UE: urzędnicy klimatyczni szykują się do „życiowej bitwy” o zaostrzenie systemu ETS

ETS pixa.jpg
Grafika: AS_Appendorf/Pixabay

Pomimo opłakanych dla gospodarki w całej Unii Europejskiej skutków polityki klimatycznej brukselscy urzędnicy mają szykować się do „życiowej bitwy” w celu zaostrzenia spekulacyjnego systemu handlu emisjami ETS – donosi portal euractiv.com.

Unijny system handlu uprawnieniami do emisji funkcjonuje od dwóch dekad. Na całym świecie prawie 30% „gazów cieplarnianych” podlega opłatom. Na wybranych obszarach, w tym przede wszystkim w krajach UE – ale także na przykład w Kalifornii – od firm pobiera się haracze za każdą tonę produkowanego dwutlenku węgla.

System handlu emisjami sprawia, że drastycznie rosną koszty produkcji przemysłowej. Wiele firm jest zmuszonych do likwidacji działalności, zwalniania pracowników albo drastycznego podnoszenia cen swoich towarów.

Zróbmy to razem!

W związku z pogarszającą się sytuacją niektórzy decydenci polityczni robią małe kroki wstecz. Kalifornia właśnie rozdała bezpłatne pozwolenia na emisję dwutlenku węgla o wartości około 4 miliardów dolarów.

Nowy Jork zdecydował się nieco ograniczyć „cele klimatyczne”. Kanada zniosła cenę emisji CO2 dla konsumentów i wprowadziła limity w części swojego systemu przemysłowego.

Zmiany polityki w Europie, która czerpie 40% światowych przychodów z opłat za emisję CO2, gdzie jego tona kosztuje około 80 euro, domagają się przemysłowcy i niektórzy politycy. Podnoszą, że system ETS rujnuje gospodarkę coraz mniej konkurencyjnej i coraz bardziej zacofanej UE.

Przemysł potrzebuje „globalnie konkurencyjnych cen energii, nie może istnieć w obecnym systemie” – skarżył się pod koniec maja Daniel Tamchyna, szef czeskiego stowarzyszenia przemysłu chemicznego SCHP.

15 lipca Komisja Europejska ma zająć się reformą ETS. Przeciwnicy tego systemu naciskają na jego zniesienie, a jeśli nie, to przynajmniej zawieszenie albo wprowadzenie limitu cen emisji dwutlenku węgla, obniżenia kosztów emisji w Europie do poziomu bliskiego światowej średniej, wynoszącej 20 euro za tonę.

Tymczasem eurokraci, głównie zasiadający w Dyrekcji Generalnej ds. Działań na rzecz Klimatu (DG CLIMA) Komisji Europejskiej, nie tylko nie chcą zniesienia systemu ani obniżenia kosztów emisji, ale zamierzają jeszcze zabiegać o jego zaostrzenie. Nie godzą się bowiem na utrzymanie przepływu bezpłatnych uprawnień do emisji dla przemysłu chemicznego i papierniczego. Domagają się podwojenia cen emisji dwutlenku węgla, zaczynając od ograniczeń dotyczących bezpłatnych uprawnień. 

Jos Delbeke na początku roku wyraził ubolewanie z powodu niewystarczającego warunkowania „bezpłatnego przydziału” uprawnień niektórym branżom.

Beatriz Yordi podkreśla, że system od momentu swego powstania przyniósł 260 miliardów euro dochodów i w efekcie zapewnił „255 miliardów euro dla przemysłu w formie bezpłatnych uprawnień”. Najwięcej miał ich otrzymać przemysł chemiczny.

Obecnie to rządy UE decydują, jak wydawać pieniądze z ETS. Wpływy te wzrosły już do ​​prawie 40 miliardów euro rocznie.

Przykładowo Włochy, które z tego systemu miały pozyskać na przestrzeni lat w sumie 18 miliardów euro, przeznaczyły jedynie 1,6 mld na działania mające na celu redukcję emisji dwutlenku węgla z przemysłu, poinformowała Chiara di Mambro z think tanku Ecco, dodając: „Nie wiemy, co stało się z resztą”.

Szefowa KE Ursula von der Leyen oczekuje, że rządy będą przeznaczać znacznie więcej nakładów z systemu ETS na dalsze ograniczanie emisji dwutlenku węgla, a nie na budowę szkół, mostów, wypłatę emerytur itp.

ETS obejmuje 40% europejskiej gospodarki, narzucając wysokie opłaty na elektrownie węglowe, huty aluminium czy rafinerie ropy naftowej.

Eurokraci z DG CLIMA skarżą się, że gdyby chcieli spełnić żądania dotyczące zwolnienia z opłat przemysłu chemicznego – co popierają Włochy i Polska – mogłoby to kosztować przemysł cementowy ponad 2 miliardy euro.

Europejski przemysł chemiczny nie wypracował wspólnego stanowiska w sprawie reformy. Niemieckie firmy tej branży prezentują inne zdanie niż wschodnioeuropejskie. Rozbieżne są także interesy w innych sektorach.

Wynika to między innymi z faktu, że niektóre firmy wcześniej rozpoczęły dekarbonizację swojej działalności i w razie, gdyby zrezygnowano albo znacznie ograniczono funkcjonowanie systemu ETS, mogłoby się okazać, że inwestycje tych firm były stratą pieniędzy.

Zresztą jeszcze w marcu około 100 firm – aktywnie wspieranych przez eurokratów z DG CLIMA – domagało się w liście otwartym, skierowanym do szefowej KE, utrzymania „solidnego systemu ETS”.

Władze UE przekonują, że muszą „nagradzać liderów” dekarbonizacji.

Za utrzymaniem sztywnej polityki lobbuje szef DG CLIMA Kurt Vandenberghe, który jest bliskim sojusznikiem von der Leyen.

Zgubna polityka dekarbonizacji, polegającej na ograniczaniu emisji dwutlenku węgla z przemysłu i usług wskutek stosowania kopalnych paliw, po pierwsze nie wpływa na ograniczenie wzrostu temperatury na świecie (czym uzasadniano tę strategię), lecz raczej na dramatyczne ubożenie społeczeństwa.

Komisja Europejska opracowała plan dekarbonizacji. Ten w dużej mierze opierał się na podnoszeniu cen emisji CO2, a docelowo także wodoru, i przejściu na paliwo wodorowe.

Jednak pod koniec ubiegłego roku Międzynarodowa Agencja Energetyczna potwierdziła to, co było wiadome od dawna – nie warto stawiać na paliwo wodorowe, które miało pomóc w szybkiej dekarbonizacji gospodarki.

Z kolei Agencja Unii Europejskiej ds. Współpracy Organów Regulacji Energetyki (ACER) poinformowała, że UE jest daleka od osiągnięcia ambitnych celów w zakresie produkcji wodoru. Ten „czysty” nośnik energii jest zbyt drogi, pomimo wpompowania w jego produkcję miliardów euro dotacji – ostrzegła ACER.

Raport Międzynarodowej Agencji Energetycznej w sprawie zmierzania do gospodarki zeroemisyjnej Net Zero Roadmap: A Global Pathway to Keep the 1.5 °C Goal in Reach namawiał do pozbycia się paliw kopalnych: ropy, gazu i węgla jeszcze przed 2045 rokiem. Agencja podkreśliła, że „wielcy truciciele” muszą nie tylko działać szybciej aby odzwyczaić się od paliw kopalnych, ale także w mniejszym stopniu polegać na „kosztownych i nieefektywnych technologiach”. O jakie technologie chodziło? Przede wszystkim o wychwytywanie i składowanie dwutlenku węgla pod ziemią, a także o produkcję paliwa wodorowego, na co w swoim czasie naciskała Bruksela.

MAE zastrzegła wówczas, że wodór jest „bardziej problemem klimatycznym niż jego rozwiązaniem”. W miarę wzrostu zapotrzebowania na ten gaz rosną także zanieczyszczenia spowodowane procesem produkcyjnym opartego na nim paliwa.

Agencja dopuszcza paliwo wodorowe jedynie w przypadku dekarbonizacji transportu dalekobieżnego oraz produkcji żelaza i stali, pod warunkiem, że będzie on pochodził ze źródeł „niskoemisyjnych”, takich jak Odnawialne Źródła Energii (OZE).

„Wodór był kiedyś uważany za cudowne paliwo” – stwierdził Dave Jones z zespołu doradców ds. energetyki Ember. „Teraz (…) nastąpiła prawdziwa zmiana w rozumieniu jego ograniczonego zastosowania”.

Agencja radziła, by państwa postawiły na OZE, efektywność energetyczną oraz elektryfikację sektora samochodowego. Przeciwna jest technologii wychwytywania dwutlenku węgla i składowania go pod ziemią (CCS), jako wyjątkowo nieskutecznej.

Według MAE, historia CCS „w dużej mierze składa się z niezaspokojonych oczekiwań”. Postęp w tej dziedzinie dokonuje się powoli. Rozwiązanie to jest wdrażane nierównomiernie i obecnie w ten sposób wychwytuje się zaledwie 0,1% całkowitych rocznych emisji sektora energetycznego.

Zdaniem Catherine Abreu z grupy kampanii Destination Zero, „wyniki małych, niezwykle kosztownych projektów CCS, które już istnieją, jasno pokazują, iż projekty te dotyczą jedynie wydobycia większej ilości paliw kopalnych, a nie ograniczenia zanieczyszczenia klimatu”. Mimo to, agencja dopuściła jej stosowanie w celu zmniejszenia lub wyeliminowania emisji w obszarach, w których inne możliwości są ograniczone – takich jak przemysł ciężki.

Bruksela wyznaczyła ambitny cel osiągnięcia do 2030 roku 40 GW mocy dla elektrolizerów, które wykorzystują prąd do rozszczepiania wody na wodór i tlen. Przy czym stawiano na energię elektryczną pochodzącą z Odnawialnych Źródeł Energii takich jak energia wiatrowa czy słoneczna. Wodór wyprodukowany w ten sposób określany jest mianem „zielonego”.

Oprócz Brukseli, także poszczególnie państwa wyznaczyły sobie swoje cele do osiągnięcia w zakresie produkcji tak zwanego zielonego wodoru. Po ich uwzględnieniu wychodzi na to, że w sumie do końca obecnej dekady powinno się osiągnąć moc „zielonego” wodoru na poziomie 54 GW.

W związku z tymi ambitnymi celami UE przeznaczyła aż 20 mld euro dotacji, dzięki którym udało się zbudować urządzenia o mocy zaledwie 300 MW. To pozwoliło zrealizować jedynie… 0,5% pośredniego celu na 2024 rok, wynoszącego 6 GW.

Jak podaje ACER w swoim raporcie, w 2024 roku nastąpił wzrost mocy produkcyjnych o 51%. Unijne plany osiągnięcia do 2030 roku poziomu produkcji 10 milionów ton rocznie „zielonego” wodoru – konkurencyjnego cenowo w stosunku do produkowanego z gazu ziemnego – nie mają szans na spełnienie. Wynika to z faktu, iż obecnie „zielony” wodór kosztuje 8 euro za kilogram i jest czterokrotnie droższy niż ten sam gaz wytwarzany w oparciu o paliwa kopalne, z czym związana jest zresztą ogromna emisja tak zwanych gazów cieplarnianych. Unijny regulator przewiduje, że cena „zielonego” wodoru pozostanie wysoka zarówno w perspektywie krótkoterminowej, jak i średnioterminowej.

Źródła: euractiv.com, PCh24,pl

AS

 

 

 

 

Zróbmy to razem!
Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.
Wybierz kwotę: