Św. Franciszek Borgiasz: lekcja pokory dla progresistów i tradycjonalistów

San_Francisco_de_Borja.jpg
Alonso Cano, Public domain, via Wikimedia Commons

Cnota pokory wręcz spektakularnie dała o sobie znać w życiu św. Franciszka Borgiasza. Mimo arystokratycznego pochodzenia nie tylko nie przyjął on gnuśnego sposobu życia krewnych, ale konsekwentnie stronił od zaszczytów. Traktaty, które po sobie pozostawił, poświecił w dużej mierze właśnie znaczeniu pokory w życiu chrześcijańskim. Znamienne, jak ten święty, jak i wielu jemu podobnych, obawiał się pełnić roli władzy w kościele i miał się za niegodnego zaszczytów grzesznika. A dziś? Różne grupy, odległe od zasad katolickiego życia, domagają się wpływu na decyzje hierarchii i dostosowania nauki moralnej Kościoła do ich zatwardziałości w grzechu. 

3 października przypada w Kościele wspomnienie św. Franciszka Borgiasza. Przeglądając kalendarz liturgiczny, przez samo nazwisko świętego łatwo zwrócić uwagę na ten dzień.

Mowa przecież o członku rodu „Borgiów”, a w zasadzie De Borja - bo imię rodu tak brzmi w hiszpańskim oryginale. To wszak nazwisko owiane fatalną sławą przez haniebnego papieża Aleksandra VI. Korupcja, historia kupczenia urzędami kościelnymi, grzechy nieczyste i podstępne mordowanie politycznych przeciwników… Gdy zatem w martyrologium figuruje święty z tego rodu, musi przyciągać uwagę. Tym bardziej, jeśli w swoich głównych pismach Franciszek Borgiasz główną uwagę poświęcał akurat cnocie pokory. 

Zróbmy to razem!

Do tego św. Franciszek dał jej wybitny przykład. Wstępując bowiem do stanu duchownego zostawił majątek, wybitną karierę, tytuły i dworne życie. Jego wstąpienie do stanu duchownego okazało się olbrzymią sensacją dla europejskiej arystokracji. Ale przyszły święty nie zamienił powodzenia na dworze XVI wiecznej Hiszpanii na lukratywną karierę kościelną.

Wręcz przeciwnie. Po tym, jak Franciszek Borgiasz w 1549 roku wstąpił do zakonu jezuitów, do jego uszu miała dojść wieść, że papież Juliusz III chce uczynić go kardynałem. Na wieść o tym Franciszek miał uciec z Rzymu i kilka lat spędzić w skromnej celi w kolegium jezuickim na północy Hiszpanii na modlitwie i pokucie. To właśnie tam, oddając się codziennemu rachunkowi sumienia, przyszły święty miał dojść do przekonania o swojej olbrzymiej niedoskonałości. Praktykował najniższe posługi, a swoje listy podpisywał „Franciszek. Grzesznik”. Według podań odmawiać miał przyjęcia purpury… pięciokrotnie. 

To chyba właśnie to poczucie grzechu potomka haniebnego Aleksandra VI po mieczu, a króla Ferdynanda Aragońskiego po kądzieli, zasługuje na szczególne uznanie. O własnej olbrzymiej grzeszności mówił bowiem człowiek od dawna znany z dobrego sprawowania, który w ostatnim czasie porzucił dostatnie życie i karierę, by pełnić pokorną służbę Bożą.

W czasach presji środowisk uwikłanych w rozmaite grzechy na akceptację przez Kościół kolejnych rewolucyjnych sposobów życia, ta postawa św. Franciszka Borgiasza wydaje się kluczowym przypomnieniem. Najwybitniejsi święci mieli się za grzeszników, niezdolnych zmieniać Kościoła z jego nauką. Najbardziej zatwardziali grzesznicy sądzą za to, że są oni jedynie ofiarami ignorancji nauki moralnej Kościoła - a w gruncie rzeczy ich sposób życia grzeszny być nie może i nie czyni „nikomu nic złego”. 

Św. Franciszek Borgiasz poświęcił za to właśnie pokorze i wrażliwości na własną niedoskonałość obszerną część najbardziej znanego ze swoich traktów duchowych. 

„Z pewnością pierwszym powodem dumy, i nieuporządkowanego pragnienia światowej wielkości, jest próżny szacunek, jaki żywimy do siebie samych, który przeciwnik naszego zbawienia stara się coraz bardziej zwiększać, napełniając nasz umysł zwodniczymi wyobrażeniami, odwodzącymi nas od poznania prawdy i zakrywającymi przed nami nasz prawdziwy stan. Wobec tego, by wyleczyć tę niebezpieczną ślepotę, trzeba koniecznie zastosować lekarstwo i wypełnić myśli tym wszystkim, co może przypomnieć nam własną nicość i prawdziwy obraz siebie, który powinniśmy mieć”, pisał św. Franciszek Borgiasz.

Zaznaczając, jak wielu niedoskonałości winien jest człowiek, jezuita kontynuował „Gdy grzesznik rozważy z uwagą wszystkie te rzeczy, z łatwością zauważy, jak wiele jest racji (...), dla których powinien cierpieć wielką karę, nie tylko w czasie, ale i w wieczności. (...) Niech uniża się więc przed Panem, wyznając własną nędzę i prosząc o łaskę od Boga, jednocześnie uznając, że nie jest jej godny”. 

Czy podobne słowa świętego nie są kluczowym przypomnieniem dziś, gdy zorganizowane ruchy - jak niemiecka Droga Synodalna, czy międzynarodowe sieci „tęczowych katolików” - stwierdzają, że naukę moralną Kościoła czas dostosować do nowych mód, a decyzje „transseksualistów”, czy „relacja” par jednopłciowych grzeszne być nie mogą? 

Święty Franciszek Borgiasz odegrał kluczową rolę w dziele kontrreformacji. Jego działalność miała przyczynić się do zwołania koalicji wojsk chrześcijańskich, która zwyciężyła Turków pod Lepanto, do rozrostu gorliwej działalności jezuickiej na ziemiach całej Europy, w tym Polski - słowem do obrony Kościoła przed protestancką destrukcją. 

Gdy sięgniemy za to po dzieła Św. Józefa Sebastiana Pelczara, w ich rozdziałach poświęconych reformacji przeczytamy poświadczenia o tym, jak pyszną postacią był Marcin Luter. Więcej, święty polski biskup pisał w swoich dziełach, że antychrześcijańska rewolucja - od czasów Lutra aż po dni dzisiejsze ma za podstawę przede wszystkim… „pychę i zmysłowość”. 

W życiorysie św. Franciszka Borgiasza znaczenie pokory dla odbudowy cywilizacji chrześcijańskiej daje o sobie wybitnie znać. Z jednej strony przypomina, że ruchy, które uznają Kościół za przestrzeń dla własnych kampanii światopoglądowych, które miałyby przetasować myślenie o tym, co jest grzeszne, co zaś nie, daleko padają od świętości. Z drugiej pokazuje również, że postawą prawdziwie katolicką nie jest parcie do jak najszerszego wpływu na życie Kościoła w przekonaniu, że my akurat wiemy, jak należy nim sterować…

Czy mógłby być ktoś odpowiedniejszy na urząd kardynała, niż Franciszek Borgiasz? Ten jednak mawiał, że nie po to porzucił książęce zaszczyty, by posiąść te kościelne…

Odbudowa Kościoła i nadzieja na przezwyciężenie dręczących go kryzysów nie może mieć za przewodniczkę samowoli, pychy i roszczeniowości pod groźbą organizacji Kościoła po swojemu. Wiara bowiem, katolicka moralność i urząd Kościoła z Piotrem na czele są dane z góry i święte - a najgorsze, co może uczynić ułomny człowiek - to próbować ingerować w ich porządek. I o tym święty Franciszek Borgiasz nas poucza. 

Filip Adamus 

Zróbmy to razem!
Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.
Wybierz kwotę: