6 stycznia 2026

Jaki jest świat twoich wartości? Jaką masz hierarchię wartości? Czy jesteś przywiązany do wartości chrześcijańskich patriotycznych? Jakie są wartości naszej cywilizacji? Czy jesteś gotów bronić swoich wartości? Kategoria wartości zdominowała nasze myślenie o… no właśnie, o czym? O wartościach?! Konia z rzędem, kto potrafi zdefiniować to pojęcie! „Wartości” to słowo-wytrych. Opisujemy nim praktycznie wszystko, co wydaje nam się… wartościowe? Proszę Państwa, czy ze mną coś jest nie tak, że mi ciągle masło maślane wychodzi – czy może jednak problem leży po stronie owych tajemniczych „wartości”?

Używamy tego słowa – „wartości” – tak jakby jego znaczenie było oczywiste. Mało tego, nieraz zapalamy się i kłócimy z innymi, twierdząc, że oni atakują nasze wartości, a my ich bronimy. Proszę mi jednak powiedzieć, jak to możliwe, że – dajmy na to – dwóch polityków twierdzi, że wyznaje „chrześcijańskie wartości”, a potem jeden z nich głosuje za prawem do życia, a drugi za prawem do zabijania, kiedy w oczywisty sposób te dwa prawa są ze sobą sprzeczne?

Przez większość życia sam używałem pojęcia wartości, ale w pewnym momencie ktoś zapytał mnie o co właściwie mi chodzi i wtedy musiałem się zastanowić. Tak od nitki do kłębka doszedłem do zaskakujących wniosków, które teraz pokrótce przedstawię.

Wesprzyj nas już teraz!

Otóż, gdy zacząłem badać temat, okazało się, że termin wartość, który zawsze odnosił się do matematyki i ekonomii, dopiero niedawno został zaadoptowany do dziedziny… tzw. aksjologii. Tymczasem wartość jest czymś wymiernym. Wartość przedmiotu określamy w jego cenie, wartość odżywczą produktu bądź potrawy – w kaloriach. W każdym z tych przypadków wartość określana jest przez konkretną liczbę i jako taka może być porównywana z inną wartością. Natomiast to, co błędnie określa się jako „wartości” w rozumieniu „aksjologicznym”, nie jest wymierne. Dla przykładu, stopień doskonałości danej cnoty można ocenić jedynie w przybliżeniu albo w odniesieniu do umownej skali – nie mamy tu jednak do czynienia z liczbami.

Do tego, proszę Państwa, coś takiego jak „aksjologia” również do niedawna… nie istniało! Dopiero w drugiej połowie XIX wieku pojawili się kreatorzy treści umysłowych (z pewnych względów nie nazywam ich filozofami), którzy zaczęli mówić o tym, że pewne zjawiska są „wartościami” w kontekście innym niż cena, którą płacimy za konia, automobil, dom, radło albo kopę jajek. Zaś dopiero w XX wieku dwóch panów (Francuz Paul Lapie i Niemiec Eduard von Hartmann) określających się filozofami wyszło z pomysłem stworzenia całkowicie nowej dziedziny, która miałaby zajmować się mętnie rozumianymi wartościami. Od tego momentu zaczął się pojęciowy galimatias, ponieważ kolejni „myśliciele” zaczęli mnożyć definicje owych „wartości”, nie wskazując jednak na konkretne i jednoznaczne zjawiska, tak jak miało to miejsce w filozofii klasycznej.

Proces abstrahowania współczesnych nurtów filozoficznych od prostej i obiektywnej rzeczywistości (czyli takiej, jaką widział i opisywał Arystoteles, a za nim cała szkoła filozofii realistycznej, a potem główny nurt świata chrześcijańskiego) doprowadził do tego, że dziś nie mamy zielonego pojęcia, czym właściwie miałyby być owe chrześcijańskie czy patriotyczne „wartości”, poza tym, że coś nam się kojarzy i coś tam odczuwamy słysząc to słowo…

Po co wymyślono „aksjologię”?

Twierdzę, że pojęcie wartości, tak jak je przedstawia aksjologia, nie tylko komplikuje nasze rozumienie kategorii poznawczych, ale przede wszystkim służy ich zafałszowaniu. Żeby się o tym przekonać, spójrzmy na tradycyjne kategorie, których zwykliśmy używać do rozumienia i opisywania rzeczywistości.

Są to: transcendentalia (rozróżnienia podstawowe, nienależące do innych kategorii, a więc prawda, dobro i piękno, a ogólniej – byt czy jedność), konkretne dobra, cnoty, zasady i przekonania, prawdy wiary i doktryny, prawo Boże i prawidła natury, obyczaje, tradycje i formacyjne elementy kultury, instytucje religijne i państwowe, czy tak szlachetne pojęcia jak kręgosłup moralny i tak pożyteczne jak zdrowy rozsądek. Każde z tych pojęć ma swoje konkretne znaczenie. Mało tego, za każdym z nich stoi pewna filozofia, a nawet pewien ładunek moralny (nakaz czynienia dobra i unikania zła).

Każde z nich funkcjonuje w stosunku zależności wobec transcendentaliów. Weźmy cnotę: jest to sprawność moralna (analogicznie do sprawności fizycznej), czyli zdolność do powtarzalnego czynienia dobra; jej praktykowanie wymaga użycia władzy duchowej, jaką jest rozum – ten z kolei spełnia swoje zadanie, jeżeli rozpoznaje prawdę; ponadto, za Arystotelesem można by dodać, że człowiek cnotliwy, to ten, który szuka tego, co moralnie piękne. W podobny sposób można by wyjaśnić każde z powyższych pojęć i znaleźć dla niego konotacje w historii i zobiektywizowanym aparacie poznawczym naszej cywilizacji. Użycie każdej z tych kategorii ma swoje praktyczne konsekwencje. Nasz intelekt jest związany ich organicznymi definicjami i dlatego ma znacznie mniej pola dla uznaniowości i dowolności (a więc w konsekwencji – subiektywizacji i relatywizacji). Krótko mówiąc, operując klasycznym językiem filozoficznym, stajemy na wspólnym gruncie i jesteśmy w stanie się dogadać, a przede wszystkim pomaga nam to w dobrym życiu, dając obiektywny punkt odniesienia, a nie tylko ogólne i nieraz wewnętrznie sprzeczne wskazania „dobroludzizmu”.

Bo jeżeli wszystko to wrzucimy do jednego worka tzw. „wartości”, to czy taka kategoria będzie jeszcze cokolwiek znaczyła? Mówienie o „wartościach” zawęża nasz horyzont postrzegania rzeczywistości, a w wielu przypadkach uniemożliwia sensowną dyskusję. Rozwińmy przytoczony wyżej przykład polityki. Jeden polityk, będący „katolikiem kulturowym” (uznający pewną rolę religii w kształtowaniu tożsamości), w praktyce zaprzecza zasadom religijnym, dopuszczając kompromis aborcyjny; drugi, który poważnie traktuje swoją wiarę (rozumianą według katolickiej definicji jako posłuszeństwo rozumu wobec objawienia Bożego głoszonego przez Kościół) wie, że nie może wybierać, która prawda wiary i moralności mu odpowiada, a która nie. Obaj twierdzą, że bronią „chrześcijańskich wartości”, a jednak z działalności obu wynikają zgoła inne skutki. Pierwszy dopuszcza określoną liczbę mordów na swoim narodzie i zamyka mu tym samym drogę do błogosławieństwa Bożego, drugi dokłada wszelkich starań, by chronić Boski dar życia i tym samym zjednać narodowi przychylność Stwórcy i Zbawiciela. Gdyby natomiast tych samych dwóch polityków przystąpiłoby do rozmowy na gruncie klasycznych pojęć, to nagle okazałoby się, że trzeba precyzyjnie zapytać, czy prawo Boże (tudzież prawo naturalne albo przyrodzona sprawiedliwość) dopuszcza zabijanie niewinnych dzieci? To samo dotyczyłoby każdego innego tematu, w którym należałoby odnieść się do porządku naturalnego czy Magisterium Kościoła. Mówiąc kawa na ławę: ma nic prostszego dla obłudnika i populisty, jak zacząć głosić swoje przywiązanie do „chrześcijańskich wartości”.

Aksjologia wprowadza zamęt na samym już poziomie języka. Wartość, tak jak zawsze rozumiał ją człowiek, to pojęcie niemające konkretnego desygnatu. To pojęcie, którego używamy do określenia stopnia przydatności danej rzeczy. Ale wartość nie jest rzeczą. Natomiast klasyczne kategorie poznawcze zawsze odnoszą nas do konkretu. Słyszymy cnota – myślimy roztropnośćcierpliwość, pokoramęstwo i tak dalej. Słyszymy dobra – myślimy o dobrach kultury, dziełach sztuki, czy też po prostu o dobrach materialnych, jak sprzęty domowe. Słyszymy doktryna – myślimy o konkretnych dogmatach czy zbiorach zwyczajów i zasad, jeżeli mówimy o doktrynie politycznej. Słyszymy prawo Boże – myślimy o Dekalogu i wszystkim tym, co rozum ludzki rozpoznaje z natury.

Tu trudniej dokonać PODMIANY. A właśnie podmiana – obok chaosu – jest grzechem fundacyjnym naszej poplątanej, postmodernistycznej rzeczywistości. Co najmniej od epoki tzw. oświecenia, jesteśmy poddawani owej podmianie pojęć – czym innym stają się: Bóg, natura, Opatrzność Boża, dobro i zło, sprawiedliwość i tak dalej.

Nowa filozofia wprowadza nowy język, a nowy język – to nowe obrazowanie rzeczywistości. A to zmienia wszystko. Zaczyna się od filozofii, ale to samo zjawisko obserwujemy od jakiegoś czasu w Kościele. Nie będzie przesadą, gdy napiszę, że Kościół – w zasadniczym kośćcu swego nauczania – ZAWSZE stosował język możliwie lakoniczny (nieprzegadany!)  i precyzyjny. Sobór Watykański II, odzwierciedlając w swoich tekstach nową „wrażliwość” filozoficzną zlaicyzowanego świata, stał się zarzewiem tak wielkiego zamętu w Kościele nie dlatego, że wprowadził jakąkolwiek formalną herezję, ale właśnie dlatego, że zmienił język. Zgodnie z ogólną zasadą, zmieniając język, zmieniamy obraz Kościoła. I tak Kościół Wojujący staje się Kościołem „pielgrzymującym”, a na dalszym etapie pozostaje już tylko rozpracować temat na gruncie „duszpasterskim” (to od czasów Soboru również słowo-wytrych dla usprawiedliwienia wszelkich działań niezgodnych z doktryną), by móc twierdzić, że „my przecież nie zmieniamy nauki Kościoła, tylko otwieramy się na nowe doświadczenia”. Istotą zatruwającej Kościół herezji modernizmu jest ufundowanie jej na mętnych, niejasnych i często wprost relatywistycznych kategoriach nowożytnej filozofii. Konstytucje soborowe, podobnie jak wiele innych tekstów, łącznie z współczesnymi encyklikami, są tworzone językiem, jakiego nigdy nie używał Kościół dla głoszenia swojej nauki i utwierdzania braci w wierze.

Powrót do wartości czy do… rzeczywistości

Jakkolwiek byśmy definiowali swój światopogląd, musimy przyznać, że nasz świat jest w jakiegoś rodzaju kryzysie. Przywykliśmy mówić, że jest to „kryzys wartości”, a co za tym idzie, przezwyciężenie tego kryzysu miałoby się odbyć poprzez… „powrót do wartości”. Ale jak, proszę Państwa, miałoby nam pomóc powrócenie do czegoś, co wymyślono raptem sto lat temu z okładem i co samo w sobie jest niejednoznaczne?!

Tymczasem właśnie mówienie o „powrocie do wartości” jest najlepszym dowodem na kryzys, który pozostanie nieprzezwyciężony, dopóki nie nazwiemy go po imieniu. Świat postmodernistyczny tonie w chaosie, ponieważ wyparł się nie tylko zdrowych pojęć, ale nawet przekonania o zdolności ludzkiego rozumu do poznania obiektywnej rzeczywistości. To nie jest kryzys żadnych mitycznych „wartości”, ale po prostu kryzys filozoficzny, a do tego moralny i religijny. Filozofia, moralność i religia – to pojęcia konkretne, mające w naszym kontekście cywilizacyjnym określone odniesienia. Tu nie ma relatywizacji i dowolności na zasadzie: ja mam taki system wartości, a ty masz inny i musimy to jakoś wypośrodkować.

Na poziomie filozoficznym rozwiązaniem jest powrót do zdrowego myślenia wynikającego z rozumnego poznania świata. Na poziomie moralnym – powrót do normalności, która w swoich istotowych założeniach nie podlega dyskusji. Na poziomie religijnym – powrót do prawdziwej wiary, która jest cnotą wlaną – zależną wyłącznie od Boga, a nie od osądu człowieka – i realizuje się poprzez intelektualne posłuszeństwo prawdzie.

Postmodernizm jest ukoronowaniem rewolucyjnego zamętu, jaki nastał w epoce nowożytnej – istną wieżą Babel naszych pojęć o świecie. Przedstawiciele tego nurtu bynajmniej nie kryją się z przekonaniem, że permanentną częścią naszego świata jest chaos. I owszem – mają rację stwierdzając stan faktyczny, diagnozując chorobę. Ale nie mają i nie mogą mieć racji co do sposobów leczenia. Kompromis z chaosem i przejmowanie jego logiki nigdy nie są wyjściem.

Świat tonie w postmodernistycznym zamęcie, a mimo to napotykamy gdzieniegdzie szalupy, a nawet wysepki, na których wciąż panuje (albo odradza się) rozum. We wspólnotach przywiązanych do katolickiej Tradycji odżywa myśl tomistyczna, a wraz z nią arystotelesowski aparat poznawczy. Dziwnym trafem właśnie tam odnotowuje się wyższe wskaźniki demograficzne i szereg takich elementów stylu życia, o których można powiedzieć, że odzwierciedlają dążenie do odzyskania harmonii stworzenia zgodnej z porządkiem natury.

I choć żywioły – wierzące czy niewierzące – które wykazują pokorę wobec rzeczywistości wydają się być w defensywie, to jednak sama rzeczywistość nie poddaje się zaklęciom pseudo-filozofii i – jak na złość! – pozostaje niezmienna. W tym tkwi największy potencjał i nasza największa szansa! Rzeczywistość w swojej zasadniczej strukturze jest prosta i nie zmienią tego żadne zabiegi retoryczne postmodernistów ani żadne przeintelektualizowane konstrukcje aksjologów, fenomenologów i innych aktywistów intelektualnych, którzy próbują wyważać dawno otwarte drzwi.

Nie dajmy się sterroryzować dyktatowi subiektywizmu, a może da Bóg, że kiedyś znów przejdziemy do ofensywy. Wtedy ani „kryzys wartości” ani żadne inne miazmaty pogubionego umysłu nie będą spędzały nam snu z powiek…

Filip Obara

Zobacz więcej:

Inteligentne, lecz głupie „elity”. Jak uwolnić od nich Polskę?

Najważniejszy przedmiot w klasach 1-3? FILOZOFIA!

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij
Komentarze(11)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie