Ameryka po 250 latach: w poszukiwaniu wartości, które zjednoczą podzielony naród

Stelmach-Agnieszka_1024x1024.jpg
Autor:
Agnieszka Stelmach
USA.jpg

Chociaż wielu konserwatywnych felietonistów podkreśla, że świętowanie rocznicy powstania Stanów Zjednoczonych to okazja, by czuć dumę z tego, że USA „są najwspanialszym krajem w historii świata”, aż 38 procent Amerykanów nie wierzy, iż za kolejne 250 lat USA w ogóle będą istnieć. Obecne nastroje panujące wśród obywateli blisko 350-milionowego kraju nie są najlepsze. Pokazują silną polaryzację społeczną. Liberałowie twierdzą nawet, że współcześnie państwo to stanowi przeciwieństwo tego, czym było w czasie wielkiego zrywu, gdy 13 kolonii przeciwstawiło się brytyjskiej koronie i ostatecznie 4 lipca 1776 roku 56 reprezentantów kolonistów podpisało w Filadelfii Deklarację Niepodległości. 

Wojna o niepodległość (1775–1783) zakończona traktatem pokojowym w Paryżu przypieczętowała suwerenność i przyznała nowemu państwu terytoria aż po rzekę Missisipi. Cztery lata później przyjęło ono konstytucję, ustanawiającą ustrój federalny. Wybrano pierwszego prezydenta George’a Washingtona. Zaczął się bardzo trudny proces spajania kraju.

Wielu historyków i publicystów zastanawia się, co pozostało z dziedzictwa „ojców założycieli” i czy nie czas zmienić konstytucję, aby dostosować ją do współczesnych realiów. Zadają sobie także pytanie, jakie wartości i zasady powinny łączyć Amerykanów dzisiaj, gdy są tak bardzo podzieleni.

Zróbmy to razem!

Kraj przez lata otwarty na migrantów – niegdyś purytanów uciekających z Europy przed prześladowaniami religijnymi – obecnie walczy z nieuregulowanymi przepływami ludzi. Znamienne jest to, że pierwszy w historii papież wywodzący się ze Stanów Zjednoczonych odmówił udania się do ojczyzny i 4 lipca zamierza spędzić na Lampedusie, aby zwrócić uwagę świata na globalny kryzys migracyjny.

W opinii współczesnych przedstawicieli różnych wyznań religijnych, USA są cenione za domniemaną tolerancję. W praktyce jednak, u zarania swoich dziejów były wrogo nastawione do katolików, stanowiących wówczas mniej niż 1 procent populacji.

Antykatolicyzm rewolucjonistów

James T. Keane przypomniał 25 czerwca br. w „American Magazine” [The forgotten history of the Catholic Church and the American Revolution, tłum. „Zapomniana historia Kościoła katolickiego i rewolucji amerykańskiej”], że tym, co sprowokowało rewolucję – pomijając „konflikt gospodarczy, ideologie oświecenia i trendy historyczne” – był szereg ustaw brytyjskiego parlamentu z 1774 roku, znanych jako „ustawy nie do zniesienia”. Pośród nich znalazł się Akt o Quebecu, dotyczący rządów Nowej Francji po formalnym przekazaniu terytoriów francuskich Wielkiej Brytanii w 1763 roku. Ta zezwoliła katolikom na swobodne sprawowanie sakramentów i praktykowanie wiary. W odpowiedzi na to w październiku 1774 r., na dwa lata przed podpisaniem Deklaracji Niepodległości, Pierwszy Kongres Kontynentalny poparł rezolucję znaną jako „Rezolucja z Suffolk”. Uznał w ten sposób, że ustawa parlamentu ustanawiająca religię rzymskokatolicką i prawa francuskie w Kanadzie „jest w najwyższym stopniu niebezpieczna dla religii protestanckiej oraz dla praw i wolności obywatelskich wszystkich Amerykanów; dlatego też, jako ludzie i protestanccy chrześcijanie, jesteśmy bezwzględnie zobowiązani do podjęcia wszelkich stosownych środków dla naszego bezpieczeństwa”.

Wkrótce koloniści pod dowództwem między innymi Benedicta Arnolda rozpoczęli nieudany atak na terytorium Kanady. Delegaci Kongresu wyrazili oburzenie z tego powodu, że ​​brytyjski parlament zgodził się na ustanowienie religii, która „zalała waszą wyspę krwią i rozprzestrzeniła bezbożność, bigoterię, prześladowania, morderstwa i bunty w każdym zakątku świata”.

Szukając sojuszników dla „sprawy amerykańskiej” już wtedy koloniści wykazali się praktycyzmem. Wiosną 1776 r. Benjamin Franklin udał się z delegacją do Kanady. Towarzyszył mu m.in. Charles Carroll, prominentny właściciel ziemski z Maryland, jedyny katolik, który kilka miesięcy później podpisał Deklarację Niepodległości, oraz Samuel Chase. Franklin zaprosił także kuzyna Carrolla, jezuitę Johna Carrolla, który miał pomóc w nakłonieniu kanadyjskich katolików do sojuszu przeciwko Brytyjczykom.

Wtedy kolonistom nie przeszkadzały obawy dotyczące wiary rzymskokatolickiej, znanej z „bezbożności, bigoterii, prześladowań, morderstw i buntu”. Realpolitik zwyciężyła. Katolicy, wobec których panowała powszechna nieufność wśród rewolucjonistów, można powiedzieć – zostali wykorzystani przez rządzących, zresztą nie pierwszy raz.

Nieufność wobec nich jednak nasiliła się wraz z napływem migrantów z Irlandii, Włoch i Europy Środkowej. Trwa do dziś, chociaż paradoksalnie katolicy obecnie stanowią elitę intelektualną kraju. Sześciu z dziewięciu sędziów Sądu Najwyższego to członkowie Kościoła. Wysokie stanowiska zajmują także wiceprezydent i szef amerykańskiej dyplomacji. To samo dotyczy około jednej trzeciej członków gabinetu prezydenta Donalda Trumpa. Przy tym zaś po raz pierwszy w historii papieżem jest Amerykanin. Katolicyzm to obecnie także największe wyznanie religijne w Stanach Zjednoczonych (około 22 proc. populacji, a było ich jeszcze więcej – około 13 proc. populacji dokonało apostazji).

W czasach rewolucji, gdy według szacunków historyka Jamesa T. Fishera, 13 kolonii w momencie podpisania Deklaracji Niepodległości zamieszkiwało około 2,5 miliona osób, w tym pół miliona niewolników, zdecydowana większość była protestantami, znacznie mniej wierzącymi niż ich potomkowie. Około 15 do 17 proc. populacji regularnie uczęszczało na nabożeństwa. Katolików było zaledwie 25 tysięcy. Prawie wszyscy mieszkali w Pensylwanii i Maryland. W Bostonie praktycznie ich nie było. Pierwszą publiczną Mszę świętą odprawiono tam dopiero w 1788 roku.

Rewolucjoniści czuli się osaczeni, mając za sąsiadów katolików na terenie hiszpańskiej Florydy, francuskiej Kanady i (wówczas hiszpańskiej, a potem francuskiej) Luizjany. Nawet rdzenni mieszkańcy Ameryki, graniczący z koloniami na zachodzie i północnym zachodzie, w wyobraźni amerykańskich protestantów kojarzyli się z jezuickimi i franciszkańskimi działaniami misyjnymi, które rozpoczęły się ponad sto lat wcześniej za sprawą m.in. jezuitów Jacques’a Marquette’a oraz Isaaca Joguesa.

Amerykańscy katolicy, w tym Charles Carroll, od samego początku forsowali ideę rozdziału Kościoła od państwa, obawiając się ustanowienia jednej z licznych sekt religią państwową.

Dziś Ameryka chlubi się tym, że od zawsze broniła wolności religijnej, uchodzącej za jedną z największych wartości, które uczyniły ją „wielką”. Tyle, że pogarda dla katolików, jaka występowała dawnej, wyrażana nawet przez „ojca założyciela” Johna Adamsa czy George’a Washingtona, którzy zachwycali się liturgią Mszy świętej sprawowanej w kościele w Filadelfii, ale drwili z „klepania paciorków”, pozostała do dziś.

Amerykański historyk katolicki z połowy XX wieku, prałat John Tracy Ellis zauważył, że nic nie mogło bardziej zjednoczyć anglikanina i purytanina jak antykatolicyzm. Jednak obawy katolików przerażonych anarchią i krwiożerczością rewolucji francuskiej skłoniły ich do poparcia federalizmu i zasady rozdziału Kościoła od państwa.

Zdaniem Johna Carrola, późniejszego prałata Baltimore, Stany Zjednoczone „wygnały nietolerancję ze swoich systemów rządów”, dając każdemu równe prawo do udziału w życiu obywatelskim. „Wolność i niepodległość, zdobyte wspólnym wysiłkiem i scementowane zmieszaną krwią protestanckich i katolickich współobywateli, powinny być równo wykorzystywane przez wszystkich” – apelował.

Jakie wartości i zasady powinni świętować oraz pielęgnować współcześni Amerykanie, by ich kraj trwał i dalej się rozwijał?

Wiara chrześcijańska

Victor Joecks z konserwatywnego „Daily Signal”, pisząc 19 czerwca br. o źródłach amerykańskiej „wielkości” [America at 250: The Roots of America’s Greatness, tłum. „Ameryka po 250 latach: korzenie amerykańskiej wielkości”] akcentuje kwestię wolności, którymi cieszą się od wieków Amerykanie, a o jakich może marzyć większość ludzi na świecie. Zachwyca się „najsilniejszą armią w historii świata”, „najbardziej dynamiczną gospodarką”, a także tym, że to Amerykanie wysłali ludzi na Księżyc.

Autor wskazał również, że amerykańscy rewolucjoniści odwoływali się do wartości religijnych, wzywając do postu i modlitwy publicznej m.in. za sprawą Johna Adamsa czy gubernatora Connecticut Jonathana Trumbulla. Ten ostatni w 1755 r. apelował, by Bóg „łaskawie wylał na nas swojego Ducha Świętego… i uczynił tę ziemię górą świętości i mieszkaniem sprawiedliwości na wieki”.

Podobnie 16 marca 1776 r. William Livingston zaproponował, aby Kongres Kontynentalny ustanowił dzień postu i modlitwy. „Ojcowie założyciele” dążyli do tego, „abyśmy mogli zjednoczonymi sercami wyznać i opłakiwać nasze liczne grzechy i przewinienia, a poprzez szczerą pokutę i poprawę życia ułagodzić Jego sprawiedliwe niezadowolenie i – dzięki zasługom oraz pośrednictwu Jezusa Chrystusa – uzyskać Jego przebaczenie i odpuszczenie grzechów”.

Joeckes podkreśla, że „ojcowie założyciele” wierzyli, iż to dzięki Opatrzności Bożej udało się wykryć i udaremnić pod koniec wojny spisek z udziałem generała Benedicta Arnolda. Washington miał pisać: „Opatrznościowy zbieg okoliczności, który do niego doprowadził, stanowi najbardziej przekonujący dowód na to, że wolności Ameryki są przedmiotem Boskiej opieki”.

Publicysta obawia się, że dziś wielu mieszkańców potężnego kraju odchodzi od wiary chrześcijańskiej i to stanowi zagrożenie dla wielkości USA.

Sprawiedliwość jako najwyższe dobro

Bruce Fein na łamach „The American Conservative” w artykule z 19 czerwca [America: A Forgotten Idea, tłum. „Ameryka, zapomniana idea”] akcentuje przede wszystkim zasadę sprawiedliwości. Jego zdaniem 56 sygnatariuszy Deklaracji Niepodległości „dokonało przełomu w historii”. „4 lipca 1776 r. podpisali wyroki śmierci na siebie, aby zapewnić sobie niezbywalne prawo do życia, wolności i dążenia do szczęścia, czyli możliwość podążania własną drogą bez obawy przed grabieżą wewnętrzną lub agresją z zewnątrz – szczyt cywilizacji. Celem rządu i społeczeństwa obywatelskiego miała być sprawiedliwość, a pozycja każdego w życiu miała odpowiadać charakterowi i osiągnięciom, po prostu. Sprawiedliwość miała być promowana przez konstytucyjny podział władzy oraz mechanizmy kontroli i równowagi, by zapobiec uciskaniu jednej frakcji politycznej przez drugą”.

Autor przypomniał, że Deklaracja Niepodległości była przełomem w historii, ponieważ zapewniała nienaruszalność niezbywalnych praw, „których żaden rząd – w tym republiki – nie może odebrać”. Zakładała „suwerenność każdej jednostki, pozwalając jej żyć w spokoju, bez naruszania niezbywalnych praw innych. Legitymacja rządu kończy się, gdy wykracza ona poza obronę niezbywalnych praw i optymalizację sprawiedliwości. Żaden poprzedni rząd ani naród nie uznał i nie wywyższył niezbywalnych praw. Żaden nie celebrował sprawiedliwości jako najwyższego dobra. Żaden nie uznał suwerenności jednostki, by rozwijać zdolności i realizować marzenia oraz ambicje, nieskrępowane bezpodstawnymi prawami ani przymusem. Ojcowie Założyciele stworzyli bezprecedensowy rząd, ponieważ znali ważną prawdę: żadna osoba ani instytucja nie posiadała świętości niezbędnej do wskazywania innym, jak mają żyć” – czytamy.

Fein zachwyca się tym, że w jednym pokoleniu pojawiło się tylu „gigantów” takich, jak: George Washington, Benjamin Franklin, John Adams, Thomas Jefferson, James Madison, Alexander Hamilton i Patrick Henry.

„Nasi przodkowie byli niedoskonali, o czym często przypominają nam lewicowcy. Ale Deklaracja i Konstytucja zapoczątkowały system rządów, który poprzez poprawki lub w inny sposób – w tym wojnę secesyjną – przekształcił Stany Zjednoczone z małego żołędzia w potężny dąb w ciągu pierwszego stulecia. W ciągu tych pierwszych, fascynujących stu lat imigracja była praktycznie nieograniczona. Jeśli przyjąłeś i wcieliłeś w życie ideę Ameryki, byłeś Amerykaninem. Potem nadeszła pełna uprzedzeń Ustawa o wykluczeniu Chińczyków z 1882 r. Stany Zjednoczone zapomniały, że idea Ameryki była ich najcenniejszym atutem, ponieważ generowała niezrównany kapitał ludzki”.

Tę ideę „zastąpiła w myśleniu wsteczna, prymitywna, atawistyczna supremacja białych, podziały rasowe lub płciowe, plemienność, parytety, ksenofobia, judeochrześcijański dogmatyzm, tyrania większości i zasada czy moja partia ma rację, czy nie. Zawarliśmy pakt faustowski: ideę Ameryki honorującej indywidualne zasługi dla imperium, bezmyślnie heroizującej władzę lub bogactwo dla własnych korzyści, bez względu na sprawiedliwość czy moralność. Wyższe formy życia zostały podporządkowane niższym. Prezydent Donald Trump jest doskonałym przykładem tego katastrofalnego upadku, niczym upadek Lucyfera z nieba” – komentuje Bruce Fein, były zastępca zastępcy prokuratora generalnego za prezydentury Ronalda Reagana i autor książki „American Empire Before The Fall”.

Władza decydowania o wojnie przyznana Kongresowi i zaprzedana w służbie imperium

W kolejnym tekście na ten temat z 29 czerwca [The United States Was a Miracle, tłum. „Stany Zjednoczone były cudem”], ten sam autor przypomina, że poza tytułowym stwierdzeniem jednak „system Ojców Założycieli został sprzedany za prymitywne wygody imperium”.

W jego opinii zarówno Deklaracja Niepodległości, jak i Konstytucja były „cudami zrodzonymi z wyjątkowych okoliczności politycznych i kulturowych, które prawdopodobnie nigdy się nie powtórzą”.

Trójpodział władzy, Karta Praw, mające na celu zapobieganie tyranii władzy wykonawczej i „perła w koronie”, to jest „wyłączny monopol władzy wojennej, przyznany Kongresowi”, który „nie ma motywacji do wypowiadania wojny, chyba że w samoobronie przed agresorem, który już złamał pokój – w przeciwieństwie do władzy wykonawczej”, z biegiem lat zostały wypaczone.

Fein ubolewa, że „w czasie wojny nieograniczona władza przechodzi w ręce prezydenta pod sztandarem bezpieczeństwa narodowego, w tym władza pełnienia funkcji prokuratora, sędziego, ławy przysięgłych i kata nad każdą osobą uznaną za bezpośrednie lub przyszłe zagrożenie”. Kongres wówczas „staje się widzem niczym statysta w filmowej ekstrawagancji Cecila B. DeMille’a”.

Tymczasem, jak przypomina za nauką Jamesa Madisona: „Wojna jest w istocie prawdziwą pielęgniarką władzy wykonawczej. Na wojnie ma powstać siła fizyczna, a wola władzy wykonawczej ma nią kierować. Na wojnie mają zostać odblokowane dobra publiczne, a ręka władzy wykonawczej ma je rozdawać. Na wojnie mają zostać pomnożone zaszczyty i dochody z urzędu; a to pod patronatem władzy wykonawczej mają być one wykorzystywane. To właśnie na wojnie mają zostać zebrane laury, zwieńczające skroń władzy wykonawczej. Najsilniejsze namiętności i najniebezpieczniejsze słabości ludzkie: ambicja, chciwość, próżność, powszechne pragnienie sławy – wszystko to sprzysięga się przeciwko pragnieniu i obowiązkowi pokoju”.

Autor ubolewa, że „władzę wykonawczą” cechuje „skłonność do wojny”. A ta, jak wskazywał Alexander Hamilton, niejako krzyżuje wolność: „Bezpieczeństwo przed niebezpieczeństwem zewnętrznym jest najpotężniejszym czynnikiem kształtującym postępowanie narodu. Nawet żarliwe umiłowanie wolności po pewnym czasie ustąpi jego nakazom. Gwałtowne niszczenie życia i mienia w wyniku wojny, ciągły wysiłek i niepokój towarzyszący stanowi zagrożenia zmuszają narody najbardziej przywiązane do wolności do szukania spokoju i bezpieczeństwa w instytucjach, które mają tendencję do niszczenia ich praw obywatelskich i politycznych. Aby zapewnić sobie większe bezpieczeństwo, w końcu stają się one gotowe przystać na ryzyko mniejszej wolności”.

Madison zaś pisał: „Ze wszystkich wrogów wolności publicznej wojna jest chyba najbardziej godna podziwu, ponieważ zawiera i rozwija zalążek wszystkich pozostałych. Wojna jest matką armii; z jej powodu powstają długi i podatki; a armie, długi i podatki są znanymi narzędziami podporządkowywania mniejszości większości. Podczas wojny rozszerza się również dyskrecjonalna władza wykonawcza; jej wpływ na przyznawanie urzędów, zaszczytów i wynagrodzeń ulega zwielokrotnieniu; a wszelkie środki uwodzenia umysłów dochodzą do głosu w ujarzmianiu siły ludu. Ten sam złowrogi aspekt republikanizmu można dostrzec w nierównościach majątkowych i możliwościach oszustw, wynikających ze stanu wojny, oraz w degeneracji obyczajów i moralności, którą oba te czynniki wywołują. Żaden naród nie jest w stanie zachować wolności w obliczu ciągłych wojen”.

Fein twierdzi, że „ludzkość jednak naturalnie skłania się ku despotyzmowi władzy wykonawczej, naznaczonemu ciągłymi wojnami, aby uniknąć ciężaru samorządności i odpowiedzialności moralnej. Ludzkość woli chleb i igrzyska oraz łatwe obietnice nieba składane przez samozwańczych przywódców – religijnych, politycznych czy innych”.

Tymczasem amerykańska Deklaracja Niepodległości była „cudem”, ponieważ 56 sygnatariuszy chciało zabezpieczyć „niezbywalne prawa do życia, wolności i dążenia do szczęścia, zagwarantowane przez rząd za zgodą rządzonych. Potępili opodatkowanie bez reprezentacji. Proklamowali obowiązek obalenia tyranicznych rządów, aby ustanowić nowy rząd, opierając jego fundamenty na takich zasadach i organizując jego władzę w takiej formie, która wyda im się najbardziej odpowiednia do zapewnienia im bezpieczeństwa i szczęścia. Sygnatariusze byli historyczną aberracją. Byli elitarnymi, wykształconymi przywódcami intelektualnymi, którzy padli ofiarą nieograniczonej władzy wykonawczej. Mogli ograć brytyjską klasę rządzącą (…), ale „w przeciwieństwie do typowych socjopatycznych, narcystycznych polityków, 56 osób pragnęło przekazać potomności wolność, swobodę i godność dla wszystkich, ryzykując i całkowicie się poświęcając”.

Konstytucja, która w dużej mierze jest dziełem Madisona, chroniła niezbywalne prawa jednostki nie tylko poprzez podział władzy, Kartę Praw, ale przede wszystkim powierzając kwestię decydowania o wojnie Kongresowi, aby zapobiec wywoływaniu bezsensownych batalii imperialnych.

To się jednak zmieniło w 1898 r., gdy Stany Zjednoczone stały się gospodarczą i przemysłową super potęgą, włączając się w imperialny wyścig o kolonie. To wtedy miało zabraknąć „elity filozoficznej i intelektualnej”, która mogłaby zastąpić autorów Deklaracji i Konstytucji, i podtrzymać ich mądrość. „Prezydent William McKinley oraz zastępca sekretarza marynarki wojennej Theodore Roosevelt byli politycznymi nowicjuszami w porównaniu z George’em Washingtonem, Johnem Adamsem, Thomasem Jeffersonem i Jamesem Madisonem. W tym pamiętnym roku Stany Zjednoczone zawarły pakt faustowski: porzuciły wolność i możliwość marszu na własną rękę ku chwale narodu na rzecz amerykańskiego imperium, dominującego nad światem siłą militarną. W ten sposób Hawaje zostały zaanektowane, a wojna amerykańsko-hiszpańska doprowadziła do podboju Filipin, Guam i Portoryko; Kuba stała się de facto państwem satelitarnym; a kolejne militarne, niekonstytucyjne interwencje prezydenta miały miejsce w Panamie, Gwatemali, Nikaragui, Hondurasie, Meksyku, Republice Dominikańskiej i na Haiti. Reszta to już historia. Od tamtej pory nieograniczone uprawnienia konstytucyjne, w tym uprawnienia wojenne, stopniowo przechodziły z Kongresu na prezydenta, z niewielkim lub żadnym oporem społecznym lub kongresmenów. Prezydent jest teraz koronowany, mając większą nieograniczoną władzę nad obywatelami amerykańskimi niż Jerzy III nad amerykańskimi kolonistami, którzy sprowokowali rewolucję. Prezydent morduje przeciwników, niczym postać z Ojca Chrzestnego. Prezydent inicjuje bezsensowne wojny. Prezydent wydaje lub odmawia wydania funduszy przyznanych przez Kongres. Prezydent wybiera i decyduje, które prawa egzekwować i inicjuje błahe oskarżenia lub zemstę na politycznych przeciwnikach. Prezydent działa w tajemnicy. Prezydent prowadzi inwigilację jeszcze niewinnych, łamiąc tym samym Czwartą Poprawkę. Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych postawił prezydenta ponad prawem w sprawie Trump przeciwko Stanom Zjednoczonym (2024). Analfabetyzm konstytucyjny wśród rządzących i rządzonych jest epidemią” – ponuro ocenia obecny stan rządów w USA były prokurator.

Fein twierdzi, że USA „przekroczyły punkt krytyczny”. I o ile Deklaracja oraz Konstytucja były „szczytowym osiągnięciem cywilizacji – pokoju, wolności i dobrobytu, pomimo ich mrocznej strony, czyli niewolnictwa, wykluczenia kobiet, ucisku mniejszości religijnych i straszliwego znęcania się nad rdzennymi Amerykanami”, to „system amerykański był cudem, który przezwyciężył nienasycone żądze ludzkiej natury, by rządzić, mieć władzę, bogactwo, seks, sławę, mieć wygodną egzystencję i pewność w obliczu nieokreśloności”.

Ameryka to „niedokończony projekt”

Jeszcze inni komentatorzy związani z Harvard University, którzy napisali ponad 60 esejów w związku z 250 rocznicą powstania USA, uważają, że Ameryka to wciąż „niedokończony projekt”. Nawiązując do słów Abrahama Lincolna wypowiedzianych w Getysburgu w 1863 r. w których prezydent wezwał rodaków do kontynuowania „niedokończonego dzieła” budowy kraju opartego na zasadach wolności i równości, profesorowie prestiżowej uczelni Ligii Bluszczowej w zbiorze America Unfinished: 250 Years of Law and Governance [„Ameryka niedokończona: 250 lat prawa i rządów”], koncentrują się na wyzwaniach związanych z prawem i zarządzaniem, kwestii tego, czym jest naród i co go spaja oraz na demokracji i sporach dzielących Amerykanów.

Oddanie czemuś większemu

Greg Jackson z „Time’a” [America: Success or Failure? Both!, tłum. „Ameryka: sukces czy porażka? Jedno i drugie!”] uważa, że „uznanie dwoistej natury przeszłości narodu nie umniejsza znaczenia jego trwałości. W rzeczywistości, przyznanie się do najgorszych błędów w historii pokazuje, co możemy przezwyciężyć” – zaznacza.

Autor przypomniał, że te spory, z którymi obecnie mamy do czynienia, nie są czymś nadzwyczajnym i wiele nieporozumień miało miejsce także pośród „ojców założycieli”. Przytoczył „sceny grozy” z 1812 roku w stanie Maryland, gdzie doszło do poważnego sporu między zwolennikami Jeffersona a federalistami. „Więc może – posłuchajcie – można śmiało powiedzieć, że nasi przodkowie nie byli lepsi w demokracji od nas”, komentował. Jak dodał, praktycznie co cztery lata w kraju mówi się – i to jest już „stała tradycja” – o „najgorszych wyborach w historii”. „Czy nasze ostatnie wybory są naprawdę gorsze niż te z 1828 r., kiedy to błyskotliwy, choć nudny mieszkaniec Nowej Anglii, John Quincy Adams, podobno zdobywał amerykańskie dziewczyny dla rosyjskiego cara? Gazety nazywały JQA – prezydenta Stanów Zjednoczonych! – alfonsem koalicji. Tymczasem jego polityczny przeciwnik i zwycięzca wyborów, Andrew Jackson, prawdopodobnie stracił żonę z powodu zniesławienia: wkrótce po przeczytaniu przewrotnych wersji jej romantycznej przeszłości doznała śmiertelnego zawału serca” – czytamy.

Równie wstrząsające były okoliczności glosowania prezydenckiego w 1876 r., gdy „cztery stany oddały wiele zestawów głosów elektorskich – nie wspominając już o przemocy i morderstwach demokratów na czarnoskórych wyborcach na południu; fałszowanie głosów, czego dowodem była matematycznie niemożliwa 101-procentowa frekwencja wyborcza w Karolinie Południowej; próby przekupstwa; wzywanie do wojny domowej i skorumpowane komisje wyborcze. Nawet po tym, jak Kongres zorientował się, co zrobić z wieloma, konkurującymi głosami elektorskimi z czterech stanów, wątpliwości pozostały. Prawnik Partii Demokratycznej, Jeremiah Black był święcie przekonany, że republika nigdy się nie podniesie (…). Według niego: nigdy nie możemy oczekiwać czegoś takiego jak uczciwe wybory. Ale oto rzeczywistość: większość Amerykanów dzisiaj nawet nie wie, co wydarzyło się w tamtych wyborach. Nawet dobrze wykształceni, zorientowani wyborcy. Tak bardzo na radarze niknie to, co kiedyś wydawało się przerażającym upadkiem z klifu demokracji. Moglibyśmy odczytać te dawne niedociągnięcia jako porażkę – jako nic innego jak amerykańską hipokryzję. Ale widzę triumf nad najgorszymi stronami ludzkiej natury. Widzę, jak kraj raz po raz wybiera unię, naprawiając relacje, odnawiając nasze zaangażowanie w najlepsze ideały i nie pozwalając umrzeć lepszym aniołom naszej natury”.

Autor wierzy, że w obliczu obecnej polaryzacji znowu zwycięży „miłość, więź i oddanie czemuś większemu”.

Potrzeba odnowy i ochrony wolności

Chuck DeFeo z „National Review” [America’s 250th Is a Time for Truth, tłum. „250. rocznica urodzin Ameryki to czas prawdy”] uważa, że potrzeba odnowy, gdyż „wspaniały naród”, który powstał przed 250 laty może nie zachować tego, czego już nie rozumie. „Jeśli chcemy celebrować amerykańskie korzenie, musimy zrobić coś więcej niż tylko je podziwiać. Musimy odzyskać zasady, bronić ich i stosować do wyzwań naszych czasów”.

Co zatem trzeba chronić? Wolność, która „nie jest darem od państwa”, lecz je poprzedza. „Rząd istnieje po to, by ją chronić”. Sam „amerykański eksperyment” opiera się na idei, że „ludzie są zdolni do samorządności, ale tylko wtedy, gdy władza jest ograniczona, a wolność chroniona”. Doskonale to miał rozumieć George Washington, który w swoim przemówieniu pożegnalnym nazwał unię „głównym filarem wolności”. Umiłowanie jej powinno wzmacniać miłość do ojczyzny, a miłość do ojczyzny powinna pogłębiać determinację w celu zachowaniu instytucji, które umożliwiają pielęgnowanie wolności.

Nowe społeczeństwo polityczne dzięki wolności prasy

Liberał Paul Star na łamach „The American Prospect” [How Liberals and Progressives Should Celebrate America’s 250th, tłum. „Jak liberałowie i postępowcy powinni świętować 250. rocznicę powstania Ameryki”] uważa, że świętowanie 250-lecia Deklaracji Niepodległości to z jednej strony „najgorszy rok – i idealny moment – ​​na upamiętnienie rewolucji amerykańskiej”. Rocznica przypada „w momencie politycznym całkowicie sprzecznym z samą Deklaracją. Nasz przywódca to niedoszły król, odpowiedzialny za długi ciąg nadużyć i uzurpacji, dążący niezmiennie do tego samego celu, a mianowicie do własnej władzy i chwały, które myli z narodowymi. Neorojalista to trafne określenie jego prezydentury i postawy wobec świata. Donald Trump tak dogłębnie zawłaszczył i zdegradował obchody 250. rocznicy, że liberałowie i postępowcy mogą chcieć nie mieć z nimi nic wspólnego. Ale to błąd. Właśnie dlatego, że Ameryka tak bardzo odeszła od swojego dziedzictwa założycielskiego, jest to idealny moment, aby świętować, zastanowić się nad naszym rewolucyjnym początkiem i uświadomić sobie, co rewolucja osiągnęła, a czego nie”.

Zdaniem Starra – w przeciwieństwie do opinii konserwatystów, którzy argumentują, że celem rewolucji było jedynie przywrócenie tradycyjnych brytyjskich wolności i w przeciwieństwie do lewicowców, którzy utrzymują, że zmieniła ona jedynie formę rządu, pozostawiając niewolnictwo i pogłębiając nierówności społeczne – rewolucja „zapoczątkowała radykalne zmiany zarówno w życiu społecznym, jak i w rządzie”. I to właśnie powinni celebrować liberałowie i postępowcy.

Jego zdaniem, „zamiast społeczeństwa podzielonego według odziedziczonej pozycji, Ameryka, która wyłoniła się z rewolucji poza Południem, była niezwykle płynna i otwarta na mobilność”.

Stany Zjednoczone tworzyli w połowie ludzie prawnie ubezwłasnowolnieni: niewolnicy, jak i skazańcy. Wraz z rewolucją zaczęli oni „obalać podstawy podporządkowania społecznego”. Wood w książce Radicalism of the American Revolution pisał, że „zanim rewolucja dobiegła końca na początku XIX wieku, społeczeństwo amerykańskie uległo radykalnej i gruntownej transformacji”.

Zamiast społeczeństwa podzielonego według odziedziczonego statusu społecznego, poza Południem, wyłoniła się nowa społeczność niezwykle energiczna i ambitna, o której pisał francuski arystokrata, który odwiedził Amerykę w latach 1831–1832, Alexis de Tocqueville. Był on pod wielkim wrażeniem aktywności obywatelskiej w niemal każdej sferze, od polityki przez gospodarkę po działalność społeczną.

Kształtująca się dopiero co „demokracja zdroworozsądkowa”, rozwijająca się opinia publiczna, a nade wszystko rozwijające się środki komunikacji wspierane od 1792 roku przez Kongres, który dotował dystrybucję gazet, wprowadzając niskie opłaty pocztowe i dając drukarzom prawo do bezpłatnej wymiany egzemplarzy, to jest to, co powinno być celebrowane dzisiaj.

Stany Zjednoczone rozbudowały drogi i urzędy pocztowe w miastach i wsiach, umożliwiając ludziom nadążanie za wiadomościami.

Ameryka dziś powinna celebrować rozwój nowego społeczeństwa politycznego dzięki prasie, ożywienie życia publicznego i polityki, coś co nie miało miejsca chociażby w sąsiedniej Kanadzie, która nie przyłączyła się do rewolucji.

„Deklaracja Niepodległości Stanów Zjednoczonych sformułowała inną moralną teorię rządzenia: Rządy są ustanawiane wśród ludzi, czerpiąc swoją sprawiedliwą władzę ze zgody rządzonych, aby zabezpieczyć niezbywalne prawa ludzi, w tym życie, wolność i dążenie do szczęścia” – przypomina autor.

Dziś lewicowcy i progresiści powinni dokończyć „amerykański projekt” wypełniając obietnice i przezwyciężając sprzeczności, walcząc z uzurpacją władzy wykonawczej, z jej prywatyzacją i zabiegając o równość, aby mogła kwitnąć wolność.

Amerykanie o Ameryce

Wezwanie do „dokończenia projektu” czy odnowienia Ameryki w oparciu o zasady założycielskie koresponduje z opiniami samych mieszkańców na temat sposobu funkcjonowania Stanów Zjednoczonych po 250 latach od ich powstania.

Stacja CNN przywołała ostatnio szereg różnych sondaży. Według Gallupa, ponad trzy czwarte Amerykanów (77 procent) uważa, że ​​„ojcowie założyciele” byliby dziś rozczarowani Stanami Zjednoczonymi.

Gallup, który bada nastroje od 1999 r., wskazuje, że najnowszy sondaż jest jak dotąd najbardziej pesymistyczny. Ma panować „powszechne niezadowolenie z obecnego stanu kraju”.

Sondaż AP–NORC wykazał, że opinia publiczna niemal jednomyślnie utrzymuje, iż prawa do głosowania i wolność słowa to kluczowe osiągniecia republiki, niezwykle ważne dla tożsamości narodowej. Co ciekawe, nieco mniej niż połowa – w tym większość Demokratów – uważa dziś, że ​​wolność słowa stoi przed poważnym wyzwaniem.

Z sondażu dla NBC wynika, że zaledwie 38 proc. dorosłych Amerykanów deklaruje przekonanie, iż najlepsze lata kraj wciąż ma przed sobą, w porównaniu z 45 proc. w badaniu z 1990 r. 78 proc. dorosłych Amerykanów twierdzi, że osiągnięcie amerykańskiego snu jest teraz trudniejsze niż pokolenie temu.

Z sondażu Ipsos przeprowadzonego na początku tego roku wynika, że ​​połowa dorosłych Amerykanów, w tym większość osób w wieku 45 lat i starszych, stwierdziła, że ​​bycie Amerykaninem to ważny element ich postrzegania samych siebie. Z kolei większość młodszych dorosłych stwierdziła, że ​​nie poświęcają temu zbyt wiele uwagi.

Z badań Pew Research Center wynika, że społeczeństwo amerykańskie radykalnie zmieniło się w ciągu ostatnich 50 lat. Populacja USA znacznie się zestarzała, a odsetek osób w wieku 65 lat i starszych prawie się podwoił. Kraj stał się również bardziej zróżnicowany rasowo i etnicznie, ponieważ coraz więcej osób identyfikuje się jako Azjaci lub Latynosi. Odsetek osób urodzonych za granicą w populacji wzrósł ponad trzykrotnie.

Amerykanie są również mniej skłonni do zawierania małżeństw niż kiedykolwiek wcześniej. Kobiety mają teraz znacznie więcej możliwości pracy poza domem niż w 1976 r., ale nie poprawiło to ich sytuacji na lepsze. Mają więcej obowiązków i mniej siły, by ogarniać coraz więcej rzeczy. Wzrostowi aktywności kobiet towarzyszy spadek aktywności zawodowej mężczyzn. Wyraźna jest także migracja Amerykanów do stanów południowych i zachodnich.

Zawierają oni małżeństwa i mają dzieci w późniejszym wieku niż kiedyś i coraz mniej Amerykanów decyduje się na zakładanie trwałych rodzin. Mniejszy odsetek dzieci mieszka z obojgiem rodziców pozostających w związku małżeńskim i większy odsetek populacji żyje w wielopokoleniowych gospodarstwach domowych.

Spadł wskaźnik dzietności, częściowo z powodu wprowadzenia pigułek antykoncepcyjnych, opóźnień w zawieraniu małżeństw i wzrostu zatrudnienia kobiet. Pięćdziesiąt lat temu Amerykanki rodziły średnio około troje dzieci, a od 1990 r. liczba ta oscylowała wokół dwójki.

Radykalnie skurczyła się klasa średnia. Coraz większy odsetek dorosłych należy do klasy niższej.

Z sondażu Reuters/Ipsos wynika, że 38 procent wypytywanych nie wierzy, iż Stany Zjednoczone będą istnieć za 250 lat. 30 procent respondentów uznaje Stany Zjednoczone za najlepszy kraj na świecie – spadek w porównaniu z 38 proc. indagowanych, którzy tak uważali w 2017 roku. 48 procent Amerykanów wciąż wierzy, że USA to znakomity kraj, a 13 proc. stwierdziło, iż Stany Zjednoczone nie są pod żadnym względem wspaniałe. 8 procent nie odpowiedziało na to pytanie lub miało wątpliwości.

W sondażu przeprowadzonym na początku czerwca przez Uniwersytet Quinnipiac ponad połowa Amerykanów stwierdziła, że ​​system demokratyczny nie działa w ich kraju. Prezydent Trump, sam będący postacią kontrowersyjną, uzyskał poparcie 40,3 proc. obywateli.

Historycy amerykańscy są podzieleni w ocenie kraju

Przeważająca część lewicowych historyków jest sfrustrowana, że Ameryka nie uporała się ze spuścizną rasizmu i innych form nierówności.

Liczni konserwatywni historycy krytykują tych pierwszych za ponurą wizję i dążenie do zniszczenia republiki, aby utorować miejsce jakiemuś wyimaginowanemu nowemu porządkowi. Proponują celebrowanie najlepszych cech kraju i traktowanie jego wad – w tym niewolnictwa i nierówności rasowych – jako przypadkowych i drugorzędnych. Akcentują kwestię praw natury.

Tę wersje propaguje także Biały Dom, który w serii filmów o początkach USA przypomina program nauczania Hillsdale College z 1776 r. Jego współczesny rektor, politolog Larry P. Arnn zauważył, że skoro Deklaracja Niepodległości stwierdza, że ​​„równość ludzi ma swoje korzenie w naturze rzeczy… spór o powstanie jest sporem o nasze rozumienie samych siebie i natury, a zatem i wszystkiego”.

Główny nurt historyków łączy narrację postępu z uznaniem krzywd i naciskiem na walkę o sprawiedliwość i równość. Dla nich Ameryka pozostaje „niedokończonym eksperymentem”, wciąż trzeba walczyć o prawa i wolności.

Niewątpliwie Amerykanie, podobnie jak inne współczesne narody zachodnie pozostają podzieleni, a pośród postępowców panuje paniczny strach przed „technomonarchią” i prywatyzacją władzy.

Przesłanie ewangeliczne i powrót do wolności religijnej

5 lipca Leon XIV ma przemówić do amerykańskich pielgrzymów na zakończenie Narodowej Pielgrzymki Eucharystycznej, którą zainicjowano w maju tego roku, aby szukać zasad jednoczących społeczeństwo amerykańskie.

Papież nie pojawi się w Stanach Zjednoczonych osobiście, lecz za pośrednictwem transmisji wideo. Ma mówić o jedności, pokoju i nadziei. Ma wspomnieć, że Chrystus w Eucharystii jest źródłem jedności i sercem misji Kościoła.

Dwa dni wcześniej Narodowe Centrum Konstytucji zamierza go uhonorować Medalem Wolności, dziękując za wieloletnią działalność na rzecz promowania wolności religijnej, sumienia i słowa na całym świecie, ideałów zapisanych przez „ojców założycieli” Ameryki w Pierwszej Poprawce do Konstytucji Stanów Zjednoczonych.

Czy urodzony w Chicago jako Robert Francis Prevost Jego Świątobliwość papież Leon XIV, którego dewiza biskupia brzmi: In Illo Uno Unum („W Tym, Który jest Jeden, jesteśmy jednością”) będzie miał taką siłę przebicia, że zdoła przekazać przesłanie, które pozwoli na odnowę narodu, inicjując nową erę historii amerykańskiej?

Louis de Bonald, analizując przyczyny upadku królestwa polskiego i Turcji, pisał niegdyś o fundamentalnej zasadzie każdego społeczeństwa, to jest o zasadzie jedności władzy (jednorodnej lub tej samej natury, niemożności łączenia np. monarchii z elekcyjnością) i potrzebie rządu. Zaznaczył jednocześnie, że „anarchia religijna poprzedza anarchię polityczną i podąża w ślad za nią”. Amerykanie, podobnie jak inne narody potrzebują odnowy życia moralnego, ale czy są gotowi na wcielenie wartości tak bardzo znienawidzonych przesz znaczną część społeczeństwa?

Niedawno Komisja ds. Wolności Religijnej zarekomendowała administracji Donalda Trumpa, by zamiast separować władzę świecką od religijnej budować mosty i zezwolić na szersze wyrażanie przekonań duchowych w przestrzeni publicznej. Komisja zaapelowała, by porzucić współczesną wersję zasady rozdziału obydwu sfer.

Organ doradczy prezydenta, powołany do życia w zeszłym roku i obsadzony niemal wyłącznie przez konserwatywnych chrześcijan, na czele którego stoi m.in. biskup Robert Barron, przygotował 224-stronicowy raport, będący dokumentem programowym. Postuluje się w nim, by przywrócić praktykowanie religii, które zostało w ostatnich latach „ograniczone na różne sposoby”.

Raport komisji eksponuje znaczenie wolności religijnej, która „pozostaje jednym z największych źródeł amerykańskiej siły”. Pozwala „chronić zarówno wierzących, jak i niewierzących”, „wzmacnia społeczności, wzbogaca życie obywatelskie i podnosi na duchu jednostki”.

Agnieszka Stelmach

 

Stelmach-Agnieszka_1024x1024.jpg
Autor:
Agnieszka Stelmach
Zróbmy to razem!
Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.
Wybierz kwotę: