Łukasz Warzecha: Ukraina stawia na ludobójców

Uroczysty pochówek Andrija Melnyka z udziałem prezydenta Ukrainy może okazać się jednym z najważniejszych sygnałów wysłanych Polsce przez władze w Kijowie od początku wojny. Włączenie lidera ukraińskich nacjonalistów do państwowego panteonu bohaterów stawia pytanie nie tylko o pamięć historyczną Ukrainy, ale także o przyszłość relacji polsko-ukraińskich.
Najpierw suche fakty.
Andrij Melnyk był ukraińskim nacjonalistą. Jeszcze w latach 20. polskie państwo ukarało go więzieniem za działalność wywrotową. Od 1938 r. stał na czele Obozu Ukraińskich Nacjonalistów, choć wcześniej politycznie z nim konkurował. Był nastawiony do Polski skrajnie wrogo. Niemcom proponował poprzez kontakty wywiadowcze rozpoczęcie ukraińskiego powstania na tyłach polskich wojsk w momencie wkraczania Wehrmachtu do Polski. Berlin z tej propozycji nie skorzystał.
Przez prawie całą wojnę, mimo braku entuzjazmu kierownictwa III Rzeszy dla ukraińskich idei państwowotwórczych, Melnyk był zapatrzony w Hitlera. Niektóre wierne mu oddziały porozłamowego OUN-M brały udział w ludobójstwie Polaków na Wołyniu. Niemcy zamknęły Melnyka na przełomie 1943 i 1944 roku w obozie Sachsenhausen. Po wojnie Melnyk zadekował się w RFN i Luksemburgu, gdzie dożył 74 lat.
I fakt być może najbardziej szokujący: 19 maja prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełeński poinformował, że uruchomiony został proces sprowadzania pochowanych poza granicami kraju „bohaterów walczących o niepodległość”. W tym samym dniu z cmentarza Bouneweg w Luksemburgu zostały ekshumowane szczątki Melnyka i jego małżonki. 25 maja w trakcie państwowej uroczystości z udziałem prezydenta Zełenskiego szczątki te zostały pochowane na ukraińskim Narodowym Cmentarzu Wojskowym i, co ważne, stały się zaczątkiem panteonu bohaterów Ukrainy, na którym miałby również spocząć sam – pochowany w Niemczech – Stepan Bandera.
Mógłbym pisać o Schadenfreude, którą mam widząc, że od początku ja i nieliczna grupa niepłynących z prądem publicystów mieliśmy rację co do kierunku, w jakim zmierza współczesna Ukraina. Choć przyznaję, że łudziłem się początkowo – i nie byłem w tym sam – że będzie to wyglądało inaczej i że Ukraina postawi na nowych, nieobciążonych zbrodniami bohaterów, których wyniesie do sławy obecna wojna z Rosją. Mogła też sięgnąć po postaci takie jak ataman Symon Petlura. Tak się jednak nie stało, a ja straciłem złudzenia już po kilku miesiącach. Schadenfreude jest tu jednak nie na miejscu, bo mówimy już nie o wyobrażonym, ale bardzo realnym zagrożeniu i osobista satysfakcja, że moje spostrzeżenia nie były chybione, nie ma tu już znaczenia.
Pod koniec 2025 r. opublikowałem w „Do Rzeczy” duży tekst, w którym wskazywałem, że ukraińska polityka historyczna i budowanie nowej tożsamości w oparciu o zbrodnicze organizacje oraz ich najbardziej eksponowanych członków jest dla nas zagrożeniem. Pisałem, że w ukraińskim nacjonalizmie nie da się w dłuższym okresie oddzielić wątku antyrosyjskiego, wybijanego przez polskich ukrainofilów jako jedyny istotny, od wątku antypolskiego. W nacjonalizmie ukraińskim antypolskość jest częścią integralną. Przeciwko takiemu podejściu protestował w naszym tygodniku Piotr Semka. Ze strony wielu ukrainofilów słyszmy zaś nadal, że nie można dawać paliwa Rosji i że trzeba pamiętać, że Ukraina nas od niej oddziela. Tyle że paliwo Kremlowi daje – i to w ogromnych ilościach – sam pan Zełenski, a teza, że chęć Ukrainy do walki jest ściśle uzależniona od tego, czy nadal pozwalać jej będziemy na wszystko, nie trzyma się kupy. Tak mniej więcej swoje stanowisko prezentował pan minister Tomasz Siemoniak, zapominając, że Ukraina walczy we własnym imieniu i o własne przetrwanie. Jej wola walki naprawdę nie jest uzależniona od tego, czy Wołodymyr Zełenski zatrzyma czy straci Order Orła Białego. A nawet od tego, czy Polska nadal będzie przekazywać Ukrainie kolejne partie pomocy.
Jednak pominięta przez większość mediów w Polsce sprawa uroczystego pogrzebu Andrija Melnyka – fana Adolfa Hitlera, rojącego niemal do końca wojny o powstaniu państwa ukraińskiego u boku nazistowskich Niemiec – wznosi kwestię polsko-ukraińską na nowy poziom, który już bardzo zdecydowanie powinien spowodować drastyczne otrzeźwienie w Polsce. Nie mówimy tu już o działaniu przypadkowym, incydentalnym ani lokalnym, jak jeszcze można było od biedy tłumaczyć mnożące się na Ukrainie pomniki, place czy szkoły imienia Bandery czy Romana Szuchewycza. Trudno także po ponad czterech latach bardzo szczególnych i intensywnych kontaktów mówić o nieznajomości przez Ukraińców polskich wrażliwych punktów. Wszak sam pan prezydent Andrzej Duda w wywiadzie, jakiego udzielił niedługo przed końcem urzędowania „Nowemu Ładowi”, „Otwartej Konserwie” oraz Klubowi Jagiellońskiemu, mówił, że przy każdej okazji opowiadał prezydentowi Zełenskiemu o wołyńskich zbrodniach. Jeśli pan prezydent mówił prawdę, trzeba uznać, że jego ukraiński odpowiednik powinien mieć już aż nadto wystarczającą wiedzę, aby zrozumieć, jaki skutek dla relacji z Polską będzie mieć budowanie panteonu bohaterów w oparciu o zbrodniarzy i zwolenników ukraińskiego nacjonalizmu.
O co tu zatem chodzi i czemu ma służyć konfrontacyjna wobec Polski decyzja pana Zełenskiego? Można postawić kilka hipotez i znaleźć kilka wyjaśnień.
Po pierwsze – nie ma wątpliwości, że pan Zełenski robi to, co robi, ponieważ polskie władze, zarówno te z PiS, jak i te z KO, przekonały go, że może to robić i nie będzie żadnych konkretnych konsekwencji. Najwyżej trochę pokrzykiwań.
Po drugie – najwyraźniej w kierownictwie ukraińskiego państwa zapadła kierunkowa decyzja, że Ukraina w swoim otoczeniu politycznym i strategicznym potrzebuje właśnie twardego, agresywnego nacjonalizmu jako fundamentu. I to jest na tej liście pozycja najbardziej złowróżbna. Można bowiem postawić zasadne pytanie, czy tak jest faktycznie i czy naprawdę da się budować nowoczesne państwo na pamięci o zbrodniarzach i szowinistach. Jako Polacy naznaczeni ukraińskim ludobójstwem mamy pełne prawo być maksymalnie zaniepokojeni, choćby nie wiem, ile padało zaklęć, że wszystko to skierowane jest wyłącznie przeciwko Rosji.
Po trzecie – co wiąże się z wątkiem historycznym – Ukraina od dziesiątków lat jest nastawiona na współpracę z Berlinem. Polska z naszym skrajnie naiwnym entuzjazmem z początku wojny została potraktowana jako chwilowe zastępstwo za tradycyjnego sojusznika, który początkowo miał ochotę wysłać tylko pięć tysięcy hełmów. Dzisiaj sprawa jest jasna: Ukraina pokłada nadzieję w Niemczech – rzec można: tradycyjnie – a Niemcy potrzebują Ukrainy jako pretekstu, aby doprowadzić do centralizacji Unii Europejskiej poprzez nacisk na rezygnację z weta. Oczywiście Berlin korzysta tutaj z dogmatu polskiej polityki zagranicznej – przyjętego kompletnie bezrefleksyjnie – że Ukraina musi wejść do UE i szantażuje nas: chcecie, żeby Kijów był w Unii – musicie się zgodzić na skasowanie weta w sprawach zagranicznych i obrony. Między innymi dlatego Polska jak najszybciej powinna wycofać swoje poparcie dla ukraińskiego członkostwa. Lub przynajmniej bardzo porządnie obwarować je zaporowymi warunkami.
Czy po wiadrze lodowatej wody, jaką wylał na polskie głowy pan prezydent Zełenski, fanatyczni ukrainofile w rodzaju pana Pawła Kowala albo Piotra Gursztyna zmienią zdanie? Oczywiście, że nie. Zbyt wiele zainwestowali w swój skrajny pogląd. Wciąż jednak można mieć nadzieję, że swoją politykę jest w stanie zmienić Polska. Czas jest na to najwyższy, a może wręcz jest to ostatni moment, gdy jesteśmy jeszcze w stanie w jakikolwiek konkretny sposób zareagować na ukraińską prowokację. Tak bowiem trzeba odczytywać to, co dzieje się w tym kraju w sferze polityki historycznej.
Łukasz Warzecha







