Polak, Bretończyk...dwa bratanki? Lekcje tożsamości z krańca Europy

Relich_1024x1024.jpg
Autor:
Piotr Relich
Bretania-PR_02.jpg
fot. stock.adobe.com / oprac. GS / PCh24.pl

Na najdalszym zachodzie Francji, wbijając się klinem między Atlantyk a kanał La Manche, leży kraina tak odległa, a zarazem tak bliska, że polskie serce czuje się tam niemal jak w domu.

Bretania – tajemnicza ziemia położona nad brzegiem Atlantyku, ojczyzna Merlina i Lancelota, dom małomównych rybaków i niespokojnych korsarzy. Pomnik przeszłości, zaklęty w zdobiących malowniczy krajobraz kamiennych menhirach. Mieszkańcy, zawieszeni gdzieś pomiędzy bezkresem oceanu a sprawami zwykłych ludzi, od najmłodszych lat uczeni są szacunku do ziemi, pracy – a nade wszystko – morza, któremu zawdzięczają życie. Przez resztę Francuzów postrzegani jako ekscentryczni dziwacy; mówią niezrozumiałym językiem, wierzą w jakieś zabobony oraz zawsze są gotowi stawać okoniem Republice. Z wzrokiem utkwionym w horyzont, z korzeniami głęboko zapuszczonymi w przeszłość, żyją tak, jakby czas się dla nich zatrzymał.

- Najpierw jestem Bretończykiem, a dopiero później Francuzem – przyznaje Mathieu, młody chłopak z Brest. Pracuje w agencji reklamowej, uwielbia sztukę współczesną i street-art, a pod koniec roku zamierza przeprowadzić się do Paryża. Jednocześnie podkreśla swoją bretońską tożsamość, przywiązanie do wartości rodzinnych i ojczystej ziemi, łącząc w zdumiewającym kolażu tradycję z nowoczesnością.

Zróbmy to razem!

- Wychowałem się nad oceanem. Dzieciństwo spędziłem uprawiając sporty i pływając na łódkach. Nie wyobrażam sobie wypuścić swobodnie swojego dziecka na ulice Paryża czy Nantes – podkreśla, zapewniając, że w stolicy spędzi maksymalnie dziesięć lat.

- My mówimy: co by się nie działo, umrzemy w Breście – Mourir à Brest. I tego się trzymam – przyznaje. – A kiedyś w końcu wybijemy się na niepodległość – dodaje z tajemniczym uśmiechem.      

Za Boga i Plouguerneau!
Źródeł odrębności Bretończyków najlepiej szukać w historii regionu. Sama nazwa pochodzi od plemienia celtyckich Brytów, wypędzonych z wyspy w V i VI stuleciu przez germańskich Anglów i Sasów. Uciekając przed pogańską inwazją, przywieźli na kontynent chrześcijaństwo, arturiańską mitologię, własny język i obyczaje. Dzisiaj jeszcze około 200 tysięcy osób posługuje się językiem bretońskim (Brezhoneg), mimo że władze kolejnych republik dążyły do jego wykorzenienia. Jeszcze do lat '60 XX wieku nauka bretońskiego była zakazana w szkołach publicznych.

Problemy z całkowitym podporządkowaniem regionu miał już Karol Wielki, a kolejni władcy szybko przekonali się, że lepiej mieć w tym bitnym i dumnym narodzie przyjaciela, niż wroga. Dlatego już od wczesnego średniowiecza Bretania zachowywała stosunkowo dużą niezależność od stolicy. Wszystko zmieniło się jednak wraz z wydarzeniami z lat 1789 1799, kiedy mieszkańcy wypowiedzieli posłuszeństwo totalitarnym zakusom Rewolucji, chcącej całkowicie przeorać ich sposób życia. 

W obronie Tronu i Ołtarza stanęli wówczas nie tylko doskonale nam znani Wandejczycy, ale również legendarni bretońscy Szuanie. Prości, acz bohaterscy i sprytni chłopi zostali sportretowani m.in. przez Balzaca, który utrwalił w literaturze obraz francuskich „żołnierzy wyklętych”. Mimo wywalczenia amnestii w 1795 roku, zorganizowali pięć lat później nieudany zamach na Napoleona Bonapartego. Próbowali też wywołać powstanie przeciwko cesarzowi Francuzów.

Choć ostatecznie kontrrewolucję utopiono w morzu krwi, Bretania nigdy nie pogodziła się z nową rzeczywistością. Tarcia pomiędzy państwem, a wspieranym przez hardy i nieprzejednany lud Kościołem trwały przez kolejne sto lat. Opór wobec zakusów laickiej władzy oddają chociażby wydarzenia, do których doszło w 1906 roku na terenie nadmorskiej miejscowości Plouguerneau.

Zdominowany przez masonerię parlament przegłosował kilka lat wcześniej rozdział Kościoła od państwa, zakładający m.in. grabież własności. W tym celu do parafii w całej Francji wysyłano urzędników publicznych, mających obowiązek inwentaryzacji mienia. Kiedy inspektor z Brest dotarł w końcu nad brzeg oceanu, powitała go grupa 3 tysięcy krzepkich żeglarzy i rybaków, trzymających w rękach „gilotyny” do połowu alg. Przewodził im lokalny proboszcz, przeciwny oddaniu majątku w ręce „herezji i schizmy”.

Niemile zaskoczony inspektor zawrócił, lecz wkrótce przybył ponownie na czele oddziału żandarmerii. Rozlewowi krwi zapobiegł kapłan, który zaproponował rozwiązanie kompromisowe. Chłopi zgodzili się złożyć broń, pod warunkiem, że własność Kościoła zostanie przekazana „ludowi Plouguerneau”, czyli w praktyce – parafianom. Czołowi buntownicy otrzymali niewielkie grzywny i kary do dwóch miesięcy więzienia. Po powrocie witano ich jak bohaterów, odprawiano Msze wynagradzające i chodzono w procesjach.

Francuskie bociany
To tylko jedna z wielu emanacji duszy Bretończyków, która - mówiąc Tolkienem - ceni jadło, zabawę i śpiew wyżej niż górę złota, a na sprawy wielkiego świata patrzy się niechętnie i z nieufnością. Zwłaszcza, że wielki świat nazbyt często wbija się z buciorami do domu i zaczyna przestawiać meble.

Choć wichry współczesności targają tamtejszym społeczeństwem jak całą Francją (laicyzacja, indywidualizm, globalizacja), fundamenty takie jak rodzina, tradycja i niezależność wciąż opierają się największym sztormom. I podobnie jak wielkie kamienne głazy, stawiane przez celtyckich przodków na brzegu oceanu, nie robią sobie nic z upływającego czasu.

Wieczorem Mathieu pokazuje mi klaser ze starymi rodzinnymi pamiątkami – wśród nich oryginalne dokumenty potwierdzające szlacheckie pochodzenie rodu, sięgającego I połowy XVI wieku. Wspomina, jak kiedyś pewna bogata paniusia z dużego miasta chciała kupić ich rodzinny dom stojący nad brzegiem oceanu. Oferowała gigantyczną sumę 2 milionów euro. Jego tata odpowiedział wówczas, że „może dać nawet 5 milionów, a oni i tak nie sprzedadzą”. Już wiadomo, po kim syn odziedziczył umiłowanie rodzinnej ziemi.

Podczas pobytu w Polsce Mathieu bardzo zaintrygowały bociany, których nigdy wcześniej nie widział na oczy. A jako sternik i instruktor żaglowy, dość dobrze orientuje się w gatunkach ptaków. Opowiedziałem, że bocian jest jak Polak – może włóczyć się po całym świecie, ale na końcu i tak wraca do rodzinnego gniazda. – To trochę tak jak Bretończycy – odpowiedział z uśmiechem. – Jesteśmy jak francuskie bociany – podsumował.

Piotr Relich

 

 

Relich_1024x1024.jpg
Autor:
Piotr Relich
Zróbmy to razem!
Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.
Wybierz kwotę: