla nich logicznie spójne uzasadnienia. Przykładem może być „konserwatywno-liberalny socjalizm” – powstały z redukcji treści pojęć „konserwatyzm”, „liberalizm” i „socjalizm”, porzucenia całej grupy problemów, będących dotąd spornymi w tych ideologiach (np. relacja między prawem boskim, naturalnym a stanowionym). Współczesną – tak rozumianą - kulturę cechuje coraz wyższy stopień monotonii - wszystko w jej obrębie jest teoretycznie dozwolone ( z wyjątkiem tego, co jest „political incorrect”), a zaprzeczenie czemukolwiek uchodzi za barbarzyństwo, wiąże się nawet z oskarżeniem o chęć wprowadzenia cenzury. Istotne są forma i styl, rozumiane niejasno, oceniane koniunkturalnie w kulturze i polityce. Nikt już nikomu nie przeczy, każdy „wyraża siebie”, a ponieważ nie ma już wspólnej płaszczyzny porozumienia, troski i zabiegania o jedno, poszczególne głosy rozlegają się w coraz większej pustce - bo każdy zaczyna mówić coraz bardziej do samego siebie.

Nie warto do niczego się przywiązywać, gdyż w pluralistycznej kulturze wszystkie poglądy są warte tyle samo. Kultura jest tylko odmianą „gry”. Poszczególne grupy społeczne tworzą zamknięty - na rzeczywistość – obieg nowego rodzaju stereotypów, w imię: walki ze stereotypami. W obiegu tym myślenie nie jest potrzebne, gdyż najbardziej pożądana jest posłuszna reprodukcja słów, według ustalonego przez „autorytety” klucza. „Pozytywna” postawa odbiorcy – posłuszeństwo autorytetom, wiąże się z „negatywnym” jej odpowiednikiem – ostracyzmem wobec „oszołomów”, „frustratów”, „nienawistników” praktykujących „zły styl” w polityce. Zablokowanie możliwości krytyki autorytetów powoduje, że życie kulturalne polega na hołdowaniu kilku znakomitościom, przy niedopuszczalnym pytaniu o ich rzeczywiste kompetencje i mądrość. Myślenie na pewne tematy – „politycznie poprawne” – jest zarezerwowane dla autorytetów. W polityce pożądaną postawą jest „centrum” – jako „najmniej radykalna”, „wyważona”, „rozsądna”. Jest ona we władaniu „politycznie poprawnych” – ogłaszana każdorazowo jako „złoty środek” w danej sytuacji społecznej. „Zasada ruchomego centrum” polega na tym, że jest ono każdorazowo tam, gdzie się akurat znajdują „politycznie poprawni”[9].

b. Nowa religia - „tolerancja wyzwalająca”

Dramatyczną sytuacja współczesności jest fakt, że trwa praca nad tolerancją wobec jakiegokolwiek zła. Tolerancja – uważana za cnotę i zaliczana do programu „poprawności politycznej” – znajduje swe miejsce w różnych dokumentach dotyczących „praw człowieka”, czy „milenijnych celów rozwoju”. Oczekuje się tolerancji wobec wszystkiego – nawet grzechu i każdej odmiany zła. Chrześcijaństwo zaś podkreśla konieczność budowy postawy tolerancyjnej wobec grzesznika, lecz nie wobec grzechu. [10]

Na pluralistycznym rynku idei nie dostrzega się i nie zauważa „ekstremistów”, „Ksenofobów”, „faszystów”, „rasistów”, „kłamców”. Pluralizm jest rzeczywiście sam w sobie dobry i ubogacający, ale problem polega na tym, że każdy system wartości ma swoich bojowników, którzy roszczą sobie pretensje – pod szyldem tolerancji – do powszechnego obowiązywania. Tolerancja ma zakneblować usta tym, którzy próbują opisywać rzeczywisty świat zagrożeń i pułapek ideowych. [11]

Niemożliwe jest także, bez narażania się na oskarżenie o homofonię, odwołanie się do nauki Biblii na temat homoseksualizmu jako „grzechu wołającego o pomstę do nieba” – co jest kategorią biblijną. Nie ma „poprawności” i „niepoprawności”, zła i dobra, kultury i jej braku, rzeczy pięknych i brzydkich, mądrych i głupich, sensu i bezsensu – jest tylko inne ich rozumienie. Rzekoma inność jest w istocie innością, którą powinniśmy pozytywnie wartościować , nie „ulegając presji panującej zaściankowej ideologii”. Nie można ustawiać w porządku hierarchicznym spraw ważniejszych i mniejszych – bez narażania się na oskarżenie o uznanie za zwolennika dominacji jednych nad drugimi czy niesprawiedliwej i niczym nie uzasadnionej hegemonii. [12]

Konsekwencją rewolucji kontrkulturowej jest emancypacja mniejszości w duchu tolerancji wyzwalającej. Przykładem stała się mniejszość seksualna, która – według Herberta Marcusego – nadawała się na „nowy proletariat” dla dokonania „nowej rewolucji”. Przełomowym wydarzeniem dla ruchu emancypacyjnego homoseksualistów był atak policji na klub Stonewall Inn w Nowym Jorku w 1969 roku. Zainicjował on demonstracje uliczne i powstanie Gay Liberation Front (Frony Wyzwolenia gejów). Z czasem manifestacje przerodziły się w parady, które gromadziły szereg znanych artystów, pisarzy i muzyków, z których część przyznawała się do homoseksualizmu. Gay Liberation Gay mógł tez liczyć na wsparcie mediów. [13] W imię tolerancji pojawiły się później żądania prawa do zawierania małżeństw jednopłciowych, czy prawa do adopcji dzieci przez tego typu związki. [14]

Żądania w imię tolerancji były coraz bardziej daleko posunięte, aż do odrzucenia „dyktatury dobra”, czy „wiary w Boga”. Tradycyjna kultura chrześcijańska została naznaczona piętnem zdrady człowieka, zniewolenia ludzkiej indywidualności i tłumienia naturalnych instynktów. Ideolodzy tzw. marksizmu kulturowego, Max Horkheimer i Theodor Dorno twierdzili, że „ kultura, a zwłaszcza kultura katolicka, z jej kultem racjonalności i wykształcenia, stosownym wychowaniem i religijną moralnością seksualną jest instrumentem zniewolenia człowieka, tłumiącym jego naturalną wolność, tłumiącym przede wszystkim popęd seksualny, prowadzącym do psychopatologii i faszyzacji psychiki, dehumanizacji życia i w końcu do holocaustu”. [15]

W imię tolerancji, która miała polegać na przyjęciu dowolnie formułowanych tez, socjalizm miał stać się „nową religią”. Antonio Gramsci, analizując sprzeczność zachodzącą między chrześcijaństwem a marksizmem, jednoznacznie pisał o religijnych „ambicjach” socjalizmu: „Socjalizm wyparł ze świadomości ludzi transcendentnego Boga katolików, zastęp8ując go wiarą w człowieka i jego najlepsze siły twórcze, jako jedyną rzeczywistość duchową. Naszą ewangelia jest filozofia nowoczesna (…), która obywa się bez hipotezy Boga w wizji świata, która tylko w historii upatruje swą podstawę, w historii, której jesteśmy wytworami, jeśli chodzi o przeszłość i twórcami, jeśli chodzi o przyszłość”. [16]

Posługiwanie się tolerancją jako argumentem na wprowadzenie w życiu publiczne dowolnych treści (zwany tolernacjolitaryzmem) dał także znać o sobie w obszarze prawa, przyjmując pozory sprawiedliwości. Przykładem może być np. prawodawstwo francuskie, które w 1990 roku wprowadziło zaostrzone represje za przestępstwa dokonane z pobudek rasistowskich – zrozumiałe w świetle aktów wandalizmu na cmentarzach, czy chuligańskich ataków na ludność arabską. Rodzi się jednak pytanie: czy z punktu widzenia prawdy etyczno-prawnej istnieje różnica między zbrodniczymi działaniami z pobudek rasistowskich, a np. z pobudek ekonomicznych, klasowych czy religijnych? Wyróżniono pobudki „ważniejsze” lub mniej ważne – co dla skutków przestępstw nie ma znaczenia. [17]

Jeszcze precyzyjniejszej, lecz przez to wąskiej treści pojęcie t. nabrało w prawie kościelnym oraz w analogicznej do niego jurysdykcji państw chrześcijańskich, związanej ze stosunkiem władzy do innowierców i heretyków; ma ono tu raczej jednak sens „techniczny” (związany z praxis), niż doktrynalny, ponieważ pozytywny wykład wiary i moralności chrześcijańskiej doskonale obywa się bez tego pojęcia (nie występuje ono zresztą ani w Piśmie Świętym, ani w dokumentach doktrynalnych Kościoła, składających się na Breviarium fidei, ani nawet – współcześnie – w aktach Soboru Watykańskiego II i w najnowszym Katechizmie Kościoła Katolickiego), które – jako negatywne w swojej istocie – nie ma, i nie może mieć, nawet cząstki pozytywnej treści kluczowego w etyce chrześcijańskiej pojęcia „miłości bliźniego”; wypracowany w prawie publicznym Kościoła, a respektowany przez władców katolickich, sens pojęcia t. był ugruntowany na tezie, iż obowiązkiem każdego człowieka (który posiada do tego sposobność, tzn. nie ma nieprzezwyciężalnych i niezawinionych przez siebie przeszkód do poznania wiary katolickiej) z osobna, i każdej społeczności z państwem włącznie, jest pełne i bezwarunkowe przyjęcie Prawdy objawionej i autentycznie potwierdzanej powagą Kościoła, co w wypadku wspólnoty politycznej (państwa) oznacza także obowiązek przyjęcia religii prawdziwej (katolickiej) jako jedynej pełnoprawnej religii publicznej oraz podstawy wszelkich aktów rządzenia, na czele z prawodawstwem; z tego względu religie fałszywe oraz (co najmniej tak samo, jeśli nie bardziej, szkodliwe) herezje mogą być słusznie i sprawiedliwie zakazane z uwagi na zagrożenie, jakie stwarzają one dla zbawienia dusz; z drugiej strony, zarówno miłość bliźniego, która nakazuje „nienawidzić błędu, a kochać (błądzącego) człowieka”, jak również pewne względy praktyczne (na czele z pragnieniem zachowania pokoju społecznego), dozwalają stosowanie religijnej t.; jaki ma być jej zakres czasowy i przestrzenny, a przede wszystkim, czy winna być ona zamknięta w ścisłych granicach kultu prywatnego, czy też może w jakiejś mierze wchodzić w przestrzeń publiczną, jest pozostawione przez Kościół roztropności, a zarazem sensus catholicus, rządzących świeckich; szczególny przypadek stanowią tu wyznawcy religii żydowskiej; z jednej strony, jako zatwardziali w grzechu niedowiarstwa (nieuznawania Jezusa Chrystusa Mesjaszem i Synem Bożym), mogą oddziaływać demoralizująco na społeczność chrześcijańską, przeto muszą być od niej w jakiś sposób odizolowani; z drugiej strony, jako naród ongiś wybrany przez Boga, i którego nawrócenie jest spodziewane u kresu dziejów.

Tolerancja „najnowszej generacji” stanowi całkowite przeciwieństwo tolerancji w tradycyjnym sensie. Celem tolerancji nowożytnej była depolityzacja i „prywatyzacja” możliwie wszystkiego, co dotyczy zasadniczych przekonań, na czele z religią. Tolerancja postnowoczesna chce ponownie upublicznić wszystko, łącznie z życiem intymnym człowieka – poprzez celowo kształtowane prawodawstwo. Państwo nowożytne zadowalało się panowaniem nad „ciałami”, a „duszę” pozwalało zostawić w domu. Podbite przez tolerancjonistów państwo ponowoczesne z całą siłą swojego aparatu przemocy i indoktrynacji wdziera się w każdy zakątek życia, ingeruje, karci, zakazuje, nakazuje, poucza o stosowności i niestosowności wszystkiego i wszystkich: mężów i żony, rodziców i dzieci, nauczycieli i uczniów, tubylców i przybyszów; interesuje je znowu „ład duszy”, lecz jest to nieład fałszywych lub pozornych wartości, który nakazuje afirmować prawie każdą dewiację i prawie każdą brednię, a brzydzić się rzeczywistym dobrem i bać się „zniewalającej” prawdy; t. polegająca na afirmowaniu wszystkiego, co ludowi podadzą do wierzenia prezenterzy telewizyjni, a represjonowaniu wszystkiego, co potępią „autorytety” niewiadomego nadania i pochodzenia. [18]

Dużą rolę w tym procesie odgrywają tzw. przywódcy opinii, posiadający w grupie szczególny prestiż, lepsze od innych źródła informacji i mogący w większym stopniu wpływać na tworzenie się opinii w grupie. [19]Ich wpływ wynika z faktu, że jako osoby cieszące się prestiżem, częściej pytane są o radę, uczestniczą w wymianie informacji na pierwszym poziomie tworzenia się opinii publicznej. Mogą również oddziaływać przez narzucanie lub egzekwowanie interesów grupowych, które funkcjonują w sferze wyobrażeń danej grupy[20].

Powszechny dostęp do środków komunikacji nieco osłabił wpływ liderów opinii na proces rozpowszechniania się in- formacji, lecz jednocześnie wykształcił nową kategorię liderów opinii - „dyżurnych komentatorów” wydarzeń i sytuacji społecznych.

Na proces opiniotwórczy wpływają, niekiedy w stopniu zasadniczym, wzory kulturowe, stereotypy, mity i przesądy. Posługiwanie się nimi jest zazwyczaj wynikiem tendencji do zachowania bierności poznawczej, która sprawia, że łatwiej sięgnąć po gotowe informacje, choćby uproszczone[21].

Istotnym problemem jest jednak instrumentalne odwołanie się do tolerancji, celem budowania nierównych relacji, stwarzania nowej rzeczywistości na gruzach zaatakowanych i zanegowanych treści społecznych. Wówczas tolerancja może mieć formę nacisku i stać się forma gry politycznej, kulturowej czy nawet ekonomicznej.

c. W kierunku relatywizmu

Z natury swej człowiek odczuwa dramatyczną różnicę jaka jest między dobrem, a złem. Sumienie podpowiada, że jesteśmy skłonni do grzechu, ale też zdolni do dobra. Sceptycy, wątpiący w możliwość odróżniania dobra od zła, ani dekadenckie nurty w kulturze nazywające zło dobrem – nie znoszą tej zdolności odróżniania.

Prawda i dobro nie są względne. Zaburzenia oceny dobra i zła bie4rze się ze skłonności człowieka do zła – co w nauce chrześcijańskiej oznacza „grzech pierworodny”. Podobne intuicje towarzyszyły już starożytnej kulturze pogańskiej.

Starogrecki mit o Pandorze, który przekazał Hezjod w „Pracach i dniach” (VII wiek przed Chr.) opowiada o początku zła na świecie. Gdy Prometeusz obdarował ludzi wykradzionym z Olimpu ogniem, urażony Zeus postanowił im zaszkodzić. Zesłał Pandorę na ziemie z posagiem w glinianej beczce. Były w niej wszelkie złośliwości i cierpienia, które z niej wydostały się, gdy tylko beczka została lekkomyślnie otwarta.

Znane jest wyrażenie Owidiusza, gdzie Medea wyznaje: „video meliora proboque, deteriora sequor” (Metamorfozy, 7, 18 – 21), a co znaczy: „widzę i pochwalam lepsze, a idę za gorszym”. Podobną prawdę wyraził św. Paweł: „Nie czynię bowiem dobra, którego chcę, ale czynie właśnie zło, którego nie chcę” (Rz 7, 19). Teksty te jednak nie podważają różnicy między dobrem a złem, ale wręcz ją podkreślają.

Relatywizm – rozumiany jako zakwestionowanie różnicy dobra i zła - pojawił się już w starożytności w myśli sofistów (Protagoras, Gorgiasz). Był wyrazem kryzysy poznawczego. Wiązano ją także z pychą: Eurypides mówił: „Każdy siebie woli od swych krewnych” (Medea 86); „z rozkwitającej pychy człowieczej wyrasta / Kłos grzechu, z niego zasię – opłakane żniwo” (Ajschylos, Persowie, 838); z bezbożnością - Nie czcisz świętości – wnet pycha się rodzi i grzech” (Ajschylos, Eumenidy, 531). Zapowiadano: „Bezbożny czyn rodzi nowe czyny bezbożne, sobie podobne i nieodrodne” (Ajschylos, Agamemnon 765 – 767). [22]

Odmianą relatywizmu stał się także później konwencjonalizm (łac. cenventio = umowa, układ), który wyznawali protagoras, Arystyp, sofiści. Według nich tzw. sądy prawdziwe są kwestią umowy społecznej, owocem dialogu i porozumienia zainteresowanych stron, które ulegają zmianie wraz ze zmieniającymi się warunkami życia. [23]

Jako ideowy kierunek w europejskiej kulturze relatywizm jest dziedzictwem Odrodzenia i Oświecenia, a zaczął się kształtować na przełomie XVII i XVIII wieku. Sama prawda stała się wielkością względna, gdyż jej rozpoznanie i zdefiniowanie jest uwarunkowane zdolnościami poznawczymi i sposobem patrzenia na świat poszczególnych jednostek (subiektywizm i psychologizm). Prawda uzależniona jest od opinii społeczno-historycznych (konwencjonalizm, historycyzm). Na przełomie XIX i XX wieku relatywizm przeniknął do teologii (doktryna modernistów, tzw. „nowa teologia”). [24]

Relatywiści (łac. relativus = względny) są zdania, że prawda jest stopniowalna, jest zmienna, zależy od wielu okoliczności i od tego, kto ja wypowiada. Jako przykład podają m.in. fakt, że kilkaset lat temu twierdzenie o płaskości Ziemi było traktowane jako prawda, a dzisiaj jest ono kłamstwem. Tak więc prawda jest funkcją różnych uwarunkowań, zależy od nich. Jedną z form relatywizmu jest tzw. probabilizm (łac. probabilis = „prawdopodobny”, „możliwy do zaakceptowania”), który uznaje zdania naukowe za najwyżej prawdopodobne. Inną odmianą relatywizmu jest progresizm (łac. progressus = postęp), który głosi, że większość naukowych zdań cechuje tymczasowość, względność. W ramach postępu wiedzy zbliża się ona coraz bardziej do wiedzy absolutnej. Odmianą progresizmu jest historycyzm - w wersji pozytywnej głosi, że cała ludzka kultura zmierza z dziejową koniecznością do stanu doskonałego (G. W. F. Hegel, A. Comte, K. Marks, A. Whitehead, P. Theilard de Chardin). Postmodernizm wypracował swoiste podejście do zagadnienia moralności, ciągle rozszerzając granice, w ramach których znajduje się to, co moralnie dopuszczalne. Dostrzegalna cechą świata stał się chaos, pojęciowy bałagan, „przewartościowanie wartości”, absurd i bezsens ludzkiego istnienia oraz zaprzeczanie wszelkich uzasadnień podejmowanych działań moralnych. [25]

Na gruncie teologii moralnej relatywizm domaga się zaprzeczenia i odrzucenia absolutnego charakteru norm i wartości moralnych oraz powszechnej ich ważności. Przedstawia się przy tym wielość norm, które występują w różnych kulturach, nie analizując ich zasadności i prawdziwości. Albo też teoretycznie wysuwa się tezę, ze nie jest możliwe racjonalne rozeznanie i weryfikacja norm etycznych. [26]

Relatywizm moralny głosi, ze wszystkie systemy wartości są równe i żadnego z nich nie można traktować jako absolutnie najlepszego. Odrzuca więc twierdzenie absolutystów, którzy moralność opierają na uniwersalnych wartościach, takich jak prawo naturalne. Konsekwentnie odrzucają istnienie prawa naturalnego, głosu sumienia czy wartości ogólnoludzkich. [27]

Przedstawicielami relatywizmu stały się kręgi wpływowych ludzi sztuki, artyści, aktorzy, piosenkarze oraz ludzie biznesu. Wykorzystując szerokie możliwości elektronicznych mediów oraz najnowszą kulturę informatyczną opartą na Internecie, prowadzą nieustanna kampanię propagującą podstawowe założenia i idee relatywizmu. Ma to ogromne znacznie dla kształtowania współczesnych pokoleń ludzi. [28]

Cały ten proces dokonuje się w imię „wyzwolenia człowieka”. Podkreśla się, ze człowiek, jako podmiot wolności, to istota obdarzona zdolnością działania, które rozumiane jest jako tworzenie tego, co nowe, dawanie początku, ale też umiejętne kontynuowanie rozpoczętego dzieła. Jest to bowiem wchodzenie człowieka w relacje z innymi, przez co jego wolność staje się jawna, a drugi może nas dostrzec w działaniu, obserwując nasze czyny. Wolność nie pojawia się automatycznie w raz z wyzwoleniem. Jest ona dopiero tym, co po wyzwoleniu ma nastąpić. Ten specyficzny moment miedzy wyzwoleniem a wolnością Arendt nazywa „otchłanią nicości”. Związana jest ona ze świadomością, że „mogę zarówno coś czynić, jak i nie czynić”. [29]

Oskarża się tradycyjną moralność, że sprowadza do posłuszeństwa narzuconym normom. Rola jednostki sprowadza się do rozpoznania normy, jako podstawy „etyki posłuszeństwa” – nawet uwalniając sumienie od konieczności rozeznania konkretnych sytuacji. Etycy bowiem uprzednio przewidywali różne możliwe przypadki i podawali dla nich gotowe rozwiązania. Człowiekowi pozostawało zapoznać się z tymi rozstrzygnięciami i dostosować do nich własne działanie. [30]

„Uwalniając” człowieka od odpowiedzialności za swe życie, relatywizm niszczy samą istotę moralności. Człowiek w ten sposób jest też pozbawiony aspiracji w poszukiwaniu sensu, celu życia i Absolutu. Skoro „Bóg umarł” (Nietzsche) albo też „Bóg ograbił człowieka” (Sartre), to pozostał jedynie człowiek i jego miara w ocenie świata, który sam kształtuje. [31]

