Walka o życie. Czy prezydent ustoi?

Prezydent Karol Nawrocki lubił walczyć w ringu. Ustał w niejednej walce, w niejednej zapewne musiał uznać wyższość przeciwnika i paść na deski. Ale w walce, która niebawem go czeka wszystko zależy od jego decyzji. Jeśli ustoi, ma szansę nie tylko dowieść, że dba o interesy Polaków, ale też zapisać się w historii jako polityk, który w chwili próby stanął po właściwej stronie.
Prezydent Karol Nawrocki potrafi bardzo wzniośle mówić o powierzonej mu przez naród funkcji. Zwykł twierdzić, że jest prezydentem wszystkich Polaków i dlatego musi dbać o wspólnotowe interesy. Konsekwentnie dba zresztą o to, by nie stać się z dnia na dzień częścią „elity”, lecz pozostać blisko „ludu”. Jada kebaby w zwykłych barach, słucha polskich raperów, biega w szerokich dresach a poproszony o zdjęcia czy chwilę rozmowy, nierzadko specjalnie zatrzymuje się i zmienia swoje plany, wysyłając w ten sposób jasny sygnał, iż zależy mu na kontakcie ze „zwykłymi” ludźmi.
Zdaję sobie sprawę, że to niezbędny element PR-u, ale w polityce rzadko kiedy coś jest na tyle proste, by określać to krótko mianem kłamstwa lub prawdy. PR niekiedy wynika też z czyichś autentycznych intencji, potrzeby sprzedawania takiego a nie innego wizerunku. Karol Nawrocki jest człowiekiem wychowanym na polskim osiedlu, rozumiejącym problemy codzienności, choć w imponującym stylu dostał się na szczyt działalności publicznej. Ale tu znów nie wszystko jest tak proste, jak chcieliby to widzieć przeciwnicy prezydenta. Owszem, znający Karola Nawrockiego z czasów jego szefowania IPN-owi mówią, że od początku starał się usilnie o prezydencką nominację, że – cytuję – „więcej czasu spędzał na Nowogrodzkiej niż gabinecie szefa IPN”. To świadczy o ambicjach obecnego prezydenta, ale niekoniecznie o tym, że jest karierowiczem.
Nie wszystko jest u niego wystudiowane i wyszkolone. Bywa, że potrafi przełamać schematy wizerunkowe. Niekiedy pozwala sobie wręcz na zdumiewającą szczerość. W niedawnym wywiadzie w Polsacie mówił otwarcie o tym, że prezydenturę zawdzięcza modlitwom wielu ludzi. Nie pamiętam, by konserwatywni politycy tak wprost wyrażali wdzięczność za modlitwę w ich intencji. Nawrocki zaś, jak się zdaje, jest świadom tego, że poza tym, co przyziemne – mobilizacja elektoratów, konserwatywne „odbicie” w polskim społeczeństwie – swoją funkcję zawdzięcza także woli znacznie wyższej i potężniejszej niż wola wyborców. Takie przekonanie – odejście od wyłącznie racjonalistycznych przesłanek w polityce – świadczy o przenikliwości prezydenta. I o tym, że duchowe życie nie jest w jego przypadku elementem PR-u lub czymś na pokaz, lecz jest u niego stałym elementem autorefleksji.
Wydaje się to szczególnie istotne teraz, gdy prezydent po raz drugi w czasie swojej kadencji staje przed poważnym wyborem cywilizacyjnym. Pierwszym była kwestia obrony małżeństwa. Wówczas Karol Nawrocki wykazał się sporą odwagą, wetując projekt rządzącej koalicji, który legalizował i nadawał przywileje związkom innym niż małżeństwo kobiety i mężczyzny – w tym jednopłciowym i heteroseksualnym konkubinatom.
Niebawem na prezydenckie biurko trafią kolejne ustawy, których celem jest po pierwsze, powrót do tzw. kompromisu aborcyjnego czyli możliwości zabijania nienarodzonych dzieci z powodu ich chorób, a po drugie, odejście od karania osób pomagających w aborcji, czyli obłożenie abolicją wszystkich lewackich organizacji wspierających czynnie mordy na dzieciach w łonach ich matek. Nie ukrywajmy – podpisanie tych ustaw zapewne bardzo nie zaszkodziłoby prezydentowi. Być może przez pewien czas obrońcy życia mieli by do niego żal, ale z czasem mógłby ich ponownie wokół siebie zgromadzić, gdyby w kolejnych wyborach zmierzył się z jakimś postępowym politykiem w rodzaju Rafała Trzaskowskiego. Pokusa „subtelnej” gry na społecznych nastrojach może być zatem silna.
Względnie bezpieczne wizerunkowo byłoby także wysłanie ustaw do Trybunału Konstytucyjnego. To pozwoliłoby Nawrockiemu na w miarę strawne tłumaczenie, że skoro TK orzekł o sprzeczności z konstytucją aborcji eugenicznej, to niech teraz odpowie na proponowane zmiany. W ten sposób zyskałby pewnie nieco spokoju – centrowy wyborca od biedy by go zrozumiał, prawicowy mógłby się obrazić, ale zapewne na krótko.
To jednak plastry, swoiste protezy niegodne polityka tak chętnie dowołujący się do etosu wojownika, mężczyzny zdecydowanego, przejmującego inicjatywę, jasno sprofilowanego, który nie poddaje się chwiejnym nastrojom społecznym. Taki człowiek nie powinien chować się za rozklekotanym i pogrążonym w chaosie Trybunałem Konstytucyjnym. Deklaracja wiary, którą prezydent chętnie składa w wywiadach, zobowiązuje do odważnych decyzji. Takiej odwagi nie miał przed laty Jarosław Kaczyński wszak nawet on, rzekomo polityk twardy i wybitny, bał się postawić sprawy jasno i opowiedzieć za życiem. Wolał scedować kwestię zakazu aborcji eugenicznej na zwasalizowany przez PiS Trybunał Konstytucyjny.
Jeśli w czasie pokoju coś wymaga odwagi od męża stanu, to właśnie stanięcie w obronie tych, którzy bezbronni i okrutnie mordowani, nie mogą nawet krzyknąć. Prezydent Karol Nawrocki ma szansę pokazać swój faktyczny sprzeciw wobec okrutnym praktykom, jakim poddawane są dzisiaj kilkumiesięczne dzieci. Jeśli rzeczywiście czuje zobowiązanie wobec tych, którzy modlili się za jego wygraną w wyborach prezydenckich, to właśnie nadszedł najlepszy czas, by dowieść, że – pomimo wściekłej presji liberalnych środowisk – potrafi ustać w walce o najważniejsze sprawy. Najważniejsze, bo ostatecznie to sprawa zbawienia: duszy pana prezydenta, ale także zbiorowej odpowiedzialności całego narodu za prawo, jakie stanowią nasi przedstawiciele.
Za kilka dekad w naszym kręgu cywilizacyjnym będziemy wstydzili się czasów, gdy w imię tzw. faktów naukowych czy politycznej ideologii, państwa przyzwalały na zabijanie małych, nienarodzonych jeszcze, dzieci. W podręcznikach szkolnych będziemy oglądać zdjęcia największych popleczników tych odrażających praktyk, a kolejne pokolenia z odrazą wyznają, że ich przywódcy wprowadzali i bronili prawa do aborcji. Tak, jak dzisiaj Belgowie mają poważny problem z królem Leopoldem II, jednym z największych zbrodniarzy w historii, tak w przyszłości listę zbrodniarzy uzupełnią politycy, którzy niemy krzyk zabijanych dzieci kwitowali wzruszeniem ramion. Wierzę w to, bo przecież życie zawsze wygrywa ze śmiercią a światłość z ciemnością. Tak, jak ze wstydem mówimy dzisiaj o niewolnictwie, rasistowskich ideologiach, totalitaryzmie czy komunizmie, tak za iks lat do tej haniebnej listy dołączy także aborcjonizm. Jeśli prezydent Nawrocki chce zapisać się w historii jako polityk sprzeciwiający się podobnym praktykom, powinien zawetować obydwie ustawy poszerzające dostęp do aborcji. Z Bogiem i historią nie ma kompromisów.
Tomasz Figura







