Paweł Chmielewski: Innego Kościoła nie ma. Ruch tradycjonalistyczny wobec faktów

Stolica Apostolska nie zgodziła się, by tradycjonalistyczni pielgrzymi weszli do Bazyliki św. Piotra. Ta decyzja dobrze pokazuje status ruchu tradycjonalistycznego w Kościele: niewielka opozycja ledwie tolerowana przez rządzącą większość. Niechęć Watykanu ma swoje konkretne przyczyny.
Naturalna decyzja Watykanu
Pielgrzymka „Ad Petri sedem” to doroczne wydarzenie, w którym duchowni i świeccy wyrażają wdzięczność Stolicy Apostolskiej za motu proprio „Summorum pontificum” Benedykta XVI.
W tym roku pielgrzymi nie mogli wejść do Bazyliki św. Piotra. Otrzymali specjalny list, w którym lapidarnie stwierdzono, że ich prośba nie może zostać przyjęta.
Ta decyzja jest w pełni spójna z logiką, którą przyjął Watykan. Można nawet powiedzieć: to dziwne, że Stolica Apostolska zabrania pielgrzymom wstępu do Bazyliki św. Piotra dopiero teraz…
Dlaczego? To proste nawet na najbardziej elementarnym poziomie: nie można być wdzięcznym za coś, czego nie ma. Motu proprio „Summorum pontificum” Benedykta XVI zostało odwołane przez papieża Franciszka, a Leon XIV w bardzo jasny sposób tę decyzję podtrzymał.
Wdzięczność za decyzję, którą odwołano, oznacza w aktualnym kontekście opozycję wobec nowych regulacji. Gdyby Stolica Apostolska wpuściła „Ad Petri sedem” do Bazyliki św. Piotra, to dopuściłaby sprzeczność.
W ubiegłym roku Leon XIV pozwolił, by pielgrzymi nie tylko weszli do bazyliki, ale też odprawili tam tradycyjną mszę świętą. Ta decyzja została skategoryzowana przez władze Watykanu jako błędna i w tym roku została skorygowana.
Niektórzy narzekają, że Kościół synodalny jest gościnny dla wszystkich, tylko nie dla tradycjonalistów. Wskazują też, że Stolica Apostolska pozwala na różnorodność liturgiczną, bo mamy przecież różne ryty wschodnie. Robi problemy tylko liturgii trydenckiej.
Uważam, że takie narzekania są – zależnie od przypadku – albo nietrafione, albo po prostu nieszczere. Ruchu tradycjonalistycznego nie można traktować jako zwykłego ruchu wewnątrz Kościoła, który powinien znaleźć w nim swoje miejsce tak, jak wszyscy inni.
Ważna uwaga: moje własne zapatrywania na sytuację Kościoła są zdecydowanie tradycjonalistyczne. Mogę zostać zatem uznany za część tej ledwie tolerowanej opozycji. Ta autoidentyfikacja z ruchem tradycjonalistycznym może mieć wpływ na refleksje, ale dokładam starań, by przedstawić rzecz możliwie bezstronnie.
Ruch tradycjonalistyczny jako opozycja
Ruch tradycjonalistyczny jest czymś zupełnie odmiennym. To środowisko krytyki wobec kształtu Kościoła katolickiego po II Soborze Watykańskim. Gdyby przełożyć to na rzeczywistość polityczną, należałoby powiedzieć, że ruch tradycjonalistyczny to opozycja – i to bardzo zdecydowana. Co więcej, Stolica Apostolska nie jest demokracją, ale monarchią (raczej konstytucyjną niż absolutną).
Władza często toleruje opozycję, nawet jeżeli nie musi tego robić. Decyduje pragmatycznie, że koszty tolerancji będą mniejsze, niż koszty jej całkowitego wyniszczenia. Trudno jednak oczekiwać, by jakakolwiek władza polityczna dopuszczała opozycję do głosu, hołubiła ją, pozwalała wpływać na swoje decyzje. Nie – opozycja to tylko opozycja. Co do zasady, jest politycznym przeciwnikiem.
Taki jest dziś status środowiska tradycjonalistycznego w Kościele katolickim. Trzeba to powiedzieć jasno i wprost, żeby uniknąć niedomówień albo hipokryzji.
W ruchu tradycjonalistycznym nie chodzi tylko o liturgię. Tradycjonaliści liturgiczni na ogół naprawdę szczerze uważają, że przedsoborowa liturgia jest piękniejsza, bardziej godna i po prostu bardziej katolicka. Ruch tradycjonalistyczny nie ogranicza się jednak do spraw liturgicznych. Wprost przeciwnie, w praktyce dotyczy przede wszystkim sprzeciwu wobec szeregu elementów doktrynalnych, instytucjonalnych oraz duszpasterskich, które zakorzeniły się w Kościele katolickim po II Soborze Watykańskim. Mówiąc krótko: ruch tradycjonalistyczny chce innego Kościoła, niż aktualny. Dlatego może być co najwyżej tolerowany, ale nie otrzyma prawa do współkształtowania Kościoła.
Kilka prostych przykładów.
Kościół realny i wizja Kościoła tradycjonalistów
W Kościele katolickim nowy ryt mszalny został oficjalnie uznany za „jedyny wyraz” rytu rzymskiego. Tradycjonaliści twierdzą, że wyrazem rytu rzymskiego jest zarówno nowy, jak i stary ryt. Albo jedno jest prawdą, albo drugie – Stolica Apostolska nie może uznać, że tradycjonaliści mają rację, bo musiałaby przyznać się do błędu.
Od deklaracji „Nostra aetate” mamy w Kościele katolickim zaawansowany dialog międzyreligijny. Spotkania przedstawicieli Kościoła z wyznawcami innych religii uchodzą za normalne, dobre i twórcze – bez pragnienia ich nawracania. Obecnie uważa się, że nawet jeżeli wszyscy będą zbawieni tylko w Chrystusie, to w płaszczyźnie życia ziemskiego można przeżywać moralne życie również poza Kościołem katolickim. Tradycjonaliści uważają to na ogół za aberrację. To sprzeczność i między oboma stanowiskami nie ma zgody. Jeżeli Watykan uznałby argumenty tradycjonalistyczne, musiałby potępić własne działania podejmowane na przestrzeni kilkudziesięciu lat.
Kościół katolicki dzisiejszych czasów jest głęboko ekumeniczny. Wiele protestanckich idei zostało zrehabilitowanych. Inaczej rozumie się liturgię – wprawdzie nadal jest uobecnieniem Najświętszej Ofiary Chrystusa na Kalwarii, ale nacisk kładzie się raczej na wspólnotowe przeżywanie uczniostwa Jezusowego. Kapłaństwo pozostaje sakramentem, niemniej jednak podkreśla się powszechne kapłaństwo ugruntowane w sakramencie chrztu, co oznacza zupełnie nowe możliwości włączania świeckich zarówno w życie liturgiczne, jak i w przepowiadanie czy rządzenie Kościołem. Oficjalnie tylko Kościół katolicki uchodzi za Kościół Jezusa Chrystusa, niemniej jednak w praktyce kładzie się nacisk na faktycznie chrześcijańską tożsamość aspekt również dużych wspólnot protestanckich, nie wymagając już od wierzących luteranów czy kalwinistów, by przyjmowali katolicyzm. Dla tradycjonalistów taka rehabilitacja protestantyzmu jest niedopuszczalna, ale gdyby Kuria Rzymska miała przyznać im rację, musiałaby potępić samą siebie.
We współczesnym Kościele moralność seksualną traktuje się jako drugorzędną. Paweł VI w „Humanae vitae” podtrzymał zakaz antykoncepcji, ale odszedł od jej otwartej kategoryzacji jako grzechu ciężkiego, co występowało jeszcze w „Castii conubii”. Od „Amoris laetitia” Franciszka możliwe jest udzielanie Eucharystii rozwodnikom w powtórnych związkach, nawet jeżeli żyją w nowym związku „jak mąż z żoną”. Od „Fiducia supplicans” błogosławi się („spontanicznie”) pary tej samej płci. Papież Leon XIV mówi wyraźnie, że „inne sprawy” są ważniejsze od moralności seksualnej, takie jak kwestie równości czy pokoju. Tradycjonaliści nie chcą zgodzić się na złagodzenie dyscypliny w tym względzie. Gdyby Stolica Apostolska miała przyznać im rację, musiałaby skorygować „Humanae vitae” oraz odwołać „Amoris laetitia” i „Fiducia supplicans”. Trzeba byłoby też „zaorać” całą masę publikacji teologicznych, które proponują laksystyczne podejście do moralności seksualnej, a które dziś są w pełni otwarcie ogłaszane.
Kościół katolicki stawia dziś na decentralizację. W 1968 roku część episkopatów na świecie odrzuciła „Humanae vitae”, a Watykan, pomimo swojej krytyki tej decyzji, ostatecznie zaakceptował ich „własną drogę”. Dziś zależnie od regionu świata, nauczanie doktrynalne i moralne jest bardzo różne. Ta wielotorowość doktrynalno-moralna została oficjalnie zaaprobowana przez Franciszka w szeregu dokumentów, od „Evangelii gaudium” z 2013 roku aż po „Dokument końcowy” Synodu o Synodalności z 2024 roku. Tradycjonaliści uważają, że to niedopuszczalne, bo doktryna i moralność muszą być wszędzie takie same. Gdyby Stolica Apostolska miała przyznać im rację, musiałaby uznać za heretyków wielu kardynałów, biskupów i teologów na całym świecie – często tych, którzy kierują dziś urzędami Kurii Rzymskiej oraz pełnią różne ważne funkcje w Watykanie.
Kościół katolicki jest synodalny. Decyzje nie zapadają już odgórnie, ale przeprowadza się oddolne procesy dyskusyjne. Za właściwe „źródło teologii” zostało uznane doświadczenie szerokich mas wiernych. Papież Franciszek wyraził to w motu proprio „Ad theologiam promovendam” i nazwał „zmianą paradygmatu” w uprawianiu teologii. Pogrzebana została ściśle hierarchiczna struktura władzy. Można obrazowo powiedzieć, że to wyraźne odrzucenie Kościoła jako monarchii absolutnej, ale idące dalej – monarchia konstytucyjna jest w coraz większej mierze zastępowana monarchią parlamentarną. Funkcję parlamentu pełnią różne kolegia, przede wszystkim synodu i gremia „synodalne” z udziałem świeckich. Tradycjonaliści taki model władzy uważają za niezgodny z apostolską strukturą Kościoła. Gdyby Watykan miał przyznać im rację, musiałby potępić aktualną konstrukcję swojej własnej władzy.
Katolicyzm XXI wieku ma twarz kobiety. Swobodnie rozmawia się o dostępie kobiet do diakonatu i kapłaństwa. Powierza się kobietom różne urzędy i decyzyjne funkcje. Kobiety znalazły swoje miejsce w liturgii – udzielają Komunii świętej, przewodniczą liturgii pogrzebowej, mogą chrzcić dzieci. Tradycjonaliści uważają, że jest to ukąszenie feminizmem i chcą, by kobiety skupiły się na życiu domowym. Jeżeli Stolica Apostolska miałaby przyznać im rację, musiałaby natychmiast pozwalniać wiele kobiet z kierowniczych funkcji w samym Watykanie, odwołać szereg decyzji papieskich dotyczących możliwości udziału kobiet w życiu liturgicznym, a wreszcie potępić szerokie grono teologów, którzy rozwijają teologię feministyczną.
To oczywiście tylko kilka przykładów. Listę poważnych rozbieżności pomiędzy faktycznym kształtem Kościoła katolickiego a ruchem tradycjonalistycznym można byłoby jeszcze długo rozwijać: stosunek do kary śmierci czy imigracji, rola Kościoła w życiu publicznym, nacisk kładziony na głoszenie pokoju i ochrony środowiska…
Istnieje tylko to, co istnieje
Kościół katolicki, jakiego chce ruch tradycjonalistyczny – w tym niżej podpisany – nie istnieje.
Więcej: Kościół katolicki, jakiego chcą tradycjonaliści, jest pod wieloma ważnymi względami wprost wprost sprzeczny z tym Kościołem, który faktycznie istnieje.