Jednostki, jak i grupy, które usiłują utrzymać stabilność moralno-prawną, zobowiązały się do jej przestrzegania, uważane są za ograniczające wolność człowieka, a nawet zagrażające godności osoby ludzkiej. Warunkiem właściwego człowiekowi rozwoju i pragnienia szczęścia, staje się konieczność uwolnienia się od wszelkich zasad , w tym także stanowionych, np. przez tradycję czy opinię innych ludzi. Przyjmuje się za konieczny wymóg wyzbycia się w myśleniu i działaniu odniesienia do jakichkolwiek prawideł, których uznawanie jest postrzegane jako zniewolenie. [32]

„Uwolnienie od nakazów moralnych” łączy się „uwolnieniem od prawdy”, której istnienie zostaje zakwestionowane. Niemal powszechnie przyjmuje się „relatywizację prawdy, albo przynajmniej zakwestionowanie możliwości dotarcia do niej. Człowiek bowiem nie tyle ma poznawać prawdę, ale – w myśl absolutystycznego liberalizmu – tworzyć ją. Człowiek bowiem nie jest „sługą prawdy”, lecz jej „kreatorem”. Akty ludzkiego poznania „tworzą” istotę danej rzeczywistości, co w konsekwencji zmienia kryteria prawdziwości. Prawdę uważa się za przejaw działania podmiotu, jego osobowości, nie zaś istotę bytu w sobie samym. Konsekwentnie prawda została zdetronizowana jako wartość najwyższa, którą się rozpoznaje, której się służy i która stanowi miarę ludzkich działań. [33]

Jan Paweł II, poddając krytyce liberalną demokrację, zwrócił uwagę na jej filozoficzne założenia, w tym na relatywizm prawdy. Papież pisał w encyklice „Centesimus annus”: Dziś zwykło się twierdzić, że filozofią i podstawą odpowiadającą demokratycznym formom polityki są agnostycyzm i sceptyczny relatywizm, ci zaś, którzy żywią przekonanie, ze znają prawdę, i zdecydowanie za nią idą, nie są, z demokratycznego punktu widzenia, godni zaufania, nie godzą się bowiem z tym, że o prawdzie decyduje większość, czy też, że prawda się zmienia w zależności od zmiennej równowagi politycznej” (CA, 46). [34]

Takie przekonanie ma ogromne znaczenie także w rozumieniu sensu i miejsca religii. Odniesienie relatywizmu do Boga i religijnej wiary określa się mianem „sympatycznej obojętności”. Często jednak przyjmuje ona postać przymusu, który każe odrzucić Boga i religię jako wartości i zasady nadrzędne. Upowszechnia myślenie i postawę, że „treść wiary jest rzeczą drugorzędną w zestawieniu z tym, jak się zachowują ludzie wierzący”. W ramach relatywizmu jest nie do przyjęcia religia, która rości sobie prawo do wyłącznej prawdziwości. [35]

W nauce o religii trwał od dawna spór o to, czy współczesne religie ewoluowały z pogaństwa, są jego wyższym stopniem. Takie relatywistyczne teorie głosili np. ewolucjoniści religii, widząc w niej wynik przechodzenia od mniej do bardziej doskonałych form. Dopiero prace np. autorstwa Le Roy'a, który opisywał prymitywnych Pigmejów i ludy Bantu, wykazały, że nazywają oni Boga słowami znaczącymi tyle, co „czynić” lub „kształtować” - a więc widzą w Nim Stwórcę. Inne pokrewne szczepy używają wobec Boga wyrażeń: „Wielki”, „Najwyższy”, „Mający Moc”, „Ojciec”. Zawsze imię Najwyższej Istoty było wypowiadane z największym szacunkiem.[36]

Kolejne dowody zmusiły religiologów do zmiany pierwszych twierdzeń o relatywizacji prawdy o Bogu, zwłaszcza, gdy okazało się, że im starsza kultura, tym bardziej doskonałe pojęcie Boga. Etnolog, W. Schmidt, stwierdził, że w miarę jak oddalamy się od najbardziej pierwotnych ludów, a zbliżamy do tych, które osiągnęły pewien stopień kultury, spostrzegamy, że wzrasta ilość pogańskich elementów, które stopniowo przyćmiewają dawne czyste pojęcie i kult Najwyższej Istoty. Zakwestionowano też tezę, że pierwotnie powszechny był ateizm. Niemiecki badacz z XIX wieku, Roskoff, napisał, że: „dotąd nie znalazł nigdzie szczepu nie posiadającego jakiejś religii” (1880). Potwierdziło to szereg następnych badań, co wskazuje na fakt, że nieprawdą jest, by ludzkość była niezdolna rozumem do zbliżenia się do pojęcia Boga. [37]

Relatywizm podaje istotne i oczywiste powody, dla których tolerancja jest społecznie pożądana. Problemy zaczynają się, gdy tolerancje próbuje się określić jako działanie moralnie pozytywne., otwarte na pewną grupę wartości, np. wolność i autonomię, o ściśle określonej funkcji. Bowiem ta ścisłość wymaga konsekwentnej determinacji normatywnej, co podważa pierwotne założenia relatywizmu. Za każdą postacią relatywizmu kryje się bowiem względność świata wartości. Prezentują relatywizm wskazuje się na jego dodatkowy wymiar: antyfanatyzm, antydogmatyzm, czy non-totalitaryzm. Tolerancja nie może więc być trwałą zasadą, bo okazałaby się nie-relatywistyczna. [38]

Kulturowy wzór życia społecznego znajduje swe ukierunkowanie – niezależne od wartości i norm moralnych - na życie przyjemne, na posiadanie i używanie, korzystanie z doraźnych przyjemności, jakie aktualnie podsuwa życie. Ludzie staja się wrażliwi na własne potrzeby, podniecające doznania i przeżycia oraz pragmatyczne wartości, czują się powiązani z tzw. społeczeństwem samorealizacji lub społeczeństwem konsumpcyjnym. Takie tendencje, przyjęte przez jednostki, określa się mianem mentalności pragmatycznej, ekonomizacji myślenia, spieniężenia świadomości, luksusowego konsumpcjonizmu, orientacji materialistycznej, dekonstrukcji postaw, erozji aksjologicznej, anomii społeczno-moralnej, próżni i upadku wartości, procesu fragmentaryzacji systemów wartości. Proces odchodzenia od wartości jest stopniowy, poparty subiektywnym ich wyborem. Objawia się pragmatyzacją świadomości społecznej, który wyznacza nowy kształt ładu normatywnego. Istotna zmiana polega w nim na nowym prawie, w którym interesy mają zdecydowaną przewagę nad wartościami. [39]

Zdecydowanie sprzeciwiają się twierdzeniom relatywistów absolutyści (łac. absolutus = pewny, bezwzględny). Wskazują, że oni sami - głosząc względność prawdy - czynią to w sposób bezwzględny. Twierdzą też, że nie prawda, ale ludzkie poznanie jest stopniowalne, ponieważ człowiek może się doskonalić w swych funkcjach poznawczych. Ponadto nie istnieją zdania bardziej lub mniej prawdziwe, lecz albo któryś sąd jest prawdziwy lub fałszywy, jest bliższy lub dalszy prawdy (jeśli nie jest prawdziwy - jest jednak fałszywy). Zdanie „Ziemia jest płaska” było fałszywe, rozmijało się z prawdą. Relatywiści mylą bowiem mniemania, opinie i błędne sądy, które ulegają zmianie, z prawdą, która jest jedna. [40]

Chrześcijaństwo świadome jest tego, że rozum ma swe określone granice, porusza się po obszarze zakreślonym licznymi tajemnicami. Lew Szestow pisał: „Żyjemy otoczeni nieskończoną wielością tajemnic. Ale jakkolwiek zagadkowe byłyby tajemnice w pisane w byt - najbardziej zagadkowe i zatrważające jest to, że tajemnica w ogóle istnieje, że jesteśmy jak gdyby ostatecznie i na zawsze odcięci od źródeł i początków życia. (...) wieczna tajemnica, wieczna nieprzejrzystość, jak gdyby ktoś już przed stworzeniem świata zamknął człowiekowi dostęp do tego, co dla niego najważniejsze i najbardziej potrzebne. To, co uważamy za prawdę, co zdobywamy za pomocą naszego myślenia, okazuje się w pewnym sensie niewspółmierne nie tylko ze światem zewnętrznym (...), ale i z naszymi wewnętrznymi przeżyciami. Mamy naukę, która rośnie i rozwija się już nie z dnia na dzień, ale wręcz z godziny na godzinę. (...) Lecz 'mgła' pierwotnej tajemnicy się nie rozwiała. Właściwie zgęstniała jeszcze bardziej”. [41]

Odrzucenie prawdy i rozminięcie się z nią także może mieć różną postać. Wśród nich współcześnie bardzo często występuje irracjonalizm i pokonywalna niewiedza.

Irracjonalizm, czyli odrzucenie rozumu w dochodzeniu do prawdy, często ma radykalną postać antyracjonalizmu - zwalczania udziału rozumu w dochodzeniu do prawdy. Jest jednak zawsze atakiem na prawdę i jej rolę jako fundamentu kultury. W miejsce prawdy często lansuje się wolność, rozumianą jako dobrowolność poznawczą, w której upatruje sposób uzdrowienia kultury i rozwoju człowieka. Pozostałości wiary chrześcijańskiej - w formie zwyczajów czy tradycyjnych zachowań - akceptuje się równolegle z neopogaństwem, astrologią, chiromancją, terapiami typu New Age, czy medytacjami transcendentalnymi. W Wielkiej Brytanii około 50 procent studentów skłania się ku neopogaństwu, Wicca czy szamanizmowi: są bardziej zainteresowani „odkrywaniem swoich mocy” niż zmienianiem świata. Znaczenie poznania religijnego jest coraz mniejsze, a duchowość rozumie się jako poszukiwanie doświadczeń ulepszających i zmieniających (ciągle!) życie. Jest ona „duchowością koktajlową”, w której obok siebie występują sprzeczne elementy, fałsz pomieszany z prawdą. Jak zauważa Paul Heelas, wykładowca religii i nowoczesności na Lancaster University: „Coraz mniej ludzi będzie lojalnych wobec jednej religii. To nie znaczy, że przestaną być religijni. Tak naprawdę coraz więcej ludzi czuje, że na świecie istnieje coś więcej niż tylko to, co może być wytłumaczone przez naukę i rozum”. [42]

Pokonywalna niewiedza polega na zaniedbaniu duchowym w dziedzinie prawdy. Łatwość sięgnięcia po prawdę, jej dostępność, a także brak usprawiedliwienia, dlaczego ktoś jej nie poznał, pogłębiają powagę sytuacji. [43]

Chrześcijaństwo z powagą podchodzi do wiary i rozumu jako źródeł poznania prawdy. Wiara nie jest rezygnacją rozumu w procesie poznawania, nie jest wycofaniem go w irracjonalizm. Jest odwagą bycia, wyruszeniem w głębię Prawdy. Wiara jest akceptacją tego, co otrzymaliśmy od Boga. Gdy Kościół krytykował osiągnięcia rozumu nigdy nie ganił go za zaufanie do niego, lecz jedynie za zawężanie prawdy wyłącznie do pewnych sfer rzeczywistości - doświadczalnych, widzialnych, materialistycznych, z wykluczeniem czy oskarżeniem religii o ciemnotę. Rzeczywistość wiary nie jest irracjonalna, lecz głębią Rozumu Boga, której nie jesteśmy w stanie postrzec naszymi ludźmi zmysłami. Podstawowym słowem wiary, jak to wyraził św. Jan („na początku było Słowo”), jest twórczy Rozum, nadający sens boskiemu poznaniu. „Pierwsza zasada wiary mówi więc, że wszystko, co jest, stało się z myśli”. [44]

Materializm zaś twierdzi, że na początku było to, co nierozumne, a wszystko stało się z przypadku. Z tego, co nierozumne, powstało to, co rozumne. Wówczas rozum jest jakby ubocznym produktem bezrozumu, przypadkową konstrukcją. Podstawowym pozostaje więc irracjonalizm.

Poznanie prawdy Bożej przynagla, aby ją głosić, rozpowiadać, dzielić się z nią z innymi. Uczniowie Chrystusa napotykają na kolejną trudność: jak wyrazić Prawdę? Jak oddać istotę Bożego przesłania mając do dyspozycji tylko ludzkie pojęcia i rozum, który nie wszystko rozumie? Tak często przecież nauka odcięła człowieka od jego najgłębszych odczuć, odebrała zdolność abstrakcyjnego myślenia, uczyniła z niego tułacza w poszukiwaniu Prawdy. Pozostała mu jednak tęsknota metafizyczna, niepewność, przeczucie innego wymiaru. Ten paradoks zadania chrześcijan wyraził Leszek Kołakowski: „Jezus powiedział, że królestwo Jego nie jest z tego świata, ale zarazem rozesłał uczniów, aby na świecie głosili ludom Jego naukę. Ale nauka głoszona światu musi być w słowach ujęta, skodyfikowana, a apostołowie muszą wiedzieć, że to samo głoszą, a nie co innego (...) Chrześcijaństwo nie może się przeto uwolnić od napięcia, ,które powstaje z samej natury jego zadania: stąd, że w widzialnym świecie i poprzez jego narzędzia ma przekazywać wartości spoza świata”. [45]

Dla wykonania tego zadania nie wystarczą ludzkie pomysły, ani ludzkie środki poznawcze, ani moc czerpana przez apostoła z samego siebie. Dlatego potrzebują Ducha, by wiedzieć co powiedzieć, gdzie iść, jak pokonywać kolejne odcinki drogi.

Ks. prof. Andrzej Zwoliński



[1] J. Kroton, Nieznośna miękkość dyktatury, Fronda, 2012, nr 62, s. 123 – 125.

[2] K. R. Craycraft Jr., „Tolerując” chrześcijaństwo aż po marginalizacje, tłum. K. Kohler, Fronda, 2000, nr 21/22, s. 226 – 240.

[3] Por. R. Scruton, Tolerancja, w: Słownik myśli politycznej, Poznań 2002, 408.

[4] R. Kantor, Z pojęć „wolność” i „tolerancja” uczyniono narzędzie ucisku i manipulacji, Biały Kruk. Miesięcznik Kulturalny, 2018, nr 12, s. 24 – 28.

[5] A. Kołakowska, Wojny kultur i inne wojny, Warszawa 2010. Por. T. Cukiernik, Lewicowa wolność słowa, Polonia Christiana, 2018, nr 64, s. 32 – 34; Rekontra, „Uwaga – Zespół!” – poradnik Kuronia dla donosicieli, Gazeta Warszawska, 14 – 20 grudnia 2018, s. 8.

[6] K. Orłoś, Trzecie kłamstwo, Paryż 1980, s. 209.

[7] K. Grzybowska, Szaleństwo politycznej poprawności, Wprost, 2000, nr 52/53, s. 80–81.

[8] Za: A. Waśko, Autorytet kulturalny i polityczna poprawność, Arka, 1994, nr 49 (1), s. 5.

[9] Tamże, s. 3–16.

[10] B. a., Tolerancja wobec zła, Opoka w Kraju, 2010, nr 74, s. 5.

[11] P. Bartula, Dyskretny urok tolerancji, w: Kłamstwo w życiu publicznym, red. W. Zuziak, J. Mysona Byrska, seria: Etyka życia publicznego nr 2, Uniwersytet Papieski Jana Pawła II, Kraków 2009,s. 221 nn.

[12] L. Kocik, Rodzina w obliczu wartości i wzorów życia ponowoczesnego świata, Oficyna Wydawnicza AFM, Kraków 21006, s. 136 – 143.

[13] D. Rozwadowski, Marksizm kulturowy. 50 lat walki z cywilizacja Zachodu, Prohibita, Warszawa 2018, s. 129 – 136.

[14] B.a., Skutki tolerancji, Opoka w Kraju, 2016, nr 90 (111), s. 15.

[15] K. Karoń, Historia marksizmu. Marksizm psychoanalityczny, youtube.com.,

[16] A. Gramsci, Audacia a fede (1916). Scotto la mole 1916 – 1920, s. 149.

[17] P. Bartula, Dyskretny urok tolerancji…, dz. cyt., s. 225 – 226.

[18] Por. R. Legutko, Tolerancja: rzecz o surowym państwie, prawie natury, miłości i sumieniu, Kraków 1997; A.J. Conyers, The Long Truce: How Toleration Made the World Safe for Power and Profit, Dallas 2001; J. Ratzinger, Wiara prawda tolerancja. Chrześcijaństwo a religie świata, Kielce 2004.

[19] J. R. Nowak, Zagrożenia dla Polski i polskości, t. 2, Inicjatywa Wydawnicza „ad astra”, Warszawa 1998, s. 250 – 251.

[20] B. Dobek-Ostrowska, J. Fras, B. Ociepka, Teoria i praktyka propagandy, Wydawnictwo Uniwersytetu Wrocławskiego, Wrocław 1997, s. 69–71.

[21] M. Argyle, Psychologia stosunków międzyludzkich, przekł. W. Domachowski, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 1999, s. 101–104.

[22] M. Wojciechowski, Obecność Zła, Polonia Christiana, 2019, nr 66, s. 84 – 85.

[23] H. Muszyński, „Wychowanie moralne”, WSiP, Warszawa 1987, s.. 55-56.

[24] J. Zabielski, Relatywizm moralny, w: Jan Paweł II. Encyklopedia nauczania moralnego, red. J. Nagórny, K. Jeżyna, Polwen, Radom 2005, s. 459 – 460. Por. Pius X, Encyklika „Pascendi”, Watykan 1907; Pius XII, Encyklika „Humani Genesis”, 1950.

[25] J. Mariański, Moralność w procesie przemian. Szkice socjologiczne, Warszawa 1990, s. 60.

[26] J. Zabielski, „Dyktatura relatywizmu” we współczesnym świecie, w: Wartości moralne w kontekście współczesnego sekularyzmu, red. J. Gocko, Stowarzyszenie Polskich Teologów Moralistów, Lublin 2007, s. 66 – 70.

[27] D. Rozwadowski, Marksizm kulturowy. 50 lat walki z cywilizacją Zachodu, Wydawnictwo Prohibita, Warszawa 256 – 270. 2018, s.

[28] T. Reroń, Etyczne konsekwencje relatywizmu w mass mediach, w: Wartości moralne w kontekście…, dz. cyt., s. 91 – 102.

[29] H. Arendt, Życie umysłu, t.1. Myślenie, przekł. H. Buczyńska-Garewicz, Warszawa 1996, s. 51, 284.. Por. A. Siwek, Libertas et falsum, Civitas. Studia z filozofii polityki, 2001, nr 5, s. 185 – m198.

[30] Z. Sareło, Założenia antropologiczne w etycznych poglądach Zygmunra Baumana, w: Moralność i etyka ponowoczesności, Warszawa 1996, s. 64. Por. Z. Kobylińska, Moralność jako supermarket w kulturze postmoderny, w: Księga pamiątkowa z okazji 70. urodzin ks. prof. Tadeusza Rogalewskiego, red. E. Wiązowaty, Olsztyn, 2007, s. 178 – 190.

[31] Por. S. Nagy, Problem człowieka problemem Boga, w: Człowiek w poszukiwaniu zagubionej tożsamości. „Gdzie jesteś Adamier?”, Lubolin 1987, s. 85 – 101; J. Życiński, Odyseusz czy playboy? Kulturowa odyseja człowieka, Kraków 2005, s. 6 nn.

[32] H. De Dijn, Wolność we współczesnej kulturze, w: Wolność we współczesnej kulturze. Materiały I Światowego Kongresu Filozofii Chrześcijańskiej, pr. zb., Lublin 1997, s. 100.

[33] A. Siemianowski, Człowiek i prawda, Poznań 1986, s. 10 – 14.

[34] Por. A. Filipiak, Poparcie dla liberalnej demokracji i jej krytyka w ‘Centesimus annus’, Civitas, 1999, nr 3, s. 103 – 126.

[35] J. Gocko, Doktryna liberalizmu, Seminare, 2001, nr 17, s. 375.

[36] A. Le Roy, Religia ludów pierwotnych, seria: Biblioteka Dzieł Chrześcijańskich, Warszawa 1912.

[37] Za: I. B. Radziszewski, Geneza religii w świetle nauki i filozofii, Księgarnia Gebethnera i Wolfa w Warszawie, Włocławek 1911, s. 18.

[38] J. Hołówka, Relatywizm etyczny, Warszawa 1981; I. Lazari-Pawłowska, Relatywizm etyczny, Etyka, 1985, nr 21, s. 7 – 23.

[39] J. Zabielski, Relatywizm moralny, w: Jan Paweł II. Encyklopedia nauczania moralnego…, dz. cyt., s. 461 – 462. Por. T. T. Terlikowski, Mniejsze zło, które doprowadziło Kanadę do duchowej katastrofy. Rozmowa z Michaelem D. O’Brienem – kanadyjskim pisarzem i dziennikarzem, Fronda, 2010, nr 57, s. 134 – 141.

[40] P. Kieniewicz, Od sekularyzmu do relatywizmu: świat bez Boga, światem bez moralności. Perspektywa bioetyczna, w> Wartości moralne w kontekście współczesnego sekularyzmu…, dz. cyt., s. 131 – 142.

[41] L. Szestow, Ateny i Jerozolima, tłum. C. Wodziński, Kraków 1993, s. 92. Por. G. Górny, Wojna Benedykta, Fronda, 2009, nr 50, s. 16 – 23.

[42] M. Bunting, Duchowy supermarket, (The Guardian 16 XII 1996), Forum, 1997, nr 6, s. 22.

[43] Zob. Sz. Hołownia, Gorzkie żale, Newsweek Polska, 2007, nr 14, s. 26 – 28.

[44] J. Ratzinger, Drogi wiary w dobie współczesnych przemian, Communio, 1992, nr 2, s. 124.

[45] L. Kołakowski, Czy diabeł może być zbawiony i 27 innych kazań, Kraków 2006, s. 225.

Zróbmy to razem!
Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.
Wybierz kwotę: