O amerykańskich porażkach militarnych, polityce zagranicznej Waszyngtonu i wnioskach, jakie Rosjanie wysnuli z militarnego zaangażowania Stanów Zjednoczonych w Iraku i Afganistanie – mówi w rozmowie z portalem PCh24.pl doktor Łukasz Stach.
Według sondażu opinii publicznej przeprowadzonego przez agencję YouGov Amerykanie uważają wojny w Wietnamie i w Iraku jako za jedne z najważniejszych historycznych błędów.
Wesprzyj nas już teraz!
Takim wynikom nie należy się dziwić. W stosunkowo krótkiej historii Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej te dwa wydarzenia – wojna w Wietnamie i druga wojna w Iraku – wydają się być największymi klęskami militarnymi, ale także politycznymi Waszyngtonu. Do tej listy dorzuciłbym także praktycznie nieznany fakt porzucania po II wojnie światowej przywódcy Kuomintangu, Chang Kai-szeka, co zaowocowało zwycięstwem komunistów w chińskiej wojnie domowej. W samym USA wojna w Wietnamie była jednym z katalizatorów zmian społecznych: pojawienia się silnego ruchu antywojennego i rewolucji obyczajowej roku 1968, które przetoczyły się przez Amerykę i były silnie widoczne zwłaszcza na tamtejszych uniwersytetach.
Stany Zjednoczone w Wietnamie poniosły klęskę, a jej konsekwencje były głębokie. Amerykanie przeżyli szok, Stany znalazły się na zakręcie zimnowojennej rywalizacji, z kolei kraje Azji Południowo-Wschodniej stanęły przed poważnym zagrożeniem: upadł Wietnam Południowy, w ręce komunistów wpadła także Kambodża. Ruch komunistyczny w Azji osiągnął wówczas swoje apogeum. Druga wojna w Iraku to także porażka, Amerykanie nie byli wstanie wypracować zwycięstwa militarnego nad partyzantami, ale przede wszystkim nie wypracowali sukcesu politycznego, co zaowocowało destabilizacją Iraku.
Stany Zjednoczone do tej pory próbowały wygrywać konflikty dolarami?
Amerykanie chcieliby wygrywać konflikty dzięki przewadze technicznej, przy jak najmniejszym zaangażowaniu i stratach własnych żołnierzy. W tym rola pieniądza jest faktycznie duża. Gdybyśmy mieli szukać przyczyny porażek Ameryki w konfliktach po II wojnie światowej, to uważam, że byłby nią sam sposób prowadzenia polityki niż samych działań wojennych. A ta w przypadku Stanów Zjednoczonych jest często mieszaniną idealizmu i pragmatyzmu. Amerykanie nie zwracają szczególnej uwagi na uwarunkowania kulturowe innych systemów politycznych, zwłaszcza tych odległych i dla USA egzotycznych.
W Iraku zawiodło amerykańskie planowanie i rozpoznanie. Amerykanie bardzo optymistycznie założyli, że jeśli obalą „złego” dyktatora Husajna, to będzie można zbudować demokrację kontrolowaną przez Waszyngton. Obserwowaliśmy już ten scenariusz w Japonii i w Niemczech po II wojnie światowej. Nikt jednak nie uwzględnił irackiego kontekstu kulturowego, istniejących na Bliskim Wschodzie podziałów etnicznych i religijnych oraz tego, że Amerykanie nie mają kadr, które mogłyby sterować irackim państwem. Waszyngton nie docenił trudności, a po zakończeniu operacji militarnej popełnił wiele błędów i zapłacił za to wysoką cenę.
W przypadku wojny w Wietnamie główną przyczyną była nieumiejętna polityka Stanów Zjednoczonych. W kilku sytuacjach – m.in. po operacji Linebacker II – wydawało się, że Amerykanie tę wojnę wygrali. Zamiast jednak doprowadzić kampanię do zwycięskiego końca, umożliwili komunistom regenerację sił, siadając do stołu negocjacji. Tymczasem powinni utrzymać presję na pobitego przeciwnika. Już wkrótce, po aferze Watergate nowa amerykańska administracja nie miała ochoty na pomoc Wietnamowi Południowemu i to była przyczyna jednej z największych porażek Stanów Zjednoczonych.
Wojna za pomocą dolarów – to diagnoza o tyle trafiona, że Amerykanie lubują się w stosowaniu najnowszej technologii, ignorując przy tym czynnik ludzki (np. fanatyzm przeciwnika) i problemy lokalne. Zapominają także o tym, że zwycięstwo militarne to nie wszystko. Wojna jest przedłużeniem polityki, efektywne zwycięstwo zakłada także polityczne rozwiązanie konfliktu.
Równocześnie, operacjom militarnym prowadzonym przez Amerykanów towarzyszył strumień pieniędzy trafiający do „sojuszników”, którzy rzadko spełniali pokładane w nich nadzieje.
Skala korupcji w obecnym Afganistanie jest o wiele większa, niż miało to miejsce w przypadku reżimu Wietnamu Południowego, dla którego przesłana pomoc była i tak zbyt mała. Afganistan jest przykładem kraju, do którego Amerykanie wkroczyli nie zastanawiając się nad konsekwencjami tej decyzji. Widać tu typowo amerykańskie podejście, bywa, że Jankesi najpierw strzelają, a później pytają „kto idzie?”. Nie zajmują się problemem odmienności kulturowej, specyfiką społeczną kraju, w którym toczą walkę, ani też tym, czy w danym kraju można zainstalować demokrację. Po obaleniu talibów Waszyngton chciał zaprowadzić rządy demokratyczne, a ten scenariusz się nie spełnił – nie udało się wypracować efektywnych rozwiązań państwowotwórczych, z wielu zresztą przyczyn. Faktem jest, że korupcja wśród obecnych władz Afgańskich jest ogromna. Według Transparency International, Afganistan to jedno z najbardziej skorumpowanych państw świata.
W Japonii, gdzie udało się dokonać demokratyzacji kraju, istniały instytucje, które to ułatwiły – np. cesarz, którego (celowo) Amerykanie nie postawili przed sądem dla zbrodniarzy wojennych. Dzięki temu nie przerwali pewnej ciągłości instytucji oraz istniejącej tradycji, co pomogło im w przekształceniu Japonii. Tradycja ta stała się fundamentem budowy nowej rzeczywistości. Niemcy – tak jak i Japonia – posiadały jednolite społeczeństwo o wysokim poziomie organizacji. Tak sprzyjających okoliczności Amerykanom nie udało się zastać w Afganistanie czy w Iraku. Waszyngton nie chciał dostrzegać lokalnego kontekstu, a to dowód słabości analitycznej Ameryki.
Czego Rosjanie nauczyli się obserwując amerykańskie zaangażowanie militarne w ciągu ostatniej dekady?
Rosjanie próbują modernizować swoje siły zbrojne poprzez nasycenie ich nowoczesna techniką wojskową, a także profesjonalizację żołnierzy. Większy nacisk kładzie się na szkolenie i planowanie akcji wojskowych, co było widoczne podczas sprawnie przeprowadzonej operacji na Krymie. Z jednej strony Rosjanie podkreślają, że opierają się na swoich rozwiązaniach i technologiach, ale z drugiej transformują swoją armię w kierunku wytyczonym przez USA – więcej techniki i lepsze wyszkolenie. Do tego Rosjanie widzą osłabienie USA prowadzonymi dwoma bardzo kosztownymi konfliktami (Irak, Afganistan) i zmęczenie społeczeństwa amerykańskiego wojną. Na to nakłada się administracja Baracka Obamy, co niewątpliwie zachęciło Kreml do bardziej agresywnej polityki.
Szerokim echem odbił się „reset” w stosunkach między Waszyngtonem a Moskwą, a później „reset” tego „resetu” i powrót do ostrzejszego kursu względem Kremla.
Faktem jest, że Amerykanie w pewnym momencie ulegli ułudzie „końca historii”. Upadek komunizmu i rzekomy triumf demokracji liberalnej zinterpretowali jako okoliczność, w której mogą się wycofać z roli światowego żandarma, lub przynajmniej rolę tą ograniczyć. Próba politycznego „resetu” w relacjach z Rosją wynikała z chęci koncentracji USA na kwestiach azjatyckich, zwłaszcza rosnących w siłę Chin. Głównym polem działalności gospodarczej i militarnej staje się dla Stanów Zjednoczonych właśnie Azja, tam Waszyngton dostrzega swoje największe problemy (np. Afganistan) i najważniejszego potencjalnego rywala – Chiny. Zmieniając priorytety Amerykanie liczyli na współpracę Rosjan w kwestii irańskiego programu nuklearnego i poszanowanie status quo w Europie. Iluzje Waszyngtonu zostały rozwiane rosyjskimi działaniami, toteż Amerykanie wracają w stare tory polityki. Nie da się prowadzić globalnej polityki bez poparcia siły. Taka polityka byłaby nieskuteczna.
Barack Obama jest przykładem polityka, który nie najlepiej orientuje się w arkanach spraw zagranicznych. Skupił się na sprawach reform wewnętrznych, popchnięciu Stanów w kierunku – używając europejskiego określenia – socjaldemokratycznym. Obama jest zorientowany na Azję, idealistycznie zakładał przy tym, że Rosjanie odwdzięczą się za „reset” we wzajemnych relacjach. Demokraci nie docenili tego, że dla Rosjan Stany są potęgą, z którą należy się liczyć, a z drugiej strony krajem, który doprowadził do upadku Związku Radzieckiego. Obecne elity Kremla doskonale o tym pamiętają.
Możemy spodziewać się, że w przyszłości amerykańska polityka zagraniczna opierać się będzie na nieco bardziej realistycznej ocenie faktów. Jej kierunek zależeć będzie już od nowej administracji – kadencja Baracka Obamy powoli zmierza ku końcowi.
Wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych w roku 2016 przyniosą nowy kurs Waszyngtonu wobec krajów Europy Środkowej?
Opierając się na retoryce republikanów, można spodziewać się większej uwagi skierowanej na nasz region. Nie dojdzie jednak do jakiejś istotnej zmiany jakościowej, typu rozmieszczenie większych sił USA w Polsce. Możemy spodziewać się zaostrzenia kursu względem Moskwy i zainstalowania poważniejszych, co nie znaczy, że znaczących, sił wojskowych w naszym regionie. W najbardziej niekorzystnym dla Kremla scenariuszu Amerykanie mogliby wesprzeć Kijów dostarczając Ukraińcom pieniądze i uzbrojenie. Republikanie przywiązują do Europy Środkowo-Wschodniej większą wagę niż Demokraci, ci pierwsi chcieliby nieco bardziej stanowczo okiełznać imperialne ambicje Moskwy.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Mateusz Ziomber