Dlatego ruch tradycjonalistyczny został zakwalifikowany przez Stolicę Apostolską jako ledwie tolerowana opozycja.
Msza trydencka jest dla ruchu tradycjonalistycznego emblematem. To sztandar, który gromadzi tych, którzy krytykują kurs Kościoła katolickiego.
Nota bene, można być tradycjonalistą, ale nie chodzić na mszę trydencką – to przypadek wielu Polaków, którzy mają wprawdzie tradycjonalistyczne przekonania, ale z różnych względów uczestniczą w Novus Ordo Missae. Watykan nie zwalcza takich osób – bo nie ma jak; nie są mu konceptualnie dostępne, bo nie gromadzą się „pod sztandarem”.
Tak czy inaczej, Watykan uważa:
jeżeli chodzisz na mszę trydencką, to prawdopodobnie kwestionujesz nauczanie II Soboru Watykańskiego.
Nawet jeżeli akceptujesz nauczanie soborowe, to odrzucasz wiele elementów faktycznego życia kościelnego po II Soborze Watykańskim.
To prawda. Większość tradycjonalistów ma zarzuty wobec soboru, a praktycznie wszyscy mają bardzo poważne zarzuty wobec życia kościelnego po soborze.
Benedykt XVI stanowił w dziejach Kościoła po 1965 roku ewenement. Po pierwsze, sam miał pewne zarzuty wobec sytuacji Kościoła po Vaticanum II. Po drugie, próbował dokonać rozdzielenia pomiędzy liturgiczną tradycją Kościoła a szeroko pojętym ruchem tradycjonalistycznym, co mu się nie udało.
Ruch tradycjonalistyczny jest ruchem sprzeciwu i jako taki, jest traktowany przez Watykan jak problematyczny, by nie powiedzieć – po prostu jak wrogi.
Dekady przed nami
Jako tradycjonaliści możemy korzystać z niewielkiego zakresu swobód, jakie otrzymali od Stolicy Apostolskiej. Możemy mieć nadzieję, że w przyszłości Kościół zmieni kurs. Możemy pracować na rzecz takiej zmiany kursu.
Musimy mieć jednak pełną świadomość, że zmiana wymaga długich dziesięcioleci.
Stolica Apostolska podjęła szereg strategicznych decyzji i łatwo z nich nie zrezygnuje. Te decyzje nie zapadły w próżni. Są odpowiedzią na niesamowicie głęboką zmianę cywilizacyjną, jaka dokonała się w świecie od czasów rewolucji francuskiej. Można te decyzje krytykować, ale od strony faktycznej – to próba ponownego ukonstytuowania się w rzeczywiście zupełnie nowej rzeczywistości politycznej, filozoficznej, materialnej i społecznej.
Z perspektywy Watykanu, tradycjonaliści podważają najbardziej fundamentalne, strategiczne decyzje Stolicy Apostolskiej. Jeżeli uważamy, że mamy rację – musimy nastawić się na bardzo długi marsz.
Zmiana – o ile kiedykolwiek nadejdzie – zajmie długie dekady. Odniesienie Kościoła do świata nie zależy wyłącznie od doktryny, ale również od warunków politycznych i społecznych.
W ramach ruchu tradycjonalistycznego trzeba pamiętać, że pomimo wszelkiej krytyki Kościół katolicki jest jeden.
Nie ma innego Kościoła katolickiego. Tylko ten, który rzeczywiście istnieje, jest przestrzenią zbawienia – jedyną, jaką ustanowił dla ludzi Jezus Chrystus.
Decyzje papieży i biskupów uczyniły go miejscem trudnym dla tradycjonalistów pod względem psychologicznym i kulturowym.
Innego Kościoła jednak nie ma – i nie wiadomo, kiedy ani czy kiedykolwiek będzie.
Tradycjonalista musi pamiętać, że – przy wszystkich zastrzeżeniach – najpierw jest katolikiem, a dopiero później tradycjonalistą.
To trudne, ale inna droga wiedzie już poza Kościołem.
Paweł Chmielewski







