Szczyt Liderów prezydenta Joego Bidena to kolejny krok w kierunku dekarbonizacji gospodarki światowej i zmiany zasad handlu międzynarodowego. Poprzedził on Ramową Konferencję Narodów Zjednoczonych w sprawie klimatu COP26 w listopadzie tego roku w Glasgow. Wyznaczane kierunki naznaczone hasłem „dekarbonizacja” winny skłaniać do refleksji nad celem, do którego zaprowadzi Polskę światowa „zielona polityka”. Może bowiem się okazać, że dzisiejszy zachwyt polityków i ich górnolotne słowa o liderowaniu Polski na niektórych ekopoletkach zakończy się dla nas wielkim ekoproblem.
Sprawa klimatu w ostatnich latach wyrosła na najważniejszą kwestię w polityce zagranicznej państw zachodnich. Nie bez powodu. W sytuacji, gdy Zachód zaczął tracić na znaczeniu, wskutek m.in. prowadzenia działań antypopulacyjnych i zabójczej polityki finansjalizacji gospodarki, a także „karmienia” komunistycznych reżimów, obecnie robi co może, by utrzymać się w czołówce.
Prezydent USA, organizując wirtualny szczyt klimatyczny, zaprosił do udziału w nim liderów 40 państw – największych emitentów, ale także przywódców krajów, które są najbardziej dotknięte gwałtownymi zjawiskami pogodowymi, jak również przywódców państw najbardziej zaangażowanych w promocję celów zrównoważonego rozwoju i porozumienia paryskiego, służących przebudowie globalnego ładu.
Wesprzyj nas już teraz!
Szczyt poprzedzający odroczone negocjacje COP26 w Glasgow miał „podkreślić pilną potrzebę – i korzyści gospodarcze – z silniejszych działań w dziedzinie klimatu”. Miał mieć istotne znaczenie dla listopadowej Konferencji Narodów Zjednoczonych w sprawie zmian klimatu (COP26) w Szkocji.
Jak zauważa Biały Dom, kluczowym celem zarówno szczytu Leaders Summit, jak i COP26 ma być „katalizowanie wysiłków”, warunkujących osiągnięcie celu spowolnienia ocieplenia klimatu do maksymalnie 1,5 stopnia C. Liderzy państw mieliby zadeklarować zwiększenie ambicji klimatycznych i przekonywać świat, że dekarbonizacja przyniesie nowe, dobrze płatne miejsca pracy, pozwoli rozwinąć innowacyjne technologie i umożliwi adaptację wrażliwych krajów.
Oenzetowski panel ds. zmian klimatu, oceniając zobowiązania złożone w ostatnich miesiącach przez około 75 krajów i UE, stwierdził, że uwzględniono jedynie 30 proc. globalnych emisji. To stanowczo za mało, by pozbyć się paliw kopalnych do połowy tego wieku.
Bank Światowy, Międzynarodowy Fundusz Walutowy, banki centralne państw zachodnich i przede wszystkim miliarderzy, którzy inwestują w nowe technologie związane z OZE, wychwytywaniem i składowaniem pod ziemią dwutlenku węgla, przynaglają rządy do szybkiej transformacji energetycznej.
Przed szczytem i w jego trakcie wagę polityki klimatycznej akcentował sekretarz stanu USA, Anthony Blinken, a także dyrektor ds. wywiadu Avril Haines. Ta ostatnia podkreśliła, że Stany Zjednoczone zajmą się tym zjawiskiem „nie tylko w celu ochrony bezpieczeństwa narodowego Ameryki, ale także w celu zapewnienia bezpieczeństwa ludziom na całym świecie”.
– Dla społeczności wywiadowczej zmiana klimatu jest zarówno krótkoterminowym, jak i długoterminowym zagrożeniem, które zdeterminuje działania następnego pokolenia – mówiła Haines podczas szczytu. – Nasze służby coraz częściej alarmują o wpływie zmian klimatycznych na każdy aspekt naszej pracy w miarę przekształcania cech geofizycznych Ziemi – dodała, wskazując na konieczność zintegrowania tej kwestii z każdym aspektem analizy wywiadowczej.
Stwierdziła przy okazji, że „konieczne jest wprowadzenie nauk i analiz klimatycznych” do prac amerykańskiej społeczności wywiadowczej, łącząc domniemane zagrożenie zmianami klimatycznymi z falą chorób społecznych, które mogą obejmować całe pokolenia. – Oddziaływanie nie będzie równomiernie rozłożone, nieproporcjonalnie spadając na biedne i wrażliwe populacje – dodała, sugerując, że „wyższe temperatury mogą skłonić dziesiątki milionów ludzi… do migracji w nadchodzących dziesięcioleciach”.
Dlatego jest zdeterminowana, by uczynić działania klimatyczne „wysiłkiem całego rządu”, aby chronić Amerykę i cały świat. – Zmiany klimatyczne nie znają granic, nie szanują granic narodowych i nie mogą być rozwiązane… przez żaden naród samodzielnie – podkreśliła. – Musimy wspólnie pracować nad wyzwaniami, przed którymi stoimy – komentowała.
Wyzwania te nie zmieniły się od lat 70. ub. wieku, gdy podjęto zabiegi na forum międzynarodowym w celu budowania globalnego zarządu energią, populacją, handlem, polityką podatkową, migracją, a nawet kulturą.
Podczas szczytu liderów Waszyngton ogłosił, że wykorzystując swoją energię atomową postara się ograniczyć o 50-52 proc. poziom emisji CO2 do 2030 r. Zaprzestanie finansować paliwa kopalne. Najambitniejszą politykę klimatyczną przedstawili jednak liderzy UE, którzy chcą ograniczyć emisje do 55-57 proc. do 2030 r. Pozostałe kluczowe kraje: Rosja, Chiny, Indie, RPA, Japonia, Korea Płd. czy Australia, a także Kanada i Brazylia – poza chwaleniem działań, które podjęto w związku z wdrażaniem OZE i zalesianiem – unikały daleko idących deklaracji.
Prezydent Turcji – kraju, który do tej pory nie ratyfikował porozumienia paryskiego – zaznaczył w swoim stylu, że nie uczyni tego, dopóki nie zmieni się „idiotyczna” klasyfikacja na potrzeby porozumienia, zgodnie z którą jego kraj został zaliczony do rozwiniętych (podobnie jak Polska) – i w związku z tym ma wpłacać środki na rozwój infrastruktury w krajach uboższych, zamiast otrzymywać pomoc.
Zobowiązania dotyczące emisji, jakie zadeklarowały państwa, począwszy od niewiele ponad 20 proc. w niektórych przypadkach do mniej niż 50 proc., z pewnością nie są wystarczające do osiągnięcia zamierzonych celów umowy międzynarodowej z 2015 r.
Prezydent Brazylii Jair Bolsonaro zażądał od administracji Bidena przekazania 1 mld dolarów na opłacenie działań na rzecz ochrony lasów deszczowych w Amazonii.
Premier Japonii – kraju, będącego piątym emitentem na świecie – Yoshihide Suga zobowiązał się do ograniczenia emisji o 46 proc. do 2030 r. w porównaniu z poziomem z 2013 r. Premier Kanady Justin Trudeau obiecał, że jego kraj obniży emisje o 40 proc. do 2030 r. w porównaniu z poziomami z 2005 r. Premier Indii – przywódca trzeciego „emitenta” na świecie – Narendra Modi w ogóle nie przedstawił nowego celu, obiecał jednak inwestorom, że do 2030 r. zainstaluje 450 gigawatów energii odnawialnej. Ponadto ogłosił zawarcie umowy partnerskiej z USA dotyczącej klimatu i czystej energii do 2030 r.
Prezydent Rosji Władimir Putin ogólnie zobowiązał się do „znacznego” zmniejszenia emisji w kraju w ciągu najbliższych trzech dekad, zapewniając, że Rosja wnosi duży wkład w pochłanianie globalnego dwutlenku węgla. Putin wezwał świat do globalnej redukcji metanu, którego emisje są o 84 razy dotkliwsze niż dwutlenku węgla i mają być „głównym motorem zmian klimatycznych”.
Przywódca Chin – największego emitenta, Xi Jinping ponownie potwierdził, że Pekin nie zamierza się dekarbonizować przed 2030 r. Wręcz przeciwnie, Chiny będą masowo inwestować w elektrownie węglowe, by do końca tej dekady osiągnąć maksymalne emisje. Dopiero potem mają dążyć do tzw. neutralności klimatycznej do 2060 r.
Prezydent Korei Południowej Moon Jae In nie przedstawił ambitniejszych zobowiązań, a jedynie zapowiedział, że Korea zaprzestanie publicznego finansowania elektrowni węglowych za granicą.
Powrót USA – drugiego co do wielkości emitenta na świecie – do współpracy w dziedzinie polityki klimatycznej i obietnica redukcji emisji do 50 proc. do końca obecnej dekady bardzo ucieszyły niemiecką kanclerz Angelę Merkel, zdeklarowaną globalistkę, która wierzy, że grupa kilku mocarstw ustanowi system zarządu światem i będzie w stanie zapobiec katastrofie takiej, jak wybuch kolejnej wojny, czy polaryzacji społecznej.
Szczyt miał pomóc przede wszystkim w sprawie podjęcia kluczowych decyzji dla handlu międzynarodowego przed konferencją ONZ w Glasgow w listopadzie tego roku. Szczyt COP26 z ub. roku – z powodu domniemanej pandemii – został przniesiony na ten rok. Prawda jest jednak taka, że poprzednie spotkania, w tym COP24 w Katowicach i COP25 w Madrycie zakończyły się fiaskiem, mimo mobilizacji finansjery i aktywistów.
Nowy globalny ład finansowy przygotowany przez bankowców
Przed spotkaniem COP25, były szef Banku Kanady, a także Banku Anglii, Mark Carney został wyznaczony na specjalnego wysłannika ONZ ds. klimatu i finansów, by kontynuować pracę nad nowym globalnym ładem finansowym, który jest połączony z dekarbonizacją gospodarki i wprowadzaniem globalnych podatków.
Ta nominacja, ogłoszona przed szczytem w Madrycie, odzwierciedlała globalne dążenie banków centralnych do odgrywania większej roli w przestawianiu gospodarki światowej na tzw. zielone inwestycje. Dekarbonizacja odgrywa także kluczową rolę w polityce prezes Europejskiego Banku Centralnego Christine Lagarde.
Pod przewodnictwem Carneya, Bank Anglii opracował ramy dla instytucji finansowych, wprowadzając obowiązek uwzględniania ryzyka klimatycznego w przedsięwzięciach. Carney wraz z Michaelem Bloombergiem tworzą grupę zadaniową ds. przygotowania wytycznych sprawozdawczych. Były burmistrz Nowego Jorku i szef biznesowej agencji informacyjnej, pełnił funkcję specjalnego wysłannika ONZ ds. zmian klimatu w 2018 r. Brał także udział w kampanii prezydenckiej w USA, a wcześniej domagał się przyznania w ONZ samorządowcom i finansistom zaangażowanym w „zieloną transformację,” specjalnego statusu właściwego państwom w negocjacjach klimatycznych. Argumentował, że koalicja miast i przedsiębiorstw posiada dwie trzecie aktywów światowych, dlatego powinna mieć taki status jak państwa.
Carney przygotowuje tegoroczne spotkanie COP26 w Glasgow. Przekonuje, że trzeba wprowadzić zasady kompleksowego zarządzania ryzykiem klimatycznym i zrównoważonymi inwestycjami na szczeblu globalnym. „Zielona transformacja” – którą państwa inicjują poprzez tzw. nowe zielone łady – polega na promowaniu i finansowaniu z budżetów krajowych elektromobilności, OZE, sztucznego mięsa itp. oraz karaniu przedsiębiorców, mających biznesy, wymagające korzystania z paliw kopalnych poprzez odcięcie ich od finansowania z rynku (np. nie będzie można wprowadzić na giełdę spółek energochłonnych itp.).
Podczas szczytu COP25 toczono rozmowy zakulisowe w sprawie ustanowienia globalnego systemu handlu emisjami CO2 i powszechnego podatku węglowego.
MFW sugerował, by podatki od emisji dwutlenku węgla podnieść do co najmniej 75 dolarów za tonę do 2030 r., co z kolei odbije się na cenach prądu elektrycznego. Średnio – według ówczesnych szacunków MFW – prąd musiałby zdrożeć o 43 procent, ale te podwyżki byłyby znacznie bardziej dotkliwe w przypadku państw, które w zdecydowanej mierze polegają na paliwach kopalnych, jak Polska. Wpłynęłoby to na konkurencyjność przemysłu krajowego i pogłębiło poziom ubóstwa.
Biorąc pod uwagę, że średnia światowa cena emisji dwutlenku węgla wynosiła wówczas 2 dolary za tonę, wprowadzenie tak horrendalnej opłaty, musiałoby wywołać zamieszki jak w Chile, czy wcześniej gwałtowne protesty we Francji.
MFW jednak argumentował, że trzeba przyjąć drastyczne rozwiązania, bo tylko w taki sposób można szybko ograniczyć emisję CO2 i jako przykład podano szwedzki podatek od emisji CO2 w wysokości 127 dol.za tonę, który miał się przyczynić do obniżenia emisji o 25 procent.
Utworzenie i utrzymanie szerokiej koalicji państw na rzecz wprowadzenia kolejnych obciążeń fiskalnych stanowi ogromne wyzwanie dla propagatorów agendy klimatycznej, ze względu na dużą liczbę konsumentów, regionów i gałęzi przemysłu, które mogą stracić z powodu podatku węglowego.
Tego rodzaju opłaty popierają intelektualiści, od ekonomistów po doradców politycznych z całego spektrum politycznego na świecie.
„Podatek węglowy stanowi najbardziej opłacalną dźwignię redukcji emisji dwutlenku węgla na niezbędną skalę” – stwierdza oświadczenie podpisane przez czterech byłych szefów Rezerwy Federalnej i 15 byłych przewodniczących Rady Doradców Ekonomicznych.
MFW szacuje, że do 2030 r. podatek od emisji CO2 musiałby wzrosnąć do światowej średniej 75 dolarów za tonę, aby osiągnąć cel w zakresie zmian klimatu określony w porozumieniu paryskim z 2015 r.
Stałe podnoszenie podatków od emisji CO2 – według MFW – spowoduje wzrost kosztów detalicznych gazu ziemnego średnio o 68 proc., cen energii elektrycznej o 43 proc. i benzyny o 14 proc. w najbardziej rozwiniętych krajach G20.
Wzrosną również ceny podstawowych artykułów powszechnie używanych w gospodarstwach domowych od kilkunastu do kilkudziesięciu procent – dodaje MFW, zwracając uwagę, że w przeszłości takie wzrosty występowały.
W przeszłości jednak gwałtowne podwyżki tłumaczono tymczasowymi zawirowaniami światowej gospodarki, które nie podlegały bezpośredniej kontroli decydentów. Teraz sami politycy, poprzez swoje decyzje, mogą spowodować celowy, znaczny i stały wzrost cen podstawowych towarów i usług.
Podatki od emisji CO2 znacznie podniosłyby koszt energii dla wszystkich przedsiębiorstw i konsumentów za ogrzewanie, oświetlenie, transport itp. W większości krajów obciążenia najbardziej dotknęłyby gospodarstwa domowe o niższych dochodach. Więcej będą musiały wydać na ogrzewanie, oświetlenie i paliwo.
Wprowadzenie systemu negocjowanego w ostatnich latach podczas spotkań COP, nieproporcjonalnie obciąży energochłonne gałęzie przemysłu, producentów: aluminium, szkła, chemikaliów, tworzyw sztucznych, papieru, stali itp. Uderzy w społeczności wiejskie i podmiejskie, które nie są obsługiwane przez transport publiczny. Wreszcie podatki od emisji dwutlenku węgla zaszkodzą krajom produkującym węgiel, gaz i ropę naftową, zmniejszając dochody i zatrudnienie, prawdopodobnie powodując długotrwałą stagnację.
Polityków krajów G20 wabi jednak perspektywa dodatkowych wpływów w wysokości od 1 do 3 proc. PKB do 2030 r. Środki te miałyby służyć na obsługę zadłużenia państw i zwiększanie nowych możliwość inwestycyjnych dla funduszy, które mogłyby korzystać na tzw. partnerstwach publiczno-prywatnych.
Bank Światowy dwa lata temu sugerował, że dokładna liczba i podział zwycięzców oraz przegranych w związku z wprowadzeniem podatku od emisji CO2 zależeć będzie od tego, w jaki sposób dochody będą ponownie wprowadzane do obiegu. Jednak, zamiast obiecywanej „spójności społecznej,” należy spodziewać się – na co wskazuje oenzetowska agenda – natychmiastowego i wymiernego podniesienia kosztów utrzymania oraz obniżenia poziomu życia.
Gra toczy się nie tylko o przekierowanie środków na inwestycje w tzw. zieloną gospodarkę, ale także o dostęp do środków, które powinny wpłacać państwa bardziej rozwinięte na dekarbonizację gospodarek, które pozbawi się szansy rozwoju.
COP26 w Glasgow
Podczas tegorocznego szczytu COP26 w Glasgow, który ma być najważniejszym w historii, amerykańska dyplomacja na czele ze specjalnym wysłannikiem ds. klimatu Johnem Kerrym, ma się dwoić i troić, by wreszcie ustalić „mapę drogową” wdrażania porozumienia paryskiego, by nie stało się martwym traktatem.
W Glasgow państwa powinny oficjalnie zaktualizować swoje wstępne zobowiązania dotyczące polityki klimatycznej, by osiągnąć cele porozumienia paryskiego – chodzi o NDC ustalane na szczeblu krajowym i większość z nich pochodzi z 2016 r.
Od początku było jasne, że te zobowiązania nie są wystarczające, by zdekarbonizować świat, więc kraje zgodziły się wrócić w 2020 r. z ambitniejszymi „ulepszonymi” celami NDC. Jednak w zeszłym roku jedynie garstka krajów, w tym Wielka Brytania i Unia Europejska zgodziły się na większą redukcję emisji CO2, powyżej 50 proc. do 2030 r.
Uczestnicy COP26 muszą uzgodnić także inne szczegóły porozumienia paryskiego dotyczącego spornych kwestii finansowych, przejrzystości raportowania i pomocy dla biedniejszych krajów, a nade wszystko wprowadzenia podatku węglowego.
W 2019 r. nie udało się stworzyć mechanizmu globalnego rynku handlu uprawnieniami do emisji CO2 – notabene wysoko spekulacyjnego, który daje szansę miliarderom posiadającym nadmiar wolnych środków finansowych na osiąganie wysokich zysków z inwestycji często w bezsensowne wiatraki i inne tego typu „nowości”, które drastycznie wpłyną na obniżenie poziomu i jakości życia miliardów ludzi. Handel emisjami popycha finansowanie do miejsc, w których można uzyskać największe zyski przy jak najmniejszych kosztach, o czym mowa w art. 6 porozumienia paryskiego.
Prezydencja brytyjska obawiając się poniekąd „pandemii”, ale przede wszystkim kolejnego fiaska, myśli o potencjalnym opóźnieniu wydarzenia po raz drugi.
John Kerry, amerykański specjalny wysłannik ds. klimatu na zakończenie Szczytu Liderów mówił, że „następne 10 lat to lata krytyczne”, a szczyt klimatyczny w Glasgow „to ostatnia najlepsza nadzieja, jaką mamy, aby pobudzić świat do pójścia w tym kierunku i wykonania zadania”.
Szef Międzynarodowej Agencji Energetycznej, Fatih Birol ostrzegł, że deklaracje państw nie wystarczą, bez konkretnych działań. – Dane nie zgadzają się z retoryką – ocenił, wskazując, że emisje w ub. roku dalej rosły, pomimo lockdownów, a wg prognoz MAE na 2021 r. emisje te mają osiągnąć drugi największy w historii wzrost.– Nie wychodzimy z Covid-19 w sposób zrównoważony – ubolewał Birol.
Według niego, osiągnięcie zerowej emisji netto do 2050 r. będzie w dużej mierze zależało od wykorzystania eksperymentalnych technologii, które nie są jeszcze gotowe do zastosowania na dużą skalę, takich jak: wychwytywanie i składowanie dwutlenku węgla oraz wykorzystanie czystego wodoru jako paliwa.
Kerry przekonuje, że „na naszych oczach otwiera się największy światowy rynek w historii”, a transformacja, jaką proponuje finansjera i specjaliści od tzw. zielonej gospodarki „stworzy miliony dobrze płatnych miejsc pracy w krajach na całym świecie. – Nikt nie jest proszony o poświęcenie, to jest szansa – deklaruje.
Polska – według prezydenta Andrzeja Dudy – liderem polityki klimatycznej
Podczas Szczytu Liderów głos zabrał również prezydent Polski Andrzej Duda. Jego wystąpienie spotkało się z krytyką lewicowych aktywistów i opozycji, którzy nie wierzą w prawdziwe intencje obecnej elity rządzącej w zakresie dekarbonizacji.
Duda podkreślił, że „Polska odgrywa bardzo aktywną rolę w globalnej polityce klimatycznej”, co wyraża się m.in. w ogromnej nadwyżce redukcyjnej CO2 i realizacji postanowienia Protokołu z Kioto z 1997 roku. Przypomniał, że podczas COP24 w Katowicach w 2018 roku uzgodniono „Śląską Deklarację Solidarnej i Sprawiedliwej Transformacji”, by w większym zakresie uwzględniać czynnik ludzki w dekarbonizacji, by była ona bardziej sprawiedliwa.
– Dynamika nadana przez Polskę podczas COP24 przyczyniła się do tego, że Unia Europejska, jako pierwsza światowa gospodarka, przyjęła cel neutralności klimatycznej do 2050 roku oraz zwiększyła cel redukcji emisji do roku 2030 do co najmniej 55 proc. Polska partycypuje w tych ambitnych dążeniach. Cieszy nas także, że wiele państw poszło tym samym śladem – mówił z zadowoleniem przywódca Polski.
Właściwie moglibyśmy poprzestać na przytaczaniu dalszych fragmentów przemówienia, bowiem Andrzej Duda potwierdził koncepcję polityki, na jaką zdecydowała się rządząca formacja. Właściwie program PiS opiera się na realizacji Agendy 2030 i polityki klimatycznej, w której upatruje się wielkiej szansy na skok cywilizacyjny. Tyle że – zgodnie z sugestią nieżyjącego już ministra środowiska prof. Szyszko – liczono, iż z „zielonej transformacji” odniesiemy korzyści, powołując się na ogromne połacie lasów, które miały neutralizować nasze emisje – „węglowe gospodarstwa leśne” – a przy okazji pozyskamy nowe środki na inwestycje.
Jednak kanclerz Merkel po raz kolejny przechytrzyła polskich polityków, forsując wraz z kolegami z UE – katastroficzne rozwiązania, i to w przyspieszonym tempie, które drastycznie ograniczą konkurencyjność polskiej gospodarki.
Dekarbonizacja i lansowana transformacja opiera się przecież na czwartej rewolucji przemysłowej, która „pożera” prąd elektryczny (centra danych, elektromobilność, IoT, smart cities itp.). A ten w polskim przypadku będzie bardzo drogi wskutek spekulacji w handlu emisjami CO2 w obrębie UE.
Premier Morawiecki – od zadłużania Polaków i omnipotencji państwa – wiąże duże nadzieje z ciągłą emisją tzw. zielonych obligacji i napływem spekulacyjnego kapitału. Jednak to ciągłe zadłużanie się powoduje spiralę kosztów obsługi zadłużenia i w związku z tym rosnącą niewydolność zarządzania domenami polityki publicznej, jak chociażby służbą zdrowia.
Wśród głównych graczy na arenie międzynarodowej panuje przekonanie, że do globalnego zarządu mogą mieć dostęp jedynie te państwa, które są silnie ekonomiczne, ewentualnie mają możliwości wpływania na zmianę sytuacji geopolitycznej na świecie. Przytłaczającej większości pozostaje dostosowanie się do wytycznych płynących z góry we wszystkich dziedzinach, w tym nawet w sprawach moralności.
Niektóre państwa, takie, jak: Rosja, Turcja czy Iran zdecydowały się na asertywną politykę w dobie narastającej konkurencji, by wywalczyć sobie pozycję, która pozwoli im znaleźć się w gronie mocarstw decydujących o nowym ładzie.
Polska zaś traci potencjał, spójność społeczną i resztki suwerenności, wraz z kolejnymi decyzjami obecnej formacji rządzącej, która nie miała i nie ma dość siły, by przeciwstawić się szaleńczej polityce UE.
Prezydent Duda wspomniał, że Polska w zeszłym roku stała się m.in. „europejskim liderem w produkcji baterii litowo-jonowych”. Zgodnie z regulacjami unijnymi, producent baterii musi je potem przyjąć do utylizacji. Obyśmy nie stali się największym śmietnikiem „zielonej Europy”.
Agnieszka Stelmach