Dzisiaj

Dyskusja na temat programu SAFE bardzo szybko została sprowadzona do wojny plemiennej pomiędzy dwiema największymi partiami w Polsce. Podobnie jak kwestia naszego bezpieczeństwa. Czy faktycznie wszystkim, na co nas dzisiaj stać, jest jedynie dowodzenie, kto naprawdę jest rosyjskim agentem? I czy hasło-ucieczka „to nie nasza wojna” faktycznie stanowi dobrą odpowiedź na ten kryzys?

 

Zacznijmy od tego, co bodaj najbardziej uderza w polskiej debacie publicznej, a mianowicie od zwyczaju przypisywania konkurentom politycznym agenturalności. Argument z „rosyjskiego agenta” już bowiem kiepsko rezonuje. Kłopot w tym, że posądzenia o agenturalność zdążyły dotknąć niemal wszystkich. Rosyjskimi szpionami byli Donald Tusk i Jarosław Kaczyński, był nim Radosław Sikorski i Zbigniew Ziobro. Wpływami rodem z Kremla straszył nas w „Gazecie Wyborczej” generał Piotr Pytel, twierdząc, że PiS stał się zapleczem Rosji, a sam Władimir Władimirowicz Putin miał w Polsce swoich ludzi u władzy od 2015 roku.

Wesprzyj nas już teraz!

Brzmi to jak temat do żartów, ale śmiesznie wcale nie jest. Wszak wzajemne oskarżanie się o agenturalność przed dwie największe partie polityczne w Polsce i ich akolitów sprawia, że na podobne zarzuty stajemy się głusi. A licho przecież nie śpi.

Polska co najmniej od 2021 roku – czyli od czasu erupcji „kryzysu na granicy polsko-białoruskiej” – jest poddawana presji ze strony Rosji. Ma to związek nie tylko z próbami odzyskania przez Moskwę kontroli nad dawnymi satelitami ZSRR, ale też intencjonalnego osłabiania naszego państwa przez Rosję, tak, by mogło stać się niewiele w istocie znaczącym polem, dzielącym wschodnie imperium od Zachodu. Deklaracje Putina w tej sprawie nie pozostawiają wątpliwości: Polska nie może być w pełni suwerennym krajem. Ma stanowić swoisty bufor, czyli państwo kadłubowe, istniejące jedynie po to, by służyć interesom silniejszych.

Cel ten może zostać osiągnięty niekoniecznie środkami militarnymi. Elementem rosyjskiego soft power jest „kupowanie” elit politycznych poszczególnych państw. Doskonale mogliśmy obserwować tę strategię działania na przykładach niemieckich czy francuskich. Nie ma powodu, by twierdzić, że nie są one prowadzone również w o wiele słabszej instytucjonalnie Polsce.

Z tego punktu widzenia miotanie na ślepo w kierunku politycznych adwersarzy posądzeniami o agenturalność wiąże się z poważnym ryzykiem, że kiedy naprawdę będziemy mieli do czynienia z człowiekiem znajdującym się pod wpływem rosyjskim, kierowane wobec niego zarzuty czy nawet wyciąganie konsekwencji okaże się dla jego admiratorów formą prześladowania, a nie troską o bezpieczeństwo państwa. Bo gdy ktoś dla rozrywki kilka razy nabierze nas, że się topi, to kiedy faktycznie znajdzie się w potrzebie, nie uzyska życiodajnej pomocy.

Jednak furia, z jaką oponenci partyjni w Polsce przypisują sobie nawzajem wysługiwanie się Moskwie, kryje w sobie coś znacznie głębszego: pustkę aksjologiczną miejscowych elit pokomunistycznych.

 

Małe państwo, małych ludzi?

Rolą elit politycznych jest wyznaczanie celów, do jakich powinna dążyć wspólnota. Jeśli dzisiaj celem ma być zbrojenie, by chronić się przed ewentualną rosyjską agresją, to warto postawić pytanie, jak w istocie o nasze morale i aspiracje dbają politycy. Wszak państwo jest silne nie tylko muskułami militarnych gadżetów, ale też siłą ambicji i determinacji swoich obywateli do obrony skrawka terytorium, które do nich należy i które traktują jako część kulturowej spuścizny.

Powiedzmy sobie uczciwie, że zdekapitowane w czasie II wojny światowej i dobite po jej zakończeniu polskie elity nigdy w istocie się nie odrodziły. Nic dziwnego, ciągłość kulturowej transmisji wartości została dramatycznie i krwawo zerwana.

Po 1989 roku na czele naszego państwa stanęli w przeważającej większości ludzie przekonujący nas, że Polska to zacofany i biedny kraj, którego jedyną nadzieją są Bank Światowy, NATO i Unia Europejska. Konsekwencją tego myślenia stało się stopniowe wykorzenianie przeoranych przez marksizm Polaków z jakichkolwiek pozostałości rodzimej kultury; pozostałości, które konserwował w nas głównie Kościół katolicki.

Nie sposób w takich realiach uczyć się myślenia w kategorii politycznego interesu. Metoda, jaką przyjęto w polskiej dyplomacji, była prosta: jako biedna panna bez posagu jedyne co możemy robić to wisieć u klamki globalnych instytucji i modlić się, by zechcieli przyjąć nas w swoje szeregi. Gdy to się wreszcie udało, dla pokomunistycznych elit historia się skończyła. Miało pozostać nam karmienie się zachodnimi inwestycjami, pieniędzmi z Brukseli, a wszystko w bezpiecznej otulinie waszyngtońskiego parasola ochronnego. Chwilo, trwaj!

Kłopot w tym, że chwila ta skończyła się bardzo szybko. Początkiem jej kresu była słynna konferencja w Monachium w maju 2007 roku. Wtedy to Władimir Putin zapowiedział wprost rewizję postzimnowojennego świata i limitowanie hegemonii Stanów Zjednoczonych.

Dopiero jednak pierwsza agresja Rosji na Ukrainie sprawiła, że zadrżeliśmy o swój byt, a pełnoskalowa wojna za naszą wschodnia granicą przyprawiła tutejsze elity o dreszcze. Problem w tym, że Polacy na tę wojnę nie byli i nie są mentalnie gotowi. Przez lata wmawiano nam, iż polityka to bagno, i dlatego zamiast nią się zajmować, lepiej budować mosty. Dziś, gdy ktoś chce nam te mosty zburzyć i należałoby robić politykę, by stanąć w ich obronie, niewielu ma na to ochotę. Bo czego w istocie mamy bronić? Agenta Tuska czy agenta Kaczyńskiego? A może tego wszechobecnego syfu, który jakimś cudem uporządkował nam pan z Brukseli czy pani z Waszyngtonu?

Na to myślenie, które swego czasu Tusk nazywał aprobatywnie metodą „ścibolenia”, nałożyły się całkiem udane próby odzierania nas z tożsamości narodowej. A jak celnie zauważył Marian Piłka w znakomitym eseju „Kryzys polskości”, opublikowanym na łamach „Arcanów”, „wykorzenienie (…) kształtuje postawy zewnątrzsterowne, niesamodzielne intelektualnie i podatne na wpływy, prowadzące do imitacji i szukania różnych namiastek, które mają wypełnić pustkę duchową”.

Czy wypłukani i coraz bardziej pogrążeni w tożsamościowym kryzysie Polacy, coraz częściej nieświadomi tego, skąd przychodzą, kim są i dokąd wędrują, mogą wykrzesać w sobie na tyle odwagi i determinacji, by zbudować silne państwo, z potężną armią, gotowe stawić czoła agresorowi?

Powiedzmy sobie szczerze: elity rządzące nami po 1989 roku nie zrobiły niczego, by budować poczucie wartości, wzmacniać odrębność, przywracać tożsamość i poczucie godności w złamanym pałką komunistycznego nihilizmu polskim kręgosłupie. Na półkę wstydu odłożono katolicyzm i nasze historyczne porażki oraz sukcesy, po to by ostatecznie „wybrać przyszłość”. Dzisiaj, kiedy ta przyszłość jest zagrożona, nie ma nam do czego się odwołać. Politycy zaś miotają się między przerażonym społeczeństwem a próbą łatania dziur w rozklekotanej państwowości. Jedyne, czego możemy bronić, to zasobny portfel i osławiona ciepła woda w kranie. Mało, by zaciskać pasa i łożyć na wojsko; niewiele, by choćby zranić się za to w palce, a cóż dopiero przelać krew.

Najlepiej zresztą stan ducha naszych elit, a przez to i części naszych rodaków, wyraził Radosław Sikorski w swoim niedawnym expose o polityce zagranicznej. Otóż w świecie, w którym prawa człowieka i liberalny porządek stały się pustą wydmuszką, wicepremier i szef MSZ usiłuje poskładać tego trupa na nowo, twierdząc, że tylko on jest nadzieją… słabszych krajów. Takich, jak Polska.

Ktoś powie chełpliwie, że to słowa realisty, ale przecież jest jednak granica – bywa, że cienka – między realizmem a minimalizmem i skarleniem. Skoro jednym z najważniejszych celów naszego państwa jest dzisiaj silna armia, to dlaczego nie przekonać narodu, że możemy być państwem wielkim, silnym, dobrze uzbrojonym; państwem, które będzie gwizdać na prawa człowieka i tzw. liberalne wartości, wzbudzając w oczach swoich wrogów strach, stanowiący – bądź co bądź – istotne narzędzie polityki? Sądzę, że Sikorski nie potrafiłby zdobyć się na przedstawienie takiej wizji, i nie wierzy sam, iż zdołałby do niej przekonać przemielonych przez liberalną maszynkę Polaków.

 

Problem z SAFE

Ta dojmująca pustka aksjologiczna ziejąca z naszej wspólnoty odbija się także w debacie wokół programu SAFE. Koalicja rządowa przyjęła za pewnik – w myśl logiki, że co daje Bruksela, musimy brać – iż program ów to „szansa dla Polski”. I bez żadnych wątpliwości jęła sączyć ową dość tępą propagandę Polakom.

Tymczasem sprawa jest nieco bardziej skomplikowana. Owszem, może to być program dla państwa korzystny, ale należałoby jednak poddać pod debatę kilka kluczowych pytań. Czy faktycznie chcemy kolejny raz ryzykować wspólnym długiem z coraz bardziej ułomną Brukselą? Czy na pewno limitowane przecież zakupy, jakie możemy zrobić w ramach tego programu, realnie wzmocnią nasze siły zbrojne? Czy chcemy, by o niektórych kierunkach naszej polityki zbrojeniowej decydowała Komisja Europejska? Czy faktycznie kupiony za te środki sprzęt zapewni komplementarność poszczególnych systemom militarnym? I wreszcie – czy za sprawą tych pieniędzy pozyskamy to, czego naprawdę potrzebujemy: technologie niezbędne, by samemu rozbudować własny przemysł obronny? Te pytania ginęły w klangorze kolejnych oskarżeń i naiwnej propagandy o spadających nam z nieba pieniądzach na armię.

Prezydent Karol Nawrocki, proponując nieco enigmatyczny program wewnętrznego finansowania zbrojeń SAFE 0% z jednej strony słusznie postawił kontrę rządowemu hurraoptyzmimowi, z drugiej – brnie w kolejną narrację o naprędce przygotowanym programie, byle tylko uniknąć pułapki zastawionej przez Tuska. Zamiast zatem spokojnie debatować o tym, co jest dzisiaj na stole, błądzimy w labiryncie politycznych rozgrywek.

 

Czy można się wypisać?

Trudno się dziwić, że w takich warunkach nośnym hasłem związanym z wojną na Ukrainie pozostaje zawołanie „to nie nasza wojna”. Niczego ono w gruncie rzeczy nie oznacza. Nie sposób też z nim polemizować wobec złożonej sytuacji, z jaką mamy do czynienia na wschodzie oraz wyzwań stojących w związku z tym przed Polską.

A jednak stanowi ono swoiste „wypisanie się” z narzuconej nam logiki skarlałego narodu. Jest jak soma u Aldousa Huxleya – zapewnia tożsamościowy odlot, pozwala oderwać się od brutalnej rzeczywistości, w jakiej się znaleźliśmy za sprawą Putina, Xi Jinpinga czy Trumpa. To wyzwolenie ze sporu między dwoma obozami: jednym, z euforią przyjmującym każdą dyrektywę z Brukseli i drugim, który nawet bieliznę przyozdabia napisem MAGA.

Pragnienie takiego wyzwolenia jest, rzecz jasna, socjologicznie wytłumaczalne. Skoro pozbawieni jesteśmy silnego państwa, a polscy politycy nie mają wizji jego rozwoju, to może lepiej przycupnąć za miedzą i przeczekać burze, które nadciągają dzisiaj nad świat?

Kłopot w tym, że z udawania, iż zagrożenia nie ma, świat nie stanie się nagle lepszy. Obśmiewanie w większości absurdalnych argumentów o agenturalności tego czy innego polityka lub publicysty, nie sprawi z kolei, że agenci przestaną w Polsce działać. To w istocie nieco bardziej wyrafinowana droga do nihilizmu od tej, na jaką wprowadzili nas ojcowie założyciele III RP i ich następcy.

Z zainteresowaniem myślę czasami o tym, w jaki sposób obecny stan państwa za kilkadziesiąt lat opiszą historycy. Czy jako początek drogi do wielkości, czy raczej początek upadku. Nie ma na razie zbyt wielu przesłanek, by sądzić, że wygra ta pierwsza wersja historii.

Tomasz Figura

 

 

 

 

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij
Komentarze(20)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie