Bruksela i zabójczy kurs dla europejskiej gospodarki. Zbliża się przegląd systemu ETS

W połowie lipca Komisja Europejska zadecyduje, czy UE dalej będzie zaostrzała swoją politykę klimatyczną, dążąc do szybkiej dekarbonizacji gospodarki, czy też nieco ją złagodzi. Wtedy bowiem Bruksela dokona przeglądu funkcjonowania systemu handlu emisjami (ETS), dostosowując go do ambitnych celów klimatycznych wyznaczonych na 2040 roku. Niestety, wszystko wskazuje na to, że nie będzie odejścia od transformacji, która – jak szacuje think tank Bruegel – najbardziej dotkliwa z całej UE okaże się dla polskiego społeczeństwa. Eurokraci z KE szykują się do stoczenia „życiowej batalii”.
W miarę jak zbliża się przełomowy przegląd unijnego systemu handlu emisjami, narastają napięcia między państwami członkowskimi w sprawie jego wpływu na ceny energii, konkurencyjność przemysłu i obciążenie dla obywateli w poszczególnych krajach.
W połowie lipca KE ma dokonać oceny systemu handlu emisjami (ETS, od ang. Emissions Trading System) i unijnego mechanizmu Rezerwy Stabilności Rynkowej (MSR, od ang. Market Stability Reserve), regulującego liczbę uprawnień do emisji dwutlenku węgla w systemie EU ETS.
Dla eurokratów kwestią zasadniczą nie jest to, czy w ogóle zrezygnować z forsowania zgubnej polityki klimatycznej, która prowadzi do zwijania przemysłu europejskiego i coraz mniejszego udziału tutejszej gospodarki w wytwarzaniu globalnego PKB, a przez to do ubożenia społeczeństwa naszego kontynentu i stałej utraty jego wpływu na sprawy światowe. Bruksela rozważa raczej, jak daleko może jeszcze się posunąć, windując ceny emisji dwutlenku węgla i rozszerzając spekulacyjny rynek handlu emisjami o nowe sektory gospodarki oraz nowe gazy.
Nie wszyscy przedsiębiorcy są przeciwnikami ETS. Ci, którzy skorzystali z różnych dotacji i położyli nacisk na dekarbonizację znacznie wcześniej, albo też przeszli do innej branży zaznaczają, że nie mogą popierać właścicieli firm opowiadających się za zawieszeniem funkcjonowania systemu ETS. Wskazywałoby to bowiem na fakt, że dokonali bezsensownych i kosztownych przekształceń, a poniesione przez nich nakłady nie byłyby uzasadnione.
EU ETS to filar polityki klimatycznej
System EU ETS jest głównym narzędziem UE w zakresie dekarbonizacji całej gospodarki. De facto jest to filar europejskiej polityki klimatycznej, zaprojektowany w celu pozbycia się/przekształcenia wysokoemisyjnych gałęzi gospodarki, zaczynając od przemysłu ciężkiego, a kończąc na wszelkiej innej aktywności ludzkiej.
Na przykład na początku czerwca Komisja Europejska pozwała Polskę do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE) z powodu braku transpozycji zmienionej dyrektywy w sprawie EU ETS w sektorze lotnictwa (dyrektywa 2023/958 ). Państwa członkowskie UE powinny były wdrożyć unijne przepisy do 31 grudnia 2023 roku. Polska i Hiszpania nie zrobiły tego do tej pory.
Obecnie EU ETS obejmuje emisje powstałe w obszarze wytwarzania energii elektrycznej, przemysłu, transportu morskiego i lotnictwa w Europie, ale od 2028 roku system miałby rozciągać się na transport drogowy oraz sektor budynków (tzw. ETS 2). Pozwoli on na karanie konsumentów za to, że w celu ogrzania mieszkań zimą korzystają np. z gazu czy węgla, a nie pomp ciepła i magazynów energii.
System EU ETS a oczekiwania państw
System ETS w ramach UE działa od 2005 roku. Miał przygotować kraje europejskie do wdrożenia postanowień traktatu Protokołu z Kioto (1997) w sprawie klimatu, to jest ograniczyć średnie emisje w krajach rozwiniętych o 5% w porównaniu do poziomu z 1990 roku w latach 2008–2012.
Bruksela utrzymuje, że w ciągu dwóch dekad emisje z sektorów objętych systemem ETS spadły o około połowę.
Obecnie koszty emisji dwutlenku węgla mają coraz większy udział w cenach i tak już drogiej energii elektrycznej, m.in. z powodu różnych wojen (np. Ukraina czy Bliski Wschód). System ETS znacznie ogranicza konkurencyjność europejskich przedsiębiorców w porównaniu np. z chińskimi czy amerykańskimi.
Według raportu komisarza Maria Draghiego na temat europejskiej konkurencyjności, w 2023 roku – a więc jeszcze przed wojną z Iranem – system ETS podwyższył dla przemysłu ceny energii elektrycznej w UE o co najmniej 10%.
W związku ze stale rosnącymi kosztami pomocy udzielanej Ukrainie, ograniczeniem dostaw surowców kopalnych z Rosji i z powodu nowych wyzwań dla gospodarki światowej, ale także ze względu na naciski rolników i innych grup społecznych – wciąż niewystarczającego ze strony całego społeczeństwa, które w większości nie zdaje sobie sprawy z kierunku i przeogromnych skutków zgubnej transformacji zgodnej z paradygmatem zrównoważonego rozwoju – pojawiła się presja, by przynajmniej czasowo zawiesić funkcjonowanie systemu ETS i dokonać jego wcześniejszego przeglądu.
Kraje z bardziej emisyjnymi systemami energetycznymi i bazami przemysłowymi argumentują, że obecna trajektoria ETS grozi przekroczeniem ich zdolności adaptacyjnych. Domagają się więc jeśli nie likwidacji, to przynajmniej rozszerzenia bezpłatnych uprawnień dla przemysłu, jak i ponownego rozważenia tempa dekarbonizacji – redukcji emisji.
Jedno z najbardziej krytycznych stanowisk zajęli Włosi. Oczekują oni tymczasowego zawieszenia ETS do czasu uzgodnienia kompleksowej reformy. System bowiem grozi zwiększeniem presji kosztowej na energochłonne sektory przemysłu, podważając konkurencyjność przemysłu europejskiego na rynkach światowych oraz jeszcze bardziej windując i tak już wygórowane ceny energii.
Rzym nazywa system ETS „podatkiem od energochłonnych gałęzi przemysłu”. Włoski minister ds. przedsiębiorczości Adolfo Urso domagał się gruntownej rewizji systemu podczas tegorocznego szczytu UE poświęconemu konkurencyjności. Mówił w Brukseli, że „mechanizm ETS musi zostać zawieszony do czasu przeprowadzenia reformy kompleksowej, organicznej i skutecznej”. W przeciwnym razie doprowadzi do „załamania” europejskiego przemysłu i przeniesienia emisji na inne kontynenty.
Urso odniósł się do planowanego przez KE wycofania do 2034 roku bezpłatnych pozwoleń na emisję. Byłyby one wygaszane wraz z wejściem w życie granicznego podatku węglowego CBAM (ang. Carbon Border Adjustment Mechanism), nakładającego opłaty na importowane towary wysokoemisyjne. Ma on służyć wyrównywaniu kosztów emisji CO2 i zapobieganiu tzw. ucieczce emisji, czyli przenoszeniu produkcji poza UE, gdzie normy środowiskowe są znacznie łagodniejsze. CBAM ma rozszerzyć cenę emisji dwutlenku węgla na import cementu, żelaza, stali, aluminium, nawozów, energii elektrycznej i wodoru.
Włosi oczekują nie tylko odroczenia wycofania bezpłatnych pozwoleń, ale także „stabilnego mechanizmu wsparcia” w ramach CBAM dla eksporterów konkurujących na rynkach o mniej rygorystycznych przepisach klimatycznych. Swoją drogą, tego typu ulgi czy dopłaty są niezgodne z zasadami Światowej Organizacji Handlu (WTO) i narażają różnych przedsiębiorców na kosztowne spory handlowe.
Niemcy są za utrzymaniem systemu ETS. Jednak – jak zaznaczyła minister gospodarki Katherina Reiche – domagają się pewnej jego modyfikacji. Chodzi o umożliwienie inwestowania w projekty z krajów trzecich, zmianę wskaźników emisyjności ETS i amortyzację wzrostu cen poprzez bezpłatne przydziały pozwoleń na emisję.
Żadnych zmian nie chcą np. Szwedzi. Wicepremier Ebba Busch określiła ETS jako „najbardziej skuteczną” politykę UE, łączącą redukcję emisji ze wzrostem gospodarczym. – Jeśli zaczniemy kwestionować same podstawy i fundamenty ETS, myślę, że to raczej podważy ogromne transformacje przemysłowe, których byliśmy świadkami w ciągu ostatnich 10–20 lat – stwierdziła. Szwedzka polityk zgodziła się jedynie na drobne korekty systemu, zaznaczając, że pójście drogą radykalnej rewizji mogłoby ostatecznie podważyć wiarygodność UE.
O modyfikację systemu zabiega Polska, która chce większej ilości darmowych pozwoleń na emisję i zmiany metodologii, według której są one przyznawane.
System ETS 2, czyli podatek od transportu i ogrzewania
Tymczasem od 2028 roku system ETS miałby zostać rozszerzony, uderzając w branżę transportu drogowego i budownictwo, co doprowadzi do wzrostu cen ogrzewania i różnych towarów konsumpcyjnych. Z tego powodu Rada Europejska i Parlament Europejski uzgodniły wzmocnienie narzędzia finansowego mającego na celu stabilizację cen energii w przypadku ogrzewania i paliw. Uzgodniono już, że jeśli ceny dwutlenku węgla przekroczą określony próg, wydawane będą awaryjne pozwolenia na emisję w ciągu najbliższych kilku lat, do czasu całkowitego ich wycofania z obrotu. Miałoby to – przynajmniej na jakiś czas – uchronić najuboższych przed drastycznym wzrostem cen kosztów życia, pozwalając jednocześnie na finansowanie rozwoju tak zwanej zielonej infrastruktury.
Eurokraci spodziewają się wzrostu cen gazu, oleju opałowego i benzyny. Danuše Nerudová (Czechy/EPL), która przewodniczy pracom legislacyjnym w Parlamencie, zapowiedziała, że KE do października 2027 roku oceni system ETS2 „w odniesieniu do budynków, transportu drogowego oraz zasadności obecnych środków ochrony gospodarstw domowych znajdujących się w trudnej sytuacji”.
Jak na razie eurokraci są zdeterminowani, by nie tylko nie zawieszać systemu ETS, ale go rozszerzyć (ETS2) i wdrożyć zgodnie z planem od stycznia 2028 r., chociaż kwestia ta wzbudza ogromne kontrowersje.
Na początku obecnego roku, powołując się na skutki społeczne dyrektywy, Słowacja i Czechy zaapelowały o odroczenie wprowadzenia nowego podatku węglowego co najmniej do 2030 roku. Z drugiej strony, Szwecja, Dania, Finlandia, Holandia i Luksemburg podpisały wspólny dokument, w którym wyraziły sprzeciw wobec jakichkolwiek opóźnień lub zmian w systemie.
Aby zapobiec wyższym rachunkom za energię dla gospodarstw domowych i przedsiębiorstw, UE będzie korzystać z rezerwy dodatkowych pozwoleń. Jeśli ceny wzrosną powyżej 45 euro za tonę, UE będzie wprowadzać na rynek do 80 milionów pozwoleń awaryjnych rocznie, czterokrotnie przekraczając pierwotny limit.
Nie uchroni to jednak konsumentów przed wyższymi cenami wszystkich produktów, „spodziewanymi we wszystkich krajach UE”, przy czym państwa Europy Środkowej i Wschodniej mają odnotować największe wzrosty cen, podczas gdy kraje północne i zachodnie będą rzekomo chronione dzięki lepszej efektywności energetycznej i powszechniejszej elektryfikacji ogrzewania oraz transportu. Przynajmniej tak uważają niektórzy analitycy.
Obecnie 100 milionów uprawnień jest uwalnianych jednorazowo, gdy liczba koncesji w obiegu spadnie do 210 milionów. Zgodnie z nowym porozumieniem, będzie ich uwalnianych mniej, gdy tylko liczba uprawnień spadnie poniżej 260 milionów, a jednocześnie utrzyma się powyżej 210 milionów. Ma to pozwolić na uniknięcie nagłych zmian w podaży i wysłać bardziej stabilne sygnały cenowe.
W 2015 roku KE utworzyła mechanizm rezerwy stabilności rynkowej, by rozwiązać problem ogromnej nadpodaży uprawnień do emisji dwutlenku węgla, rzekomo „zbyt tanich” dla fabryk. Nowy mechanizm miał służyć jako pochłaniacz nadwyżek.
UE podjęła także decyzję o utworzeniu odrębnej rezerwy dla systemu ETS2.
Lipcowy przegląd a polityka klimatyczna po 2030 roku
W połowie lipca KE dokona przeglądu funkcjonowania ETS. Jednocześnie rozważy wykonalność rozszerzenia systemu na inne dziedziny oraz o kolejne gazy i zanieczyszczenia. Bruksela zajmie się kwestią ceny dwutlenku węgla, rozliczania niestałego wychwytywania i utylizacji dwutlenku węgla oraz ryzykiem ucieczki emisji w sektorach nieobjętych mechanizmem CBAM czy przeznaczaniem dochodów z handlu emisjami na potrzeby unijnego budżetu. Będzie także debatować na temat połączenia swojego systemu ETS z brytyjskim systemem handlu emisjami przed 2030 r.
W komunikacie Komisji Europejskiej na temat rewizji unijnego systemu handlu uprawnieniami do emisji zwraca się uwagę, że ustanowienie na 2040 rok i przyjęcie celu redukcji emisji gazów cieplarnianych netto o 90% w porównaniu z poziomami z 1990 roku „zmieni orientację polityki klimatycznej UE po 2030 roku”.
Właśnie z powodu powyższego celu Komisja zaproponuje rewizję dyrektywy EU ETS. Uwzględni ona ocenę rozszerzenia opłat za emisję CO2 na nowe sektory (takie jak odpady komunalne), włączenie transportu morskiego (mniejsze jednostki) oraz zwiększenie wykorzystania dochodów z Funduszu Modernizacji i Innowacji.
Komisja zaznacza, że nowy system ETS2, wprowadzony dla emisji gazów cieplarnianych pochodzących od dostawców paliw w transporcie drogowym, budownictwie i innych sektorach, wraz z wcześniejszą wersją ETS obejmie około 75% emisji gazów cieplarnianych w UE.
Od stycznia przyszłego roku operatorzy statków powietrznych w Unii Europejskiej nie będą już mogli korzystać z odroczenia obowiązku zwracania certyfikatów emisji dla podróży między państwem Europejskiego Obszaru Gospodarczego (EOG) a państwem spoza EOG. Należy spodziewać się podwyżki cen biletów lotniczych na dalekie kursy.
Komisja Europejska ma poddać ocenie możliwość rozszerzenia zakresu ETS o dodatkowe gazy. W przypadku lotnictwa chodzi o skutki emisji tlenków azotu, cząstek sadzy, tlenków siarki oraz następstwa uwalniania pary wodnej, w tym smug kondensacyjnych podczas spalania paliw przez samoloty. Operatorzy statków powietrznych od 1 stycznia 2025 r. mają obowiązek monitorowania i raportowania emisji gazów cieplarnianych innych niż CO2.
Do 31 grudnia 2027 roku KE ma także poddać ocenie kwestię rozszerzenia sektorowego ETS o dodatkowe gazy cieplarniane lub działalności, czy też gałęzie przemysłu, których emisje nie zostały jeszcze uregulowane przez system. Mowa np. o spalaniu odpadów komunalnych, co znacznie podwyższyłoby ceny dla konsumentów za wywóz śmieci.
Bruksela ma ocenić wykonalność rozszerzenia zakresu ETS dla średnich statków morskich i towarowych o pojemności od 400 GT do 5000 GT i o emisje metanu oraz podtlenku azotu. A ponadto dyrektywa EU ETS nakłada na Komisję obowiązek oceny rozszerzenia emisji z transportu morskiego poza jego obecny zakres, obejmujący połowę emisji gazów cieplarnianych z rejsów międzynarodowych między portem leżącym w Europejskim Obszarze Gospodarczym a portem spoza niego.
Dyrektywa EU ETS nakłada także na KE obowiązek przedstawienia najpóźniej do 31 lipca br. sprawozdania w sprawie wykonalności włączenia instalacji o mocy cieplnej poniżej 20 megawatów (MW) do zakresu ETS.
Komisja ma także ocenić wykonalność integracji obydwu wersji systemu. Ten nowszy będzie regulował cały obszar spalania paliw nieobjętych pierwszą odsłoną mechanizmu fiskalnego.
Do 31 lipca Bruksela oceni również rozszerzenie zakresu EU ETS na składowanie odpadów. Zajmie się przemysłowym usuwaniem dwutlenku węgla z atmosfery (emisje ujemne) i trwałym składowaniem pod ziemią (chodzi o takie technologie, jak biogenne wychwytywanie i składowanie dwutlenku węgla, BECSS, inne metody oparte na biomasie, BioCCS oraz bezpośrednie wychwytywanie i składowanie dwutlenku węgla pod ziemią, DACSS).
Komisja oceni także, czy wszystkie emisje mogą zostać rozliczone, w którym punkcie łańcucha wartości CO2 jest uwalniany i gdzie powinien zostać rozliczony (w dół czy w górę łańcucha). Podejście „w dół łańcucha” koncentruje się na punkcie, w którym CO2 jest emitowany do atmosfery, podczas gdy podejście „w górę łańcucha” koncentruje się na początkowym wychwytywaniu tego gazu.
Bruksela oceni, gdzie uciekają emisje w sektorach nieobjętych CBAM, które są upoważnione do otrzymania bezpłatnych uprawnień za część swoich emisji do określonego progu lub wskaźnika wydajności. Ten ostatni opiera się na średniej emisji gazów cieplarnianych 10% instalacji o najlepszych wynikach dla danego produktu w sektorze lub podsektorze. Tylko co dziesiąta instalacja – o najlepszych wynikach pod względem emisji gazów cieplarnianych – otrzymuje określoną liczbę bezpłatnych uprawnień, aby pokryć wszystkie swoje emisje. Dysponenci pozostałych muszą kupić uprawnienia na spekulacyjnym rynku emisji dwutlenku węgla, aby je w pełni zrównoważyć.
Eurokraci określą, jakie przedsiębiorstwa uzyskają odpowiednią liczbę darmowych pozwoleń na emisję do 2030 roku. Jednak już 4 lata później bezpłatne przydziały w ogóle mają zniknąć z rynku.
Środki z ETS zasilą unijny budżet. Powstanie nowy bank
W 2024 roku system EU ETS przyniósł 38,8 mld euro dochodu, z czego 24,4 miliarda trafiło bezpośrednio do budżetów państw członkowskich UE, a 8,6 mld euro do dwóch programów UE: Funduszu Innowacji i Funduszu Modernizacyjnego.
KE spodziewa się, że w latach 2025–2030 system EU ETS1 wygeneruje około 167,88 mld euro dochodu, przy cenie EUA wynoszącej 88,33 euro. Komisja zaproponowała, by 30% dochodów z systemu trafiło do budżetu unijnego w kolejnych wieloletnich ramach finansowych (2028–2034). Byłyby to tak zwane zasoby własne. W latach 2028–2034 opłaty z EU ETS1 miałyby przynieść 75,6 mld euro rocznie, przy cenie EUA wynoszącej 88,33 euro.
Jeszcze w tym roku KE ma zaproponować utworzenie Banku Dekarbonizacji Przemysłu. Będzie wspierał on projekty w tym zakresie łączną kwotą do 100 mld euro. Środki na ten cel mają pochodzić z Funduszu Innowacji, budżetu unijnego ze środków EU ETS oraz InvestEU.
Unijne ambicje w sferze globalnego zarządzania
Bruksela ma ocenić także, jakie są możliwości utworzenia i połączenia podobnych systemów emisji w różnych regionach świata. Docelowo – przynajmniej tak chcą eurokraci – cały świat miałby być objęty regionalnymi systemami handlu emisjami, aby w przyszłości utworzyć jeden zintegrowany światowy system handlu różnymi gazami, co miałoby służyć skutecznemu zarządzaniu globalnemu.
W 2024 roku KE powołała Zespół Zadaniowy ds. Ustalania Cen Emisji i Dyplomacji Rynkowej. Jego zadaniem jest „wspieranie różnych jurysdykcji we wdrażaniu ich własnych instrumentów rynku handlu emisjami dwutlenku węgla”.
Zespół pomoże w ocenie priorytetów innych jurysdykcji do kompensacji emisji i oszacuje termin potencjalnego powiązania EU ETS z innymi międzynarodowymi rynkami emisji dwutlenku węgla.
Wreszcie Komisja zajmie się mechanizmem rezerwy stabilności rynkowej, czyli ustaleniem m.in. łącznej liczby uprawnień w obiegu na rynku emisji CO2.
Warto zaznaczyć, że już w 2013 roku KE zaleciła rozpoczęcie negocjacji z Australią w sprawie połączenia z jej systemem ETS. Pomysł został jednak zarzucony zaledwie rok później, gdy Canberra zrezygnowała z tworzenia krajowego systemu ETS.
W 2020 roku UE i Szwajcaria połączyły swoje systemy, tworząc precedens dla przyszłego rozszerzenia systemu EU ETS. W listopadzie 2025 Rada upoważniła Komisję do rozpoczęcia negocjacji w celu połączenia systemu EU ETS z analogicznym systemem brytyjskim.
Rewizja unijnego systemu handlu uprawnieniami do emisji określi więc, jaka będzie polityka klimatyczna po 2030 r. i z jakimi obciążeniami będą musieli borykać się przedsiębiorcy, a co najważniejsze – jakie nowe koszty wygeneruje ideologiczna polityka UE dla zwykłych obywateli, nawet w krótkiej perspektywie.
Think tank Bruegel: największe koszty dekarbonizacji odczują Polacy
Think tank Bruegel z siedzibą w Brukseli szacuje, że to Polacy poniosą największe koszty dekarbonizacji spośród mieszkańców wszystkich krajów UE. Ich wskaźnik śledzący wpływ odchodzenia od paliw kopalnych na wzrost gospodarczy wynosi aż 43%. W UE ten wskaźnik średnio wynosi 16%.
System handlu emisjami uderza w nas mocniej niż w inne kraje. Dla porównania, w Niemczech czy Francji wskaźnik ten szacowany jest odpowiednio na 15% i 11%.
Ponosząc największe koszty społeczne transformacji zyskamy – w ocenie Banku Światowego – dużo mniejszy zysk w postaci skumulowanego wzrostu PKB do 2050 r. na poziomie zaledwie 4 proc., w porównaniu z krajami, które mają znacznie tańszą energię pochodzącą z energetyki jądrowej.
Analiza Bruegla z 2025 roku, zatytułowana Measuring GDP At Risk In The Low-Carbon Transition [„Pomiar PKB zagrożonego w procesie transformacji w kierunku gospodarki niskoemisyjnej”] sugeruje, że aż 43% PKB Polski jest zagrożone wskutek polityki dekarbonizacyjnej. W nieco mniejszym stopniu narażone są także gospodarki Bułgarii i innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej. A więc znów miałyby one przechodzić bolesną transformację w imię ideologicznych celów wybranych państw Europy Północnej i Zachodniej, które liczą na to, że cały świat będzie podążał za nimi. Tymczasem dzieje się zgoła inaczej, o czym świadczy porzucenie albo rewizja polityki klimatycznej w USA czy krajach azjatyckich.
Według analityków, problem związany z transformacją niskoemisyjną „nie dotyczy samej zasady ustalania cen emisji dwutlenku węgla, lecz jej tempa, przewidywalności i nierównomiernego wpływu na gospodarkę w całej Unii”.
Dokument roboczy Bruegla z sierpnia 2025 r. opracowany przez profesorów Schoenmakera, D. i W. Schramade, bazuje na dwuetapowym modelu, oceniającym udział PKB narażonego na ryzyko w związku z transformacją. W pierwszym etapie analizuje się, które sektory ucierpią najbardziej. Drugi etap ocenia gotowość do transformacji tych sektorów.
Autorzy stwierdzili, że najkorzystniej wygląda to u Szwecji i Francji, najgorzej zaś w przypadku Polski i Bułgarii.
Jak zaznaczają ekonomiści, „wyzwania związane ze zrównoważonym rozwojem zmusiły gospodarkę do transformacji” a „rządy odgrywają kluczową rolę w przejściu na zrównoważoną gospodarkę”. Jednak, „transformacje w kierunku zrównoważonego rozwoju są niepewne i istnieje ryzyko, że będą napędzane przez wstrząsy”. Autorzy analizy dodali, iż „postęp w realizacji Celów Zrównoważonego Rozwoju Organizacji Narodów Zjednoczonych (SDG) znacznie różni się w poszczególnych grupach krajów”. I niektóre państwa oraz sektory gospodarki mogą doświadczyć silnych wstrząsów.
Jednak, co również podkreśla Bruegel, „transformacja dotyczy zmiany transformacyjnej, a nie stopniowej”. Chodzi bowiem o „twórczą destrukcję”, czyli zniszczenie pewnych sektorów gospodarki, przekierowanie kapitału do innych, dopiero co tworzących się, przekwalifikowanie siły roboczej i skierowanie jej do nowych miejsc pracy.
„Dynamika transformacji społecznej obejmuje iteracyjne procesy narastania i rozpadu w czasie (Loorbach i in., 2017). W zmieniającym się kontekście społecznym obecne systemy rozwijają się zależnie od ścieżki poprzez optymalizację, podczas gdy agenci zmian zaczynają eksperymentować z alternatywnymi pomysłami, technologiami i praktykami. Z czasem narasta presja na transformację systemów, co prowadzi do destabilizacji, gdy zaczynają pojawiać się alternatywy i przyspieszać ich rozwój. Rzeczywista transformacja jest wówczas chaotyczna i destrukcyjna, a nowe kombinacje pojawiających się alternatyw i elementów systemu transformacyjnego przekształcają się w nowy system. W tym procesie elementy starego systemu, które nie ulegają transformacji, są rozbijane i stopniowo wycofywane. Aby pokierować transformacją w kierunku zrównoważonej i inkluzywnej gospodarki, Organizacja Narodów Zjednoczonych opracowała Agendę na rzecz Zrównoważonego Rozwoju 2030 (Sachs i in., 2024). 17 Celów Zrównoważonego Rozwoju ONZ (SDG) ma na celu stymulowanie działań w latach 2015–2030 w obszarach o kluczowym znaczeniu dla ludzkości i planety. W ramach szerszych ram SDG zidentyfikowaliśmy cztery ważne dla krajów grupy transformacji na dużą skalę” – piszą profesorowie.
Wskazują oni na: 1. transformację klimatyczno-energetyczną, to jest przejście od wykorzystywania paliw kopalnych do energii odnawialnej, co ma wpływ na sektor energetyczny (np. firmy naftowe i gazowe oraz przedsiębiorstwa energetyczne), ale także na inne sektory o wysokiej emisji dwutlenku węgla, takie jak produkcja i transport; 2. surowce – chodzi o tworzenie gospodarki o obiegu zamkniętym, przeprojektowanie i recykling produktów; 3. różnorodność biologiczną, która ma prowadzić do wdrożenia „regeneracyjnego rolnictwa” i akwakultury oraz diety roślinnej, aby ograniczyć zużycie wody i ziemi, jednocześnie produkując żywność bez użycia nawozów i pestycydów, ograniczyć połowy ryb itp.; 4. praktyki pracy, która ma być godna i szanować prawa człowieka.
Finansiści szacują, że transformacja będzie najbardziej dotkliwa dla Polski, Bułgarii, Estonii, Grecji, niszcząc w tych krajach sektory gospodarki, które generują największy PKB.
Ekonomiści sugerują: kraje powinny przyspieszyć transformację, rezygnując z ochrony wrażliwych sektorów wysokoemisyjnych, rozszerzając system handlu emisjami i przekwalifikowując siłę roboczą. Twierdzą, że podatek węglowy powinien być coraz wyższy. Podali przykład Szwecji, która ma najwyższy podatek węglowy w UE, wprowadzony w 1991 r. w wysokości 24 euro za tonę CO2. W 2025 roku wynosił on 134 euro za tonę, podczas gdy w UE – 75 euro w tym samym czasie. Przekonują, że dzięki wysokiemu podatkowi, emisje w Szwecji spadły szybciej, bo o 33% w latach 1991–2021 niż średnia w UE (27% w tym samym okresie). Wysoki podatek miał także stymulować wdrażanie nowych technologii w Szwecji, takich jak produkcja „zielonej stali”.
Autorzy opracowania przekonują, że „Transformacja oznacza stopniowe wycofywanie istniejących technologii i modeli biznesowych, które nie potrafią się dostosować. Jeśli rynki są wydajne, twórcza destrukcja Schumpetera może działać sama” (nawiązują do koncepcji spopularyzowanej przez ekonomistę Josepha Schumpetera w książce „Kapitalizm, socjalizm i demokracja” z 1942 r.). Bruegel wskazuje, że najczęściej jednak rządy muszą pomagać w tej „destrukcji” i nie powinny opóźniać transformacji, próbując ratować wybrane sektory gospodarki czy chronić miejsca pracy.
„Historia pokazuje, że próby opóźniania transformacji są kosztowne i przynoszą niewielkie trwałe efekty. Wsparcie publiczne dla europejskiego przemysłu tekstylnego i transportu morskiego w latach 70. XX wieku doprowadziło do wysokich wydatków rządowych, ale to tylko opóźniło przeniesienie masowej produkcji tekstyliów i transportu morskiego do Azji. Lepiej skupić się na pomaganiu ludziom w przekwalifikowaniu się i znalezieniu nowego zatrudnienia oraz na zmianie systemu” – dyktują bankowcy.
Martwią się jedynie o rozwój „populizmu” i o to, że brak poparcia politycznego może utrudniać zmianę systemu. Dlatego tak ważne jest z ich punktu widzenia skupienie się na kwestiach „równości” i „sprawiedliwości” dla osób najbiedniejszych.
Unijne konsultacje i lobbing
KE w związku z planowanym przeglądem uruchomiła „konsultacje z interesariuszami”. Jednocześnie zmobilizowała propagatorów polityki klimatycznej do wywierania presji w sprawie jej zaostrzenia. Także Międzynarodowy Fundusz Walutowy, na którego czele stoi była komisarz unijna Kristalina Georgieva, domaga się, by UE nie rezygnowała z ETS. Bułgarka, która zasiadała wcześniej w Banku Światowym i KE, 11 czerwca br. podkreśliła, że potrzebna jest dalsza konwergencja europejskich systemów podatkowych i rozszerzenie systemu. Wskazała, że to nie czas na jego złagodzenie. Szefowa MFW uważa, że Europa może osiągnąć niezależność energetyczną jedynie poprzez rozwój odnawialnych źródeł energii, a ETS ma sprzyjać rozwojowi „czystej” produkcji. Georgiewa powiedziała, że wsparcie fiskalne w odpowiedzi na obecny kryzys cen paliw powinno być ograniczone i tymczasowe, ponieważ 80% dotychczasowych środków nie spełnia wymogu ukierunkowania. Wezwała kraje UE do przygotowania się na kolejne kryzysy i do korzystania ze środków publicznych z większą ostrożnością, aby nie stwarzać wśród obywateli wrażenia, że otrzymają wsparcie za każdym razem, gdy pojawi się większe zagrożenie.
Zagrożone branże domagają się rezygnacji z ETS
15 czerwca czterech największych europejskich producentów stali i chemikaliów zażądało natychmiastowego wstrzymania wdrażania unijnego systemu handlu emisjami, argumentując, że najważniejsza polityka klimatyczna UE jest zbyt kosztowna i „nie odzwierciedla już obecnych globalnych realiów”.
W liście skierowanym do przewodniczącego Rady Europejskiej António Costy, producenci stali ArcelorMittal, ThyssenKrupp i Voestalpine oraz gigant chemiczny BASF wzywają do „natychmiastowego podjęcia działań w celu powstrzymania eskalacji kosztów związanych z ETS i uniknięcia dalszych szkód dla europejskiej bazy produkcyjnej”.
Argumentują, że system generujący stale rosnące koszty dla przemysłu stanowi „ogromne obciążenie”. Skrytykowali UE za „samodzielne narzucanie szybko rosnących kosztów emisji dwutlenku węgla swojemu przemysłowi, który i tak boryka się z problemami strukturalnymi, takimi jak wyższe ceny energii i koszty regulacyjne”.
Cztery firmy, które podpisały list, należą do największych producentów w Europie. Reprezentują aktywa o wartości przekraczającej 100 miliardów euro.
Producenci ci słusznie zauważyli, że UE brnie w kosztowną politykę dekarbonizacji, gdy w tym samym czasie inne kraje – wbrew nadziejom eurokratów, np. Stany Zjednoczone, ale i Kanada – idą w innym kierunku. Obecnie system EU ETS jest jednym z najdroższych na świecie, z ceną około 75 euro za tonę CO2.
Wszystkie cztery firmy chcą całkowitej zmiany polityki. Wskazują, iż podatek węglowy od importu, mający na celu wyrównanie konkurencji z zagranicznymi gałęziami przemysłu nieobjętymi systemem ETS, ma zbyt ograniczony zakres. Jak zaznaczają, „konieczna jest natychmiastowa korekta polityki”, jeśli ich sektory mają przetrwać.
Pytanie, czy mają przetrwać w przypadku transformacji realizowanej w Europie zgodnie z paradygmatem zrównoważonego rozwoju, jest jak najbardziej zasadne.
Cztery firmy ostrzegają przed ucieczką emisji, zamykaniem zakładów i masowymi zwolnieniami.
Z podobnym listem wystąpiła branża celulozowo-papiernicza, która jest obecnie jedną z najbardziej konkurencyjnych w całej UE.
Coraz częściej słyszy się także o bankructwach i likwidacjach – jeszcze do niedawna świetnie prosperujących – zakładów z rożnych branż energochłonnych.
Prof. Furfari: Europa będzie mieć zero emisji, zero przemysłu i zero dobrobytu
Samuele Furfari, profesor geopolityki energetycznej w Brukseli i Londynie, były wysoki urzędnik Dyrekcji Generalnej ds. Energii Komisji Europejskiej, a obecnie członek Koalicji na rzecz CO2 słusznie zauważył, że UE, uznająca się za prekursora polityki odchodzenia od paliw kopalnych na rzecz „zielonych” technologii, które „zielonymi” nie są, „nie ciągnie za sobą wozu, na który wskakuje świat, lecz raczej karawan ku samozniszczeniu”.
Naukowiec zakwestionował politykę klimatyczną, która ma polegać na zastępowaniu obecnych paliw kopalnych za pomocą tak zwanych odnawialnych źródeł energii. Pomimo ich rekordowej produkcji i dodawania jej do ogólnego miksu energetycznego, nawet „wysoki wzrost OZE nie nadąża za rosnącym globalnym zapotrzebowaniem na energię”, zauważa.
Profesor wskazuje, że w ciągu ostatniej dekady zużycie paliw kopalnych rosło ponad siedmiokrotnie szybciej niż wydajność OZE. „Wbrew narracji często prezentowanej przez media, produkcja węgla wzrosła o ponad 10% w ciągu ostatniej dekady. Paliwa kopalne – węgiel, ropa naftowa i gaz ziemny – stanowiły 87% światowego zapotrzebowania na energię w 2024 r., podczas gdy udział odnawialnych źródeł energii pozostaje jednocyfrowy, pomimo ponad 5 bilionów dolarów wydanych na energię wiatrową i słoneczną w ciągu ostatnich 20 lat. W ubiegłym roku globalne zapotrzebowanie na energię wzrosło o prawie 2% (…). Z tego za 65% wzrostu odpowiadał region Azji i Pacyfiku, na który przypada aż 47% światowego zużycia energii i gdzie spalane jest 83% węgla, co czyni go jednym z głównych źródeł energii. Chiny, Indie i Indonezja łącznie wyprodukowały 71% światowego węgla. W ciągu ostatnich 10 lat zapotrzebowanie na energię w UE spadło o prawie 6 eksadżuli (EJ), podczas gdy światowe zużycie wzrosło 13-krotnie – o prawie 77 eksadżuli (EJ). W ten sposób przewodnictwo UE przyczyniło się do zmniejszenia zużycia energii w Europie i zwiększenia roli OZE na kontynencie. Ale jakim kosztem?” – pyta Furfari w artykule zatytułowanym „Green’ Europe’s Industrial Masochism [„Masochizm przemysłowy zielonej Europy”] z 25 sierpnia 2025 r., zamieszczonym na stronie co2coalition.org.
Autor przypomniał, że „jeszcze w 2008 r. gospodarki USA i strefy euro miały mniej więcej taką samą wielkość, ale od 2010 r. europejski produkt krajowy brutto (PKB) na mieszkańca praktycznie się nie zmienił. Obecnie nominalny PKB na mieszkańca w USA jest prawie dwukrotnie wyższy niż w Europie”.
Dlatego też świat, „zamiast przerabiać narzuconą przez Niemcy globalną Energie-Wende, rozwija się gospodarczo i jest w fazie dodawania nowych źródeł do istniejących, a nie ich zastępowania”. Biorąc zaś pod uwagę to, że „większość światowej populacji dąży do większego dobrobytu, a zatem taniej i obfitej energii, czego pragnęła UE przed przejściem na ekologizm, jest wysoce nieprawdopodobne, aby te trendy się odwróciły. Imperatywy ekonomiczne i społeczne, a także potrzeba bezpiecznych dostaw energii, sprawiają, że redukcja popytu na paliwa kopalne jest nieprawdopodobna”.
Ekonomista spodziewa się nawet odejścia od Porozumienia paryskiego w sprawie klimatu, ze względu na pogłębiającą się przepaść między „nieprzemyślanymi ambicjami klimatycznymi a realnym globalnym zużyciem energii”.
Tymczasem KE „wciąż proponuje utopijne cele, takie jak redukcję o 90% własnych emisji do 2040 roku”. „Rzeczywistość jest taka, że europejski przemysł zanika, miejsca pracy przenoszą się gdzie indziej, a obywatele mają dość płacenia rachunków za politykę klimatyczną, która nieuchronnie prowadzi do gospodarczego samobójstwa. Owszem, UE może osiągnąć zerową emisję netto, ale będzie to zero w każdym aspekcie: zero przemysłu, zero dobrobytu i zero globalnego wpływu”, konkluduje.
Agnieszka Stelmach








