Filip Obara: Czy godzi się, by prezydent zapraszał degeneratów?

Wszyscy chcą być fajni. Pokazać, że nadążają za trendami i nie izolują młodzieży pogrążonej w odmętach gównokultury (proszę wybaczyć brak lepszego określenia). Ale czy godzi się, by prezydent Polski (bądź co bądź, ostatnia ostoja symbolicznej powagi naszego państwa) zapraszał ludzi tworzących w nurcie wywodzącym się z murzyńskiego getta i raczącego swych wielbicieli tekstami ociekającymi wulgarną obscenicznością?
Nie jestem całkowitym „ignorantem”. Wychowałem się na amerykańskim gangsta rapie i na „klasyce” polskiego hip-hopu. Byłbym w stanie ogarnąć temat i zapoznać się dzisiejszymi trendami, ale mam jeden problem. Nie wiem, jakiemu celowi miałoby to służyć, ponieważ rap był tylko epizodem, który daje mi lepsze zrozumienie współczesności, ale tym, co naprawdę mnie ukształtowało były teksty, obrazy i kompozycje, przy których musiałem się wysilić, by dorosnąć do wzorców przekazywanych z pokolenia na pokolenie.
Skoro czas leci i zdażyło się tak, że w moim przypadku również poleciał, to nie widzę powodu, dla którego miałbym przepraszać, że wychowałem się na obiektywnie lepszych wzorcach kulturowych. Podobnie jak nie widzę powodu, bym miał uczyć się czegoś od dzieci czy młodzieży, podczas gdy naturalna dla człowieka sztafeta pokoleń zakłada coś wręcz przeciwnego.
Tymczasem odnoszę wrażenie, że prawie wszyscy – również na prawicy – wciąż przepraszają, że są „dziadersami” i zastanawiam się po jaką cholerę prezydent Rzeczypospolitej Polskiej (i to ten, który akurat ma najlepszy od 37 lat wizerunek) zaprasza na swoją rocznicę metrykalnego dziadersa, który „nawija” pod Pałacem Prezydenckim tak, jakby niedawno zakończył staż w jednym z zakładów karnych, w których dominuje element z „kolorowych” dzielnic wielkich amerykańskich miast.
Tym bardziej nie rozumiem, dlaczego ta sama Głowa Państwa uznała, że osobą odpowiednią do uświetnienia jej spotkania z młodzieżą w ośrodku prezydenckim w Juracie będzie prymityw znany z tekstów w rodzaju „Rozkładam nogi twoje i biorę to, co moje” i przyjmijmy, że jest to taki tekst, który – mimo wszystko – mogę tu jeszcze zacytować.
Nie będzie to nadużyciem perspektywy czasowej, kiedy stwierdzę, że gdybym w okresie, gdy emocje budziły we mnie nowe albumy Dr. Dre, Snoop Dogga i Xzibita, Paktofoniki i Kalibra 44, usłyszał, że których z tych „artystów” ma wystąpić na oficjalnej imprezie państwowej, to nawet wtedy uznałbym to za rzecz zgoła dziwną, o ile nie niestosowną.
Bo jest, proszę Państwa, coś takiego jak zasada decorum. Jest ona zapisana w DNA naszej kultury i kierujemy się nią intuicyjnie. W momencie, gdy przestajemy jej przestrzegać, stajemy się śmieszni. Dopiero wtedy jesteśmy prawdziwymi dziadersami, którzy maskują swoje idiotyczne kompleksy podlizywaniem się miłośnikom gównokultury (wytworów, o których mowa, nie można już nazwać popkulturą, więc trudno mi znaleźć inne określenie, a tego właśnie użył kiedyś Łukasz Warzecha, więc pozwalam sobie podebrać).
Mało kto zareagował na absurdalne zaproszenie niejakiego „Skolima” do Juraty. Dlatego na tym większą uwagę zasługuje apel państwa Weberów, twórców znakomitego projektu Pomelody. W nagraniu skierowanym bezpośrednio do Głowy Państwa, zawodowi muzycy i twórcy muzycznego startupu, zwracają uwagę, że „dzieciństwo zasługuje na piękno, a nie na bylejakość”, zaś cytując kilka bardziej „jędrnych” wyjątków z „twórczości” popularnego rapera, zadają pytanie:
„Czy naprawdę chcemy, żeby takie treści były częścią tego, co nasze państwo przedstawia młodemu pokoleniu jako kulturę podczas wydarzenia organizowanego przez Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej?”
Zdaję się bowiem, że prawicowe elity w Polsce zapomniały o podstawowych rozgraniczeniach: pomiędzy sferą prywatną a publiczną, pomiędzy potocznymi treściami rozrywkowymi a treściami pasującymi do okazji państwowych i pomiędzy imprezami organizowanymi na wolnym rynku a tymi, które władza robi za pieniądze podatników.
Władza polityczna nie jest żyrantem plebejskiego gustu i nie należy do niej wcielanie się w rolę DJ-a schlebiającego namiętnościom tłumu. Ma ona swoje ściśle określone zadania (których jest znacznie mniej niż nam się to dzisiaj wmawia) i jednym z nich jest zabezpieczenie, o tyle o ile ludzie sami nie mogą tego zrobić, standardów życia publicznego z uwzględnieniem dobrych wzorców obyczajowych i kulturowych.
Jeżeli więc jakiś artysta pojawia się na państwowej imprezie, to nie będzie wielkim odkryciem, gdy napiszę, że jego twórczość nie powinna radykalnie kontrastować z powagą państwa. Kto tak twierdzi, nie jest dziadersem, tylko rozumie, na co powinien, a na co nie powinien być przeznaczany grosz publiczny.
Dlatego gorąco zachęcam, by przyłączyć się do apelu państwa Weberów i w taki czy inny sposób dotrzeć do Głowy Państwa z prostym przesłaniem: Panie Prezydencie, nie musi Pan pływać w rynsztoku tylko dlatego, że Pana dorastający wyborcy z braku alternatyw się w nim pluskają. I nie ma tu absolutnie nic do rzeczy to, jaki akurat repertuar ów „Skolim” zamierza w Juracie zaprezentować. Nawet jeżeli przygotowałby specjalną wariację na tematy patriotyczno-religijne, to nadal pozostanie takim samym degeneratem i nadal jego aktywność dźwiękowa nie będzie posiadała zdolności aspirowania do miana muzyki.
Pilnujmy tego standardu. Szanujmy zasadę decorum.
Filip Obara








