Łukasz Warzecha: Karol Nawrocki jako Edek

Warzecha-Nawrocki-Skolim.jpg
Oprac. PCh24.pl

Do niedawna nie wiedziałem o istnieniu kogoś takiego jak Skolim. Nie uważam tego za niewiedzę wstydliwą – wręcz przeciwnie: gdy zostałem zmuszony okolicznościami, aby zapoznać się z „twórczością” tego grajka, uznałem, że miałem szczęście, że dotąd mnie ona ominęła. Wyznaję bowiem zasadę, że w sferze sztuki – malarstwa, rzeźby, muzyki, architektury – należy omijać to, co nie jest podporządkowane dawnej i dobrej zasadzie, że sztuka ma w swojej istocie dążyć do ukazywania piękna, widzianego na różne sposoby i różnie interpretowanego, ale jednak piękna.

Tegoż Skolima, a właściwie pana Konrada Skolimowskiego, oraz paru innych wykonawców popularnej muzyki postanowił zaprosić na spotkanie z młodymi ludźmi do Juraty pan prezydent Nawrocki. Wiele osób uznaje zajmowanie się tą sprawą za przyczynkarstwo. Zasadniczo się z tym nie zgadzam: wbrew pozorom to sprawa bardzo znacząca, i w wymiarze imponderabiliów, i w wymiarze oceny samej prezydentury. Uporządkujmy wnioski.

Być może największy oddźwięk wywołał apel państwa Weberów do pana prezydenta, aby występ Skolima odwołać. Już w tym momencie można było zauważyć, do jakiego stopnia wykoślawione jest nasze życie publiczne. Państwo Anna i Adam Weberowie to dwoje muzyków z wykształcenia. Od lat zajmują się edukacją muzyczną młodych – która to dziedzina jest w Polsce dramatycznie zarzucona – z sukcesem tworząc aplikację Pomelody. W żadnym wypadku nie można ich zakwalifikować do grupy tak zwanych „młodych, wykształconych i z dużych ośrodków” czy też, by sięgnąć po nowszy desygnat, jako „ludzi z Jagodna”. Państwo Weberowie eksponują swój konserwatyzm, mają troje dzieci, które uczą się w edukacji domowej (to domena głównie konserwatywnych Polaków) i wobec których stosują rozwiązania takie jak brak własnego smartfona do 18. roku życia. Ich film z apelem do pana prezydenta nie był w najmniejszym stopniu napastliwy – przeciwnie: był utrzymany w bardzo eleganckim, kulturalnym tonie. Nie było też w nim krytyki skierowanej wobec głowy państwa – jedynie prośba, aby zmienił swoją decyzję w sprawie pana Skolimowskiego.

Zróbmy to razem!

Mimo to część politycznego kibolstwa natychmiast zakwalifikowała państwa Weberów do zwolenników KO, oskarżając ich o to, że nie krytykowali w przeszłości występów na przykład na Campusie Polska Przyszłości. Takie nastawienie wobec ludzi, którym nie sposób zarzucić agresji, chamstwa, koniunkturalizmu czy jakichkolwiek politycznych motywacji, a w dodatku w wywodzących się z tego samego ideowego rozdania co pan prezydent – jest niesamowicie przygnębiające, ale bynajmniej nie zaskakujące. Jasne jest, że kolejni polityczni kibole stopniowo swoją lojalność ze zgranego już PiS właśnie na pana prezydenta i będą gotowi bronić nawet jego jednoznacznie błędnych decyzji, dokładnie tak jak czynili w przypadku pana Kaczyńskiego i jego partii. Zostawmy ich na boku.

Dlaczego w takim razie taki dobór repertuaru na spotkanie w Juracie ma duże znaczenie? Po pierwsze – kwestia formacyjna. Spotkanie według deklaracji samego pana Nawrockiego oraz jego opisów miało mieć właśnie taki formacyjny charakter. Patrząc z tego punktu widzenia istotny jest każdy jego element – w tym lista zaproszonych do debat gości (tu również mamy dobór wiele mówiący, ale to temat na odrębną analizę) czy właśnie dobór repertuaru artystycznego. Tu sprawa przedstawiała się następująco: dwóch Koreańczyków wykonuje jazdę obowiązkową, czyli gra Chopina, a reszta to popularna muzyczka, w tym ów nieszczęsny Skolim, znany z tekstów po prostu wulgarnych (choć zdaje się, że niestety nie on jeden w tym zestawie).

Oczywiście jedno spotkanie nie ukształtuje gustów młodych ludzi, ale będzie miało na nie wpływ. Duże procesy, takie jak właśnie modelowanie wrażliwości estetycznej nowych pokoleń, mają to do siebie, że składają się z wielu mikroskopijnych impulsów, płynących z mediów, internetu, od dorosłych – w tym od autorytetów publicznych, takich jak właśnie pan prezydent. Legitymizując grajka wyspecjalizowanego w prymitywnych przekazach, kręcących się wokół, za przeproszeniem, czterech liter pan Nawrocki wysyła niestety bardzo mocny sygnał do swoich młodych gości: coś takiego jest w porządku, o ile tylko jest popularne. „Zatwierdzam” – używając modnego sformułowania. A przecież zrównanie popularności jakiegoś zjawiska z jego poziomem estetycznym czy po prostu akceptowalnością jest kompletnym nieporozumieniem.

Pojawiły się argumenty, że przecież chodzi o to, aby ludzi przyciągnąć. Naprawdę? To przecież nie była komercyjna impreza. Młodych ludzi miała przyciągnąć możliwość spotkania z głową państwa, a nie Skolim.

Co więcej, można sobie wyobrazić repertuar złożony z innego rodzaju muzyki, kompozycyjnie lepszej, z wykonawcami nie mającymi na koncie wulgarnych zaśpiewek. Sam sugerowałem, że dobrym materiałem – oczywiście nie na cały koncert, ale na jego element – byłyby niektóre utwory Jacka Kaczmarskiego czy Przemysława Gintrowskiego. To spotkało się z zarzutem, że „dla młodych to prehistoria” i „nikt by tego nie słuchał”. Pomijam fakt, że jeśli ktoś w ten sposób widzi twórczość wybitnych bardów, to sam sobie wystawia nie najlepsze świadectwo. Ważniejsze jest jednak, że jeśli naprawdę tak jest, to właśnie trudno sobie wyobrazić lepszą okazję, aby tę sytuację zmienić. Tu jednak pojawia się trudne dla pana Nawrockiego pytanie, czy chce być populistą w najgłębszym tego słowa znaczeniu czy też ma trochę większe ambicje. Niestety, wiele wskazuje na to, że pierwsza odpowiedź jest celniejsza (i piszę to nie tylko na podstawie sytuacji ze spotkaniem w Juracie). Pan prezydent poszedł po linii najmniejszego oporu – wziął to, co było najpopularniejsze i postanowił się na tym wylansować.

Tutaj pojawia się drugi, znacznie bardziej problematyczny wątek: wzmacnianie wizerunku trybuna ludowego.

Kto ma doświadczenie w analizowaniu polityki i dobre do tego oko, ten jasno widzi, że pan Karol Nawrocki bardzo świadomie buduje swój wizerunek w kontrze do obecnego obozu władzy. Rafał Ziemkiewicz dość trafnie, acz moim zdaniem ze zdecydowanie przesadnym zachwytem, określa to właśnie jako rolę trybuna ludowego.

Aby uzyskać odpowiedni kontekst, trzeba sięgnąć do trwającego od 20 lat sporu wizerunkowego (właśnie wizerunkowego, a w gruncie rzeczy nie ideowego) między PiS a PO (obecnie KO). Pan Kaczyński próbował przedstawiać swoją formację jako tę, która słucha zwykłych Polaków (fraza „zwykli Polacy” weszła na stałe do języka właśnie polityków PiS – nie przypadkiem). Miał to być kontrast z gębą elitaryzmu, jaką PiS starał się przykleić Platformie Obywatelskiej. Złośliwi analitycy polityki mogliby przypomnieć tezę, że ta tendencja u pana Kaczyńskiego to odreagowywanie traumy, jaką stanowiło dla niego odrzucenie go na początku lat 90. przez salon.

Trzeba przyznać, że sama PO wydatnie w tym pomagała, a już szczególne zasługi w tym dziele miały wspierające ją media, zwłaszcza „Gazeta Wyborcza” i TVN, grające na koszmarnych kompleksach wyborców tego obozu. Dorzućmy do tego występy medialne takich postaci jak prof. Markowski czy pani Joanna Szczepkowska, a mamy receptę na sukces narracji pana Kaczyńskiego.

Problem w tym, że PiS w swoim przekazie wielokrotnie przeszarżował. Momentami jego elektorat interpretował ów antyelitarny wizerunek tak skrajnie, że jego opinie zaczynały przypominać hasła rzucane w czasach Władysława Gomułki na wiecach. Te same, z których tak cudownie kpił Janusz Szpotański.

PiS jednak się zużył i zgrał. Po rozpadzie jest już tylko cieniem dawnego siebie. Jego miejsce jako punkt ciężkości szeroko pojmowanej prawicy zajmuje ośrodek prezydencki. Pan Nawrocki zaś, który okazuje się samorodnym politycznym talentem, przejął od partii pana Kaczyńskiego ludyczny rys. Momentami aż za bardzo.

Dla niedoświadczonego i nieuważnego obserwatora pan Nawrocki wydawać się może politykiem autentycznym. Nic z tych rzeczy. Wątpię, czy był dotychczas w III RP prezydent, który równie skrupulatnie kontrolowałby własny wizerunek. Może do tego poziomu zbliżał się momentami pan Aleksander Kwaśniewski, ale czasy były inne, internet w zasadzie nie istniał, a sam pan Kwaśniewski momenty też miał różne. Tymczasem obecny prezydent wdrożył przemyślaną koncepcję automarketingową, której przestrzeganie pilnowane jest od rana do wieczora. Nie znaczy to, że nie ma w tym żadnej autentyczności, że wszystko jest udawane czy że pan Nawrocki naprawdę jest całkiem inny. Bynajmniej – ale wszystko jest jej podporządkowane mocno kontrolowane.

Jeśli weźmiemy to pod uwagę, jasna staje się intencja zaproszenia Skolima, podobnie jak jasne stają się bliskie i zażyłe kontakty akurat z panem Krzysztofem Stanowskim. Pan Nawrocki ma być swój, swojski, ludowy i ludyczny. Świadomie ma być przeciwieństwem „napuszonego” pana Tuska. Z powodu naturalnych predyspozycji i wieku ma do ogrywania tej roli znacznie lepsze predyspozycje niż pan Kaczyński. Skolim tę momentami wulgarną swojskość podkreśla tak samo dobrze, jak niegdyś słynny kebab, a pan Stanowski robi w mediach za trybuna ludowego, czyli dziennikarski odpowiednik pana Nawrockiego w polityce. Stąd tak dobra między nimi relacja.

Problem z tym kursem pana prezydenta jest jednak ten sam co z PiS, ale niestety w większym natężeniu z powodu siły oddziaływania głowy państwa: jego ludyczność zmienia się momentami w tandetę, staje się nachalna, natrętna, a w przypadkach takich jak spotkanie w Juracie obraca się przeciwko konserwatywnym wartościom. Wskutek wojny totalnej dwóch politycznych obozów nie ma mowy o umiarkowaniu. To, co powinno być rozsądnym sprzeciwem wobec opartego na kompleksach fałszywego elitaryzmu staje się agresywnym atakiem na intelektualizm, erudycję, klasyczną sztukę,  a nawet piękno. Pan prezydent w roli trybuna ludowego coraz mocniej przypomina Mrożkowego Edka z „Tanga”. To może być w krótkim okresie politycznie skuteczne, ale trudno uznać, aby dobrze służyło naszemu państwu.

 

P.S. Jeszcze jedna uwaga nieco na marginesie. Wśród oskarżeń wysuwanych pod adresem Skolima, również przez państwa Weberów, pojawia się i to, że doprowadza do „seksualizacji dzieci”, bo na jego koncertach wulgarnych tekstów wysłuchują również kilkulatki. Z tym zarzutem nie mogę się zgodzić. Pan Skolimowski korzysta z wolności słowa i nie jest jego problemem, że na jego koncerty rodzice przyprowadzają dzieci, które tych tekstów absolutnie nie powinny słuchać. To problem i wina rodziców, bo to oni odpowiadają za swoje dzieci i ich wychowanie. Jeśli kogoś należy za takie sytuacje piętnować, to ich, a nie piosenkarza.

Łukasz Warzecha

forum-1124345302-2.jpg
fot. Jacek Szydlowski / Forum

Filip Obara: Czy godzi się, by prezydent zapraszał degeneratów?

Wszyscy chcą być fajni. Pokazać, że nadążają za trendami i nie izolują młodzieży pogrążonej w odmętach gównokultury (proszę wybaczyć brak lepszego określenia). Ale czy godzi się, by prezydent Polski (bądź co bądź, ostatnia ostoja symbolicznej powagi naszego państwa) zapraszał ludzi tworzących w nurcie wywodzącym się z murzyńskiego getta i raczącego swych wielbicieli tekstami ociekającymi wulgarną ...Czytaj dalej

 

Zróbmy to razem!
Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.
Wybierz kwotę: