Amerykanie wycofują swój korpus dyplomatyczny z Arabii Saudyjskiej

Tom Barrack .jpg
Specjalny wysłannik USA na Bliski Wschód Tom Barrack. Fot. Umit Bektas / Reuters / Forum

Stany Zjednoczone – w związku z eskalacją wojny koalicji pod wodzą Arabii Saudyjskiej przeciwko jemeńskim rebeliantom oraz ze względu na odwet Hutich – nakazały swoim dyplomatom i ich rodzinom natychmiast opuścić terytorium tego kraju. Na miejscu ma pozostać jedynie niezbędny personel. O nakazie poinformował rzecznik Departamentu Stanu.

Tommy Pigott zaprzeczył jednak, jakoby Waszyngton usuwał personel dyplomatyczny z całego regionu Bliskiego Wschodu. Wcześniej bowiem agencje prasowe donosiły o natychmiastowej ewakuacji amerykańskich dyplomatów ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Jordanii, Kataru i Bahrajnu.

Saudyjskie władze niemal codziennie donoszą o śmiertelnych atakach dronów. W środę wieczorem Urząd Lotnictwa Cywilnego poinformował o ataku na międzynarodowe lotnisko im. Króla Fahda w Dammamie. Jedna osoba zginęła, a osiem zostało rannych. Wcześniej, tego samego dnia dwie osoby zginęły, gdy obrona przeciwlotnicza przechwyciła drona wycelowanego w pole naftowe Shaybah należące do Saudi Aramco, poinformowało Ministerstwo Energii.

Zróbmy to razem!

Pigott podkreślił, że wspierani przez Iran Huti w Jemenie „coraz częściej angażują się w działania wojenne przeciwko Arabii Saudyjskiej”, w tym w ataki na lotniska cywilne, które spowodowały ofiary śmiertelne i „poważne utrudnienia w ruchu”.

Amerykanin dodał, że doniesienia o rzekomo wydanym zarządzeniu dotyczącym ewakuacji dyplomatów USA w całej Zatoce Perskiej są „nieprawdziwe”.

To wbrew temu, co twierdzą inni amerykańscy urzędnicy, którzy poinformowali agencję Reuters o tym, że misje w innych państwach Zatoki Perskiej również nakazały członkom rodzin opuścić te kraje.

Agencja AFP informowała, że stosowne nakazy otrzymały rodziny dyplomatów w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, Jordanii, Katarze i Bahrajnie. Jeszcze w niedzielę misja USA w Zjednoczonych Emiratach Arabskich ostrzegła, że działania wojenne „mogą gwałtownie eskalować poza obszar Arabii Saudyjskiej”.

Ambasada USA w Rijadzie wydała w środę ostrzeżenie o bezpieczeństwie, ostrzegając przed możliwymi kolejnymi atakami Hutich. Waszyngton ma obawiać się utworzenia kolejnego frontu w regionalnym konflikcie, który sparaliżował globalny handel energią i zaszkodził gospodarkom Zatoki Perskiej.

O pomoc w walce z jemeńskimi bojownikami saudyjski władca zabiega w różnych krajach, w tym między innymi w Egipcie. Tamtejszy prezydent Abd el-Fatah es-Sisi na razie zapowiada ograniczone wsparcie, jedynie do obrony terytorium i granic królestwa. Nie chce atakować Jemenu, poinformował w środę szef egipskiej dyplomacji.

W środę egipski minister spraw zagranicznych Badra Abdelatti spotkał się z szefem wywiadu Arabii Saudyjskiej Hassanem Raszadą i z saudyjskim następcą tronu, księciem Mohammedem bin Salmanem w Rijadzie.

Abdelatti przekazał królowi Salmanowi pisemne przesłanie od Sisiego. Jakiekolwiek wsparcie militarne Egiptu dla Arabii Saudyjskiej może oznaczać znaczną eskalację szerszego konfliktu na Bliskim Wschodzie.

W poniedziałek parlament Egiptu odroczył do 26 października głosowanie w sprawie upoważnienia sił zbrojnych do wsparcia Arabii Saudyjskiej.

W ostatnich tygodniach zaostrzyły się walki między koalicją pod przywództwem Arabii Saudyjskiej – która wspiera marionetkowy rząd Jemenu, uznawany przez społeczność międzynarodową – a bojownikami Huti, kontrolującymi stolicę Sanę i znaczną część północy kraju. To otwarcie kolejnego frontu w wojnie USA i Izraela z Iranem.

Egipt i Arabia Saudyjska są bliskimi partnerami strategicznymi i gospodarczymi. Arabia Saudyjska i inne państwa Zatoki Perskiej, w tym Zjednoczone Emiraty Arabskie, przekazały Kairowi ogromną pomoc po wojskowym obaleniu islamistycznego prezydenta Mohammeda Mursiego w 2013 roku.

Obecnie koalicja pod wodzą Arabii Saudyjskiej intensyfikuje ataki na Hutich w Jemenie. Jeszcze kilka tygodni temu prezydent USA mówił, że również Stany Zjednoczone mogłyby się przyłączyć od kontrofensywy. Jednak, ostatnio wysłannik Waszyngtonu stwierdził, że interwencja lądowa w Jemenie „wydaje się bezcelowa”.

Tom Barrack mówił we wtorek, że USA zapewnia wsparcie logistyczne Arabii Saudyjskiej, ale ich lądowa interwencja w konflikcie z udziałem jemeńskich Hutich „wydaje się bezcelowa”.

Przemawiając na Globalnym Forum Bezpieczeństwa w Dosze, Barrack, który pełni funkcję ambasadora USA w Turcji i specjalnego wysłannika prezydenta ds. Syrii i Iraku, zaapelował do krajów Bliskiego Wschodu o nawiązywanie sojuszy regionalnych, zamiast polegania na Waszyngtonie w rozwiązywaniu swoich problemów.

Zaznaczył, że Stany Zjednoczone na nowo definiują swoją rolę na Bliskim Wschodzie, odchodząc od bezpośredniej kontroli i interwencji na rzecz wspierania krajów regionu w zarządzaniu ich własnym bezpieczeństwem.

Zapewnił, że Ameryka nie porzuca swoich partnerów, ale nie można już oczekiwać, że rozwiąże każdy konflikt regionalny.

Opowiada się on za negocjacjami z jemeńskimi rebeliantami z pomocą regionalnych mediatorów, a nie eskalacją wojny. Zapewnił, że USA dążą do pokojowego porozumienia z Teheranem. Wskazał na wysiłki podejmowane przez Katar, Oman, Pakistan i Szwajcarię, stwierdzając, że brak zaufania między Waszyngtonem a irańskim Korpusem Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC) pozostaje główną przeszkodą w zawarciu porozumienia.

Chce jednak, by zmodyfikowana wersja porozumienia z Islamabadu stanowiła podstawę do wznowienia negocjacji, w tym w sprawie zawieszenia broni, ponownego otwarcia szlaków morskich i środków mających na celu złagodzenie presji ekonomicznej na Irańczyków.

Mówił, że przyszłość polityczna Iranu powinna być określana przez samych jego mieszkańców, a nie poprzez narzucone z zewnątrz zmiany reżimu, które zwykle kończą się niepowodzeniem. – Za każdym razem, gdy próbujemy interweniować, zmienić osobę lub reżim, wydaje się, że to był błąd – mówił.

Wskazał, że Stany Zjednoczone były zaangażowane w aż 23 próby zmiany reżimów na całym Bliskim Wschodzie i żadna z nich nie przyniosła zamierzonych rezultatów.

Barrack nie chciał potwierdzić, że rozpoczęcie wojny z Iranem było błędem. Ale przyznał, że konflikt wywołał niezamierzone konsekwencje na całym Bliskim Wschodzie i poza nim. Teraz administracja – jego zdaniem – nie chce już, by wojna trwała.

Źródła: thenationalnews.com, aa.com.tr

AS

 

 

 

Zróbmy to razem!
Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.
Wybierz kwotę: