Bogdan Dobosz: Czy „porządek” zapanuje we Francji?

16 września 1831 roku minister spraw zagranicznych Francji, Horace Sebastiani, wypowiedział w francuskiej Izbie Deputowanych słynne zdanie: „L'ordre règne à Varsovie” („Porządek panuje w Warszawie”), informując o zdobyciu miasta przez wojska rosyjskie i stłumieniu powstania listopadowego. Po latach podobne słowa - „Porządek został utrzymany” – wygłosił Emmanuel Macron przed ratuszem w Marsylii, zaraz po serii ostrych protestów społecznych w jego kraju. Wygłosił jednak słowa nie do końca prawdziwe, bo zapowiadane są kolejne „akty” protestów, a sytuacja jest daleka od opanowania.
Ciężko sobie na to zapracowali
Francja na obecną sytuację zapracowała sobie przez lata. Podawane np. w Polsce informacje na ten temat są mocno upraszczane. Na prawicy, winą obarcza się masową imigrację, oficjalne media podkreślają głównie, że chodzi o postulaty socjalne uczniów i pewien bunt pokoleniowy. Podobnie we Francji. Tamtejsze media mówią o „buncie pokolenia Z” i rozciągają sytuację na całą Europę. W rzeczywistości jest tu kilka wektorów powstawania niemal przedrewolucyjnej sytuacji.
Rozruchy i „akty” protestu zaczęły się rzeczywiście od spraw socjalnych, systemu rekrutacji na studia, niedoinwestowania szkół, ale była to tylko iskra rozpalająca beczkę prochu naładowaną całym zestawem innych problemów.
Punkt pierwszy to polityka i wybory prezydenckie. Dla lewicy to poligon doświadczalny przed buntem w przypadku wygranej Marine Le Pen, pokaz siły i próba zastraszenia wyborców konsekwencjami prezydentury kandydatki Zjednoczenia Narodowego. Przy okazji jest to promocja jej rywala ze skrajnej lewicy – Jeana-Luca Melenchona, który ma szansę przejść do drugiej tury wyborów.
Kolejny element sytuacji to imigracja, w przypadku której „ilość przeszła w jakość”. Francja pozbawiona narzędzi integracji, z których najważniejsza była właśnie szkoła, wychowała sobie kolejne pokolenia przybyszów nieutożsamiających się z krajem, w którym żyją, nastawionych roszczeniowo, czasami nienawidzących państwa i jego przedstawicieli, zwłaszcza policji. Swój wkład ma tu obcy kulturowo islam, pozostający w pewnym konflikcie z deklarującą laicyzm Republiką i walczący o rząd dusz imigranckiej młodzieży, zwłaszcza w tzw. „strefach bezprawia”. Widok owiniętych flagami Algierii, czy wymachujących flagami Palestyny protestujących młodych ludzi jest tylko ilustracją ich rzeczywistych postaw.
Francja przez lata przerabiała na „Francuzów” migrantów, m.in. dzięki służbie wojskowej i edukacji. Ta pierwsza przestała być obowiązkowa, a w przypadku szkoły z programami i zasadami wychowania wyznaczanymi przez lewicowe idee, utraciła zdolności integracyjne. Dochodzi do tego mocno uzwiązkowiona i lewicowa, a czasami po prostu zastraszana kadra nauczycielska.
Wpływ na sytuację mają też historyczne doświadczenia Francji, gdzie to „ulica” załatwia problemy. Francuzów przyzwyczajono, że masowe protesty mają sprawczość i realny wpływ na ostateczne decyzje rządu. Jest wreszcie wpływ skrajnej lewicy, której idee okazują się modne wśród młodzieży. Widok czerwonych flag z sierpem i młotem na manifestacjach specjalnie nie dziwi. Nad Sekwaną dobrze się mają wśród młodego pokolenia - komuniści, trockiści, anarchiści, antyrasiści, antykolonialiści… Swoje zrobiły m.in. tu opanowane przez lewicę telewizja, film, sztuka, pop-kultura.
Warto zwrócić uwagę, że po raz pierwszy w październikowych zamieszkach doszło do sojuszu skrajnej lewicy i chuliganów z „gorących przedmieść”. Aktywiści Antify rozbijali witryny sklepów, które z ochotą rabowała później „różnorodna młodzież”. Jeden z francuskich publicystów zwrócił uwagę, że w „gorący wieczór”, w 11. dzielnicy Paryża witryny sklepowe były rozbijane jedna po drugiej, a tylko jedna księgarnia pozostała nietknięta pośród zrujnowanych sklepów. Księgarz siedział za witryną z tabliczką z napisem „Witamy”, ale jakoś nikt do jego sklepu nie wchodził. W Nantes włamano się do magazynu Fnac na Place du Commerce, złodzieje wychodzili z rękami pełnymi telefonów i komputerów, ale nie ukradziono ani jednej… książki. To mały przyczynek do zrozumienia popularności idei lewicowych wśród młodzieży, bowiem akurat wiedza na tego typu propagandę akurat uodparnia.
Zrozumienie genezy październikowych zamieszek to także ekonomia. Utrzymanie socjalnego modelu państwa w obliczu zadłużenia kraju okazuje się już niemożliwe. Dochodzą do tego rosnące koszty życia, także cen paliw i żywności. Pauperyzacja społeczeństwa to zawsze żyzna gleba dla wszczęcia rozruchów. Na ulice wychodzi więc nie tylko młodzież, ale też trochę zapomniane „żółte kamizelki”, związkowcy, czy niektóre grupy zawodowe. W sumie mieszanka podwójnie wybuchowa.
Tradycyjna strategia władzy
Francja przeżywała już różne fale protestów, a władze reagują dość typowo na przeczekanie, wyczerpanie i osłabienie manifestacji. Nikt nie ma jednak wątpliwości, że może to być tylko odłożenie kolejnego buntu w czasie. Macron oznajmił, że będą „wyznaczane trasy mobilizacji poza centrami miast”, wprowadzono zakazy demonstracji na niektórych obszarach miast, czy godzinę policyjną dla nieletnich. Senat rozpoczął debatę nad projektem ustawy „zapłaty za zamieszki”, która przewiduje zapisy dotyczące zbiorowej odpowiedzialności wichrzycieli i odbierania świadczeń socjalnych.
Jest też „marchewka”. „Zwróciłem się do rządu z prośbą o odpowiedź na uzasadnione żądania leżące u podstaw tego ruchu społecznego” - oznajmił prezydent, licząc też na negocjacje.
Zapowiedziano reformę Parcoursup, czyli systemu rekrutacji na studia. Jednak w ostatnich dekadach liczba studentów stale rosła, z 1,1 miliona w 1980 roku do 2,1 miliona w 2000 roku, a następnie do 2,3 miliona w 2010 roku. W 2025 roku przewidziano już, że 3 miliony studentów będzie podejmować studia wyższe na wszystkich latach studiów i kierunkach, zarówno w instytucjach publicznych, jak i prywatnych. Rząd obiecuje też większe nakłady i inwestycje na szkoły średnie. Zapowiedziano utworzenie dodatkowych etatów nauczycielskich, odłożono cięcia etatów w publicznym szkolnictwie średnim, zapowiedziano utworzenie 10 000 dodatkowych miejsc w dwuletnich programach kształcenia zawodowego (BTS), a rząd przeznaczy miliard euro na remonty uniwersytetów. Na początek roku szkolnego 2027 planowana jest gruntowna zmiana planów lekcji, z gwarancją co najmniej godzinnej przerwy obiadowej dla wszystkich uczniów szkół średnich. Ma to stępić zwłaszcza ostrze protestów uczniowskich.
Kontrola nad ulicami, ale nie sytuacją
Komentarze medialne mówią, że „z perspektywy bezpieczeństwa państwo odzyskało kontrolę nad ulicami, ale nie nad sytuacją”. Zdecydowana postawa i działania prewencyjne organów ścigania pomogły ograniczyć przemoc 24 października, która nie powtórzyła się w skali z poprzedniego tygodnia. Po demonstracjach Francja wydaje się jednak być uwięziona w sieci nagromadzonego gniewu społecznego, żądań politycznych i nieufności do rządu oraz przede wszystkim do prezydenta Macrona, który kończy swoją drugą kadencję z rekordową niepopularnością. Do tego dochodzi polaryzacja i podział społeczeństwa, które chyba od 1968 roku nie były nigdy na tak wysokim poziomie. Przed przyszłorocznymi wyborami to niezbyt dobra perspektywa, grożąca wręcz perspektywą wojny domowej.
Demolowanie miast wzbudziło gniew społeczny drugiej strony. Według Ministerstwa Spraw Wewnętrznych ataki „skrajnej prawicy” na lewicowych demonstrantów miały miejsce w Nicei, Montpellier, Nancy i około dziesięciu innych miastach. „W mediach społecznościowych pojawiły się apele od licznych grup skrajnie prawicowych, osób z ruchu tożsamościowego, a także nacjonalistów, którzy chcieli wkroczyć do centrów miast, aby chronić firmy podczas sobotniej mobilizacji społecznej, co zostało wykryte przez służby bezpieczeństwa – oznajmił MSW Laurent Nuñez. Przedstawiciele partii LFI (La France Insoumise - Zbuntowana Francja) oskarżali nawet policję, że tolerowała, a nawet „chroniła faszystów”. „Tak, policja zabija. Tak, policja chroniła skrajnie prawicowe milicje w ten weekend. Tak, przemoc i rasizm ze strony policji są systemowe. Czas przywrócić policję Republice” - grzmiał deputowany La France Insoumise, Thomas Portes.
W rzeczywistości skala grabieży z 17 października wywołała po prostu reakcje obronne i inicjatywy obywatelskie w kilku francuskich miastach. W Paryżu studencki kolektyw Paris Debout! (Paryżu powstań) zaproponował pokojową straż obywateli przed sklepami, „aby żaden sklepikarz nie został pozostawiony samemu sobie, narażony na ryzyko dalszych zniszczeń i grabieży”. Także stowarzyszenie podatników Contribuables Associés organizowało mobilizację społeczną na rzecz właścicieli sklepów.
W Tarbes (region Oksytanii) stowarzyszenie kupców Tellement Tarbes również apelowało o ochronę przedsiębiorstw i do gromadzenia się przed swoimi lokalami. Na znak solidarności zachęcano do noszenia czarnych opasek lub ubrań w tym kolorze, aby okazać wsparcie firmom, których sklepy zostały zdewastowane lub splądrowane. To tylko niektóre przykłady kontr-mobilizacji. W tym kontekście nagłaśnia się jednak głównie przypadek zdestabilizowanego mieszkańca Plaisir, który udał się do pobliskiego miasta Trappes przypominającego miasta w Północnej Afryce i otworzył tam ogień z zabytkowego Stena do mieszkańców...
Stare metody, nowa sytuacja
„Dzisiaj utrzymujemy Republikę i porządek publiczny bez wprowadzenia stanu wyjątkowego” – oświadczył szef państwa, ale pozostaje pytanie – na jak długo? „Oczekuje się, że wybuchy przemocy będą się powtarzać ze zwiększoną częstotliwością i intensywnością” – oświadczył np. Pierre Brochand, były szef DGSE, czyli Generalnej Dyrekcji Bezpieczeństwa Zewnętrznego i trudno tej analizy nie podzielić. Brochand uznał za niebezpieczny zwłaszcza sojusz między skrajną lewicą a młodymi ludźmi z „wrażliwych dzielnic” i zachodzące tam zmiany demograficzne.
Na razie można przewidzieć uspokojenie sytuacji. Już 24 października mobilizacja była mniejsza od oczekiwanej. Związek CGT szacował liczbę uczestników na 800 000 osób, policja na 410 000. Protest był też znacznie spokojniejszy niż demonstracje z 17 października.
To będą wyjątkowe wybory prezydenckie
Zamieszki we Francji trzeba rozpatrywać jednak w perspektywie wyborów w 2027 roku. Przymiarką były tu m.in. protesty przeciw Kongresowi Zjednoczenia Narodowego (RN) w Orleanie. Założono tu nawet „wioskę antyfaszystowską”. Mer Saint-Denis, Bally Bagayoko, który stał się symbolem „nowej Francji”, usprawiedliwiał tam m.in. grabieże dokonywane 17 października, powołując się na… „francuskie grabieże z okresu kolonialnego”. Na protest ściągano też z Paryża autokarami nielegalnych migrantów. Trzy takie autobusy zawrócono do Paryża, bo ich pasażerowie nie chcieli się poddać kontroli dokumentów. Autokary wynajęły im związki zawodowe i lewackie stowarzyszenia. W Orleanie skandowano - „Ulica należy do nas, z dokumentami czy bez”, domagano się też „papierów” dla nielegalnych imigrantów. To niemal poszerzanie „bazy rewolucji”.
Wspomniany Bally Bagayoko krytykował Emmanuela Macrona, że ten „niewystarczająco zwalczał wzrost obozu nacjonalistycznego podczas swoich dwóch kadencji” i dodał - „Jesteśmy rozwiązaniem, a nie problemem”. Bally Bagayoko wspomniał o swoim francuskim obywatelstwie, malijskim pochodzeniu i muzułmańskiej religii oraz o... „przywiązaniu do wartości republikańskich”.
Demonstracja w Orleanie zgromadziła związki zawodowe i różne ugrupowania lewicowe, od Partii Socjalistycznej, przez komunistów, Nową Partię Antykapitalistyczną, po La France Insoumise. Jednak zgromadzony w „wiosce antyfaszystowskiej” tłum wygwizdywał np. zbyt „umiarkowanych” socjalistów, a z aplauzem reagował właśnie na wypowiedzi mera Saint-Denis. Poziom radykalizacji lewicy pokazuje, że „porządek” we Francji jest naprawdę dość względny.
Bogdan Dobosz







