Łukasz Warzecha: Histeria ukrainofilów – emocje czy obca inspiracja?

Po podjęciu przez pana prezydenta decyzji o odebraniu Orderu Orła Białego panu Zełenskiemu pojawiło się kilka typów negatywnych na tę decyzję reakcji. Typ ostrożny zaprezentował pan premier, stosując symetryczne podejście i stwierdzając, że napięcia eskalują obaj prezydenci.
Tu na marginesie warto zauważyć, że pan Tusk dostanie z Kancelarii Prezydenta RP do kontrasygnowania decyzję o odebraniu Orderu Orła Białego. Jednakże do obrony z prawnego punktu widzenia jest teza, że ta kontrasygnata nie jest konieczna. Taki wymóg nie wynika bowiem wprost ani z konstytucji, ani z Ustawy o orderach i odznaczeniach z 1992 r. W gruncie rzeczy skierowanie decyzji do kontrasygnaty było decyzją otoczenia pana prezydenta, które być może chciało się w ten sposób podzielić odpowiedzialnością. Faktu, że pan Zełenski spakował już order i nadał zwykłą przesyłką, robiąc z tego polityczną demonstrację, stawia pana Tuska w zasadzie w sytuacji bez wyjścia. Odmowa udzielenia kontrasygnaty wyglądałaby fatalnie nawet w oczach znacznej części wyborców KO. Jest jednak możliwy wybieg: pan premier może ogłosić, że z analiz jego ekspertów wynika, iż wymóg kontrasygnaty nie obowiązuje, w związku z czym nie tyle odmawia jej udzielenia, co nie ma tu do odegrania żadnej roli i decyzja w całości spada na pana prezydenta. Być może z jego punktu widzenia byłoby to najlepsze wyjście.
Drugi typ jest histeryczny. Najbardziej reprezentatywny jest dla niego „list”, który w „Gazecie Wyborczej” opublikował były zastępca pana Adama Michnika, pan Jarosław Kurski. Pan redaktor Kurski tłumaczy „ukraińskim braciom”, że wskutek tego, iż pan Zełenski „lekkomyślnie dał prezent nacjonalistycznej prawicy”, ta „nacjonalistyczna prawica” teraz tryumfuje. Zastrzega jednak, że decyzja pana Nawrockiego nie została podjęta w jego, pana Kurskiego imieniu. Pisze: „Niestety, mam złe przeczucia. Dotąd demokraci stosowali fatalną i bezowocną taktykę ustępstw wobec żądań skrajnej prawicy. Pod szantażem patriotycznym głosowali za uchwaleniem 11 lipca Dniem Rzezi Wołyńskiej. Niedługo potem gremialnie ustanowili 11 lipca świętem narodowym. Ten sam szantaż patriotyczny doprowadził do przegłosowania uchwały o Brygadzie Świętokrzyskiej. To skrajnie prawicowa formacja kolaborująca z Wehrmachtem, z Gestapo, z Abwehrą, która pod osłoną Niemców przeszła bezpiecznie do amerykańskiej strefy okupacyjnej. Uchwała mówi, że »Brygada dobrze zasłużyła się Polsce«. I, o wstydzie!, demokraci to poparli”.
Ten tekst jest kwintesencją tego, co zwykliśmy określać mianem zaprzaństwa. Rozumiem, że na temat relacji z Ukrainą można mieć różne opinie i jakkolwiek nie zgadzam się gruntownie z tymi, którzy twierdzą, że pan Nawrocki podjął decyzję błędną, pan Kurski w swoich połajankach wykracza daleko poza zakres tego, co można uznać za uzasadnioną krytykę. Nie jest jednak w swojej histerii osamotniony.
Z różnych zakamarków wyskakują kreatury, które powinny siedzieć głęboko schowane pod kamieniem. Oto fundacja Otwarty Dialog pana Bartosza Kramka nadaje „Obywatelski Order Przyszłości prezydentowi Wołdymyrowi Zełenskiemu oraz narodowi ukraińskiemu” i publikuje apel, aby się pod tym kuriozum podpisywać. Na X po trzech godzinach wpis w tej sprawie miał ponad 5 tys. wyświetleń i… 10 polubień. To pewnie tyle, ilu pracowników ma fundacja. W „Rzeczpospolitej”, która pod kierownictwem pana Szułdrzyńskiego ustawiła się jako gazeta podobnie obsesyjnie ukrainfoilska co „Wyborcza”, Tomasz Terlikowski lamentuje, że „Prawica powróciła do wczesnego Dmowskiego. Nie odrobiła lekcji rodziny Szeptyckich”.
Na marginesie – bo to odrębny temat – trzeba też odnotować, że w swoim geniuszu pan Jarosław Kaczyński oznajmił, iż kandydatem PiS na rzecznika praw obywatelskich będzie znany peerelowski opozycjonista, szef jednego z Klubów „Gazety Polskiej”, ponad siedemdziesięcioletni pan Adam Borowski, który kilka lat temu deklarował, że wspierałby Ukrainę nawet, gdyby ta zażądała Przemyśla. Brawo!
Jest też grupa krytyków, którzy próbują argumentować, że niemądrze było podejmować decyzję przed konferencją w Gdańsku, która zaczyna się już za trzy dni. Te osoby wydają się podzielać pogląd, według którego konferencja mogła nam przynieść jakieś wielkie korzyści, a nie przyniesie, bo Ukraińcy się „obrazili”. Jeśli optymistycznie założyć, że pogląd ten jest szczery, trzeba go określić łagodnie jako skrajnie naiwny. Konferencje organizowane pod hasłem odbudowy Ukrainy miałyby jakąkolwiek wartość, gdybyśmy mieli do czynienia z państwem w typie zachodnim, czyli takim, gdzie ustalenia mają walor trwałości i wiarygodności. Mamy jednak do czynienia z państwem skrajnie skorumpowanym, gdzie warstwa dyplomatyczna jest traktowana jedynie jako teatrzyk dla naiwnych pidarów, a faktyczne decyzje zapadają na poziomie nieoficjalnym, a często niższym niż ten formalnie uprawniony do ich podejmowania. Ukraina działa na tym poziomie jak państwa bandyckie, z trzeciego, nie z pierwszego świata. Ostatnio najbardziej tego znanym przykładem – ale przecież niejedynym – jest firma Process Control, która w sporze z lwowskim samorządem o wykonanie powierzonego jej kontraktu wygrała wszystkie możliwe procesy arbitrażowe, ale te orzeczenia są po prostu ignorowane przez strukturę kierowaną przez mera miasta, pana Sadowego, pozostawiając polską firmę w podbramkowej sytuacji, a nie opłaconymi należnościami.
Poza tym skrajnie naiwne jest przeświadczenie, że Ukraińcy – którzy kierują się i posługują w polityce międzynarodowej z jednej strony chamską bezczelnością, z drugiej skrajnym pragmatyzmem – „ukaraliby” Polskę za odebranie orderu panu Zełenskiemu. Gdyby uznali, że Polska jest niezbędna, moglibyśmy odebrać im sto orderów, a nadal bylibyśmy noszeni na rękach. Jednak Ukraina niemal od początku wojny, a w każdym razie od momentu, gdy udało jej się przetrwać pierwszy impet rosyjskiego uderzenia, postawiła w relacjach z Zachodem na USA – z konieczności – i na Niemcy – z wyboru, motywowanego również historycznie. Nie na Polskę. Byłem jednym z niewielu publicystów, którzy wskazywali na tę strategię w czasie, gdy część moich kolegów (miłosiernie nie będę wskazywał ich palcem) z oczadzeniem snuła wizje polskiej potęgi opartej na wielkim przymierzu z Kijowem.
Gdy teraz okrzyki ze strony środowisk ukrainofilskich stają się już nawet nie histeryczne, ale wprost oszalałe, trzeba wprowadzić bardzo niepokojący wątek ukraińskich wpływów w Polsce. I to nie tych „miękkich”, gdzie Ukraińcy korzystają z – by sięgnąć do leninowskiego terminu – pożytecznych idiotów, lecz tych twardych, wywiadowczych. „Rzeczpospolita” opublikowała kilka dni temu bardzo interesujący artykuł Marka Kozubala dotyczący wpływów obcych służb w naszym kraju. Kozubal odwołuje się w nim do raportu Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego poświęconego temu tematowi i zauważa: „W raporcie ABW nie znajdziemy natomiast informacji na temat działalności w Polsce sojuszniczych służb. Tymczasem są one bardziej aktywne, niż te działające w interesie Kremla czy Mińska. […] Rozmówcy »Rzeczpospolitej« wskazują wprost, że polskie służby nie są w stanie monitorować wszystkich takich spotkań, bo nie mają tylu funkcjonariuszy. Oficer B: Machamy ręką, bo to są służby sojusznicze. Zresztą my też często tak samo robimy w ich państwach.
Nasi rozmówcy dodają, że najbardziej aktywne w Polsce są służby ukraińskie. One starają się rozpracowywać środowiska białoruskie i rosyjskie, ale też prowadzą np. werbunek wśród Ukraińców, którzy przyjechali do Polski. – Są namawiani do przekazywania wrażliwych danych. Mówiąc wprost: do wynoszenia informacji z polskich firm lub urzędów, w których są zatrudnieni – mówi oficer C. Z kilku niezależnych źródeł dowiadujemy się, że polskie prokuratury prowadzą śledztwa w sprawie szpiegostwa na rzecz państwa ukraińskiego. – Akty oskarżenia są utajniane przez prokuraturę, bo jakby nie mówić, to są nasi sojusznicy – słyszymy.
– Mamy sygnały, że ukraińskie służby starają się werbować Polaków, którzy jadą na Ukrainę z pomocą humanitarną czy misją biznesową – opisuje oficer D. Inny dodaje: Służby ukraińskie niekiedy działają pod fałszywą flagą »biało-czerwoną«. Posługują się też polskimi dokumentami. A kolejny tłumaczy, że aktywny w Polsce w widoczny sposób jest także wywiad niemiecki i francuski. Ten ostatni prowadzi – słyszymy – bardzo agresywne działania m.in. lobbingowe”.
Przypomnijmy, co mówi w sprawie pracy na rzecz obcego wywiadu polski kodeks karny w postaci znowelizowanej w tym aspekcie za rządów PiS:
Art. 130. § 1. Kto bierze udział w działalności obcego wywiadu albo działa na jego rzecz, przeciwko Rzeczypospolitej Polskiej, podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 5.
§ 2. Kto, biorąc udział w działalności obcego wywiadu albo działając na jego rzecz, udziela temu wywiadowi wiadomości, której przekazanie może wyrządzić szkodę Rzeczypospolitej Polskiej, podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 8 albo karze dożywotniego pozbawienia wolności.
§ 3. Kto zgłasza gotowość działania na rzecz obcego wywiadu przeciwko Rzeczypospolitej Polskiej albo w celu udzielenia obcemu wywiadowi wiadomości, których przekazanie może wyrządzić szkodę Rzeczypospolitej Polskiej, gromadzi je lub przechowuje lub wchodzi do systemu informatycznego w celu ich uzyskania, podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8.
§ 4. Kto działalność obcego wywiadu, o której mowa w § 1, organizuje lub nią kieruje, podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 10 albo karze dożywotniego pozbawienia wolności.
§ 5. Funkcjonariusz publiczny oraz osoba pełniąca dyspozycyjnie terytorialną służbę wojskową, dopuszczający się czynu, o którym mowa w § 1, podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 8 albo karze dożywotniego pozbawienia wolności.
§ 6. Kto bierze udział w działalności obcego wywiadu nieskierowanej przeciwko Rzeczypospolitej Polskiej prowadzonej na jej terytorium bez zgody właściwego organu udzielonej na podstawie odrębnych przepisów, podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8. [podkr. Ł.W.]
Jak widać, nawet w przypadku działalności, która jest oceniana jako nieskierowana przeciwko Rzeczypospolitej, ale która nie została zgłoszona i uzgodniona z naszymi służbami, czyn jest przestępstwem i podlega ściganiu oraz karze maksymalnie do 8 lat pozbawienia wolności. Pora chyba zacząć zadawać bardzo poważne pytania dotyczące ochrony kontrwywiadowczej polskiego państwa przeciwko infiltracji przez służby „zaprzyjaźnionej” Ukrainy. Coraz bardziej bowiem można odnieść wrażenie, że to właśnie przed tymi „przyjaciółmi” powinniśmy się zacząć chronić, zaś przegląd głosów odzywających się po decyzji polskiego prezydenta mógłby nawet sugerować, kto powinien znaleźć się pod lupą służb.
Łukasz Warzecha






