Dymisja „pidżynującej” minister. Polacy otrząsnęli się z najntisowych kompleksów?

Jeżeli nawet „Der Onet” pisze, że raport byłej już minister Mróz-Gorgoń jest „tragikomiczny”, to wiedz, że coś się dzieje. Zarówno w rządzie Tuska (choć to mały i anegdotyczny incydent), jak i w polskiej kulturze. Czyżby fala rzekomego „hejtu”, która rozbiła się na dizajnerskich okularach fajnoprofesorskiej osoby od „historii sufferingu”, oznaczała też koniec kompleksów, na które cierpimy od lat dziewięćdziesiątych?
Jak już jesteśmy w tej konwencji językowej, to zacznijmy od tego, jak osoby, które w czasach minionych wyrabiały normę w zakładzie pracy, a na fajrant wychodziły na jasne pełne i Sporta bez filtra, nagle – w latach dziewięćdziesiątych – zostały znęcone świetlaną wizją przyszłości, w której przejmiemy korporacyjną kulturę pracy i język pełen anglicyzmów. To z kolei miało oznaczać, że staniemy się częścią „świata”.
Pani profesor Barbara Mróz-Gorgoń z taką gracją tańczy w tym korporacyjnym śmietniku językowym, iż zdaje się uosabiać owe „najntisowe” kompleksy, nie zważając przy tym na fakt, że czatbot w sygnowanym przez nią raporcie Polaków portret własny pokusił o się o taką oto mądrość: „Kompleksy narodowe hamują budowanie pozytywnego wizerunku”.
Głupi – w koło, Macieju?
Nie od dziś polskim elitom trudno jest zagrzać miejsce w tym osobliwym miejscu na mapie Europy, gdzie trudno powiedzieć, że należymy jeszcze do Wschodu czy już do Zachodu. Pomijam już słynne makaronizmy, bo one dotyczyły łaciny jako języka liturgii, prawa i „komunikacji międzynarodowej”, ale wystarczy sięgnąć do XVIII wieku, kiedy to zawitała do nas moda francuszczyzny, co tak zręcznie wyśmiał Podkomorzy w Panu Tadeuszu, kwitując, że co Francuz wymyśli, to Polak polubi.
Znaczący jest fakt, że właśnie w wieku domniemanego „oświecenia” nastąpiła ta maszkarada i zapustna swawola, czyli wtedy, gdy światowe elity uznały, że napiszą świat na nowo. Po paruset latach historia naszego „imitejtingu” (za przeproszeniem, naśladownictwa) zatoczyła koło. Ale czy głupota króluje niepodzielnie?
Otóż, jedna rzecz się zmieniła. Nastała era mediów internetowych, które (przy wszystkich swoich wadach) coraz bardziej zdzierają szaty z kapłanów transformacyjnej propagandy, którzy tracą wyłączność na wchodzenie na ambonę i pouczanie plebsu. Teraz ten plebs zyskał głos. Dawniej nikogo nie obchodziło, co chłop pańszczyźniany myśli o swoim panu przystrojonym w pludry i perukę. Dziś – słyszą to wszyscy, a politycy kalibrujący swoje programy od kadencji do kadencji nie mogą całkowicie tego zignorować. Jest jeszcze jeden pozytyw – pośród całego śmieciowego przekazu, który tak powstaje, dojść do głosu mogą również ludzie rozsądni.
Stąd na panią Mróz-Gorgoń spadła fala słusznej krytyki, którą ona określiła „hejtem”, czyniąc tym samym dokładnie to, co ironicznie zasugerował jej Robert Mazurek, radząc, jak może się wyłgać z sytuacji, w której jest zmuszona do złożenia dymisji.
Co myślą Polacy?
„Ciekawe czy konsultowane z dr rehab. G. Emini albo C. GPT” – komentuje ktoś, pijąc do brandingów i rebrandingów, którymi ma się zawodowo zajmować pani Gorgoniowa. Przyznam szczerze, że odetchnąłem z ulgą słysząc komentarze na ten temat, ponieważ znaczy to, że dyktat brandu (marki), który rząd Tuska chciał rozciągnąć nawet na Polskę jako taką, nie jest aż tak niepodzielny.
O rozpoznawalności państwa świadczy jego kultura. „Brandem” Anglii jest Shakespeare, tak jak brandami szeroko pojętej cywilizacji są Platon i Arystoteles oraz prawo rzymskie i Kościół rzymskokatolicki. Z tym, że to są konkrety. Konkretne osoby i instytucje. A brand w dzisiejszym znaczeniu nie musi mieć mocnego desygnatu – ważne, że jest dobrze zaprojektowany i sprzedany. Cieszy mnie to, że coraz więcej ludzi nie daje się na to nabrać.
Na marginesie, jak rozumiem, słynna już „chlebowość”, na którą wskazał czatbot współtworzący niesławny raport, ma być odniesieniem do Norwidowego „... gdzie kruszynę chleba / Podnoszą z ziemi przez uszanowanie / Dla darów nieba”. Ale Norwid był zapiekłym katolem (czyli w sumie faszystą), więc nie – musiało chodzić o coś innego...
Dalej. Popisy edytorsko-językowe pani Gorgoniowej ktoś opisał tak: „Mix capslocka i normalnej czcionki, literówki, mieszanie angielskiego z polskim”. Dotychczas jedyne skojarzenie, jakie miałem z „mixem capslocka i normalnej czcionki” to dziwna maniera pisania, jaka pojawiła się wśród młodzieży gimnazjalnej i licealnej w latach dwutysięcznych.
Mój świętej pamięci profesor od logiki zwykł utyskiwać, że SMS-y psują nasze obyczaje językowe. Wydawało mi się to przesadą, bo przecież SMS to forma szybkiej komunikacji, odrębna od pisania listu czy wypowiedzi ustnej. Ale, słuchając wypowiedzi naszej bohaterki, chyba jednak muszę przyznać rację profesorowi Perzanowskiemu.
„To brzmi jak coś, co napisał skacowany student 30 minut przed terminem oddania zadania” – skwitował ktoś inny, co pozostawię bez komentarza.
W każdym razie skala zdroworozsądkowego sprzeciwu wobec psucia standardów językowych (i etycznych, jeżeli spojrzymy na sprawę szerzej) i jej skutek w postaci dymisji to bardzo pocieszające sygnały, że wyodrębnia się grupa Polaków, dla których złe dziedzictwo szalonych lat dziewięćdziesiątych odchodzi do lamusa.
Poświęciwszy zaś te kilka akapitów historii „sufferingu” shejtowanej za pidżynowanie (używanie języka charakterystycznego dla społeczności skolonizowanych) pani Gorgoniowej, pragnę zadedykować jej ociekającą wspaniałym czarnym humorem sentencję Toma Waitsa: The world is a hellish place, and bad writing is destroying the quality of our suffering (Świat jest piekielnym miejscem, a złe pisarstwo niszczy jakość naszego cierpienia). Szczególnie, gdy zamiast człowieka pisze sztuczny model językowy. I jeszcze bardziej szczególnie – gdy dochodzimy do wniosku, że między jednym i drugim nie ma znaczącej różnicy...
Filip Obara









