Czy Karol Nawrocki zjednoczony prawicę?

26915367_800x460.jpg
Fot: PAP/Radek Pietruszka

Oczy prawicowych polityków są dzisiaj skierowane na Pałac Prezydencki. To stamtąd bowiem ma nadejść impuls jednoczący prawicę. Ale czy na pewno prezydent Karol Nawrocki będzie chciał angażować się w tak skomplikowaną układankę, w dodatku o bardzo niepewnym wyniku? 

Sytuacja prezydenta jest dobra i niebezpieczna zarazem. Trudno nie zauważyć, że stale prowadzi on swoista prekampanię przed wyborami w 2030 roku. Wiele inicjatyw, jak chociażby spotkanie z młodzieżą pod hasłem Przyszlosc.pl, jest podejmowanych właśnie z myślą o kolejnych wyborach na urząd prezydenta.

Ten sam klucz, jak się zdaje, dotyczy kolejnych wet. Nawrocki dość sprytnie kuglował w sprawie tzw. „Lex szarlatan”, by ostatecznie wysłać kontrowersyjną ustawę do Trybunału Konstytucyjnego. Uważnie też podchodzi do wszelkich projektów ideologicznych czy takich, za którymi kryją się podwyżki podatków, pomny na obietnice złożone w 2025 roku elektoratowi Konfederacji. Jest świadomy tego, że z każdej podpisanej i zawetowanej ustawy będzie musiał za cztery lata solennie się tłumaczyć.

Zróbmy to razem!

Nawrocki wie także, że musi znaleźć partyjną platformę, zapewniającą mu odpowiednie zaplecze organizacyjne, umożliwiające wygraną w wyborach. Jako inteligentny polityk rozumie zapewne i to, że nie może sobie pozwolić na błąd Bronisława Komorowskiego – prezydenta, cieszącego się przed kampanią wyborczą w 2015 roku ogromną popularnością, ale tracącego później punkty z powodu słabości politycznego zaplecza. Komorowski chciał bowiem zostać prezydentem, ale nie chciał utożsamiać się z pogrążoną wówczas w kryzysie PO, co sprawiło, że ostatecznie zamiast zamieszkać w Pałacu Prezydenckim na kolejnych pięć lat, został jedynie prezydentem-emerytem.

I tu zaczyna się swoisty paradoks prezydentury Nawrockiego: wszak jako najpopularniejszy obecnie polityk w kraju (jest liderem wszystkich tego typu rankingów), pozbawiony jest narzędzia, pozwalającego mu tę popularność zdyskontować. Najkrócej mówiąc: brakuje dzisiaj wystarczająco silnej i popularnej partii konserwatywnej, mogącej stanowi mocne oparcie dla przyszłej kandydatury Nawrockiego.

Ten paradoks, jak się wydaje, zdominuje najpewniej ostateczną decyzję prezydenta dotyczącą ewentualnego włączenia się w „Konwent św. Katarzyny 2.0”, czyli proces jednoczenia się coraz bardziej pokawałkowanej dzisiaj prawicy. Przypomnijmy młodszym czytelnikom, że Konwent św. Katarzyny był cyklem spotkań prawicowych partii politycznych w połowie lat 90. – nazwa pochodzi od parafii pw. Św. Katarzyny, miejsca gdzie spotykali się politycy – których celem było zjednoczenie organizacyjne i wyłonienie wspólnego kandydata na prezydenta. Niewiele wówczas z tego wyszło. Czy zatem Nawrockiemu obecnie opłaca się, by stać się patronem nowej odsłony takiego konwentu? I równocześnie – co być może – notariuszem jego porażki?

Nawrocki „nowym Krzaklewskim”?

Gdyby prezydent zdecydował się zorganizować przy Krakowskim Przedmieściu „okrągły stół” prawicowych partii politycznych – ciekawe swoją drogą czy taka nazwa spodobałaby się jego uczestnikom – musiałby postawić na szali cały swój autorytet.

Co mógłby na tym zyskać, gdyby, załóżmy na moment, rozmowy te przebiegły pomyślnie? Teoretycznie stałby się wtedy nowym wcieleniem Mariana Krzaklewskiego, szefa NSZZ „Solidarność”, który dzięki swojej charyzmie i dość dziwnym na pozór koncepcjom zawiłych algorytmów, zdołał przekonać rozdrobnioną polską prawicę do zjednoczenia się pod szyldem Akcji Wyborczej Solidarność. Tamten manewr przyniósł prawicy wygraną w wyborach w 1997 roku.

Tyle, że w takim myśleniu ukryta jest pewna pułapka. Krzaklewski rządził stworzonym przez siebie konglomeratem twardą ręką a i tak nie zdołał utrzymać jego spójności. Nawrocki zaś, choćby miał najtwardszą rękę, nie byłby w stanie skutecznie wpływać na politykę partyjną. Praktyczne znaczenie jego działań zakończy się wówczas, gdy prawicowe ugrupowania stworzą wspólny rząd i zaczną ich zespalać interesy oraz konflikty silniejsze niż potrzeba wyłonienia patrona.

Nie sądzę zatem, by Nawrocki chciał zaangażować cały swój autorytet w porozumienie międzypartyjne prawicy, nie mając gwarancji kontrolowania jego dalszych losów.

Miękki wpływ

Jeśli prezydent wejdzie w politykę partyjną bez odpowiednich narzędzi do jej prowadzenia – przypomnijmy, że w polskim systemie prezydent nie może być formalnym liderem partii politycznej, nie dysponuje też rządową aparaturą, umożliwiającą mu wykarmienie partyjnych działaczy – zostanie bardzo szybko sprowadzony do roli strony w konflikcie frakcyjnym. Wybór drogi partyjnego zaangażowania raczej osłabia lidera w oczach opinii publicznej niż go wzmacnia, o czym przekonali się Donald Tusk i Jarosław Kaczyński, z powodzeniem wygrywający wybory parlamentarne, ale unikający jak ognia udziału w wyborach prezydenckich. Lider PiS dał się namówić na start w tej elekcji w 2010 roku, tuż po katastrofie smoleńskiej, i pomimo wyraźnej sympatii społecznej dla Lecha Kaczyńskiego, nie udało mu się na stałe zagościć w Dużym Pałacu.  Autorytet Nawrockiego, szarpiącego się w partyjnych gierkach, mógłby zatem poważnie ucierpieć.

Wydaje się zatem, że prezydent wybierze bezpieczną pozycję obserwatora, miękko wpływającego na tektoniczne ruchy na prawicy.  Nie chce nikogo do siebie zrażać, ale też niespecjalnie chciałby stawać po którejś ze stron. Raczej poczeka na to, co ostatecznie wyłoni się z tej prawicowej kotłowaniny, z którą mamy do czynienia od kilku miesięcy. To oczywiście podróż między Scyllą potrzeby politycznej niezależności a Charybdą oczekiwań partyjnych bonzów, chcących zaangażować prezydenta na swoją korzyść.

Prezydent jednak nie bardzo miałby właściwie na kogo postawić. PiS musi budzić u Nawrockiego mieszane uczucia, bo choć to on zaprowadził go do Pałacu Prezydenckiego, to jednak jest dzisiaj partią wyraźnie pokiereszowaną. Konfederacja z kolei szarpana jest wewnętrznymi konfliktami i słaba organizacyjnie, może okazać się po wyborach – lub jeszcze przed elekcją – łatwym łupem dla Kaczyńskiego. Zaś Brauniści, podobnie zresztą jak Rozwój Plus, to ciągle wielka niewiadoma. W dodatku „Koroniarze” są dla Nawrockiego pewnym kłopotem z powodu kierowanych pod ich adresem oskarżeń o sprzyjanie rosyjskiej propagandzie.

Nie sądzę, by Nawrocki miał jakiś pomysł na końcowy wynik ewentualnych rozmów koalicyjnych wszystkich prawicowych partii. Na razie dba o to, by budować swój autorytet, jako stały ląd na wzburzonych falach partyjnych sporów. I nie chce zrazić do siebie wyborców żadnej z tych partii. Dlatego, jak sądzę, nie zdecyduje się na patronowanie żadnej inicjatywie, która może okazać się ryzykowna jeśli chodzi o jej efekt końcowy. O tym, po czyjej stronie stanąć, Nawrocki zdecyduje najpewniej po wyborach w 2027 roku, kiedy wyjaśni się zapewne, kto tak naprawdę może rozdawać karty w prawicowej polityce partyjnej. Do tego czasu prezydent ograniczy się do miękkiego wpływu: okrągłych deklaracji, zakulisowych rozmów i budowania swojej pozycji w prawicowych elektoratach. 

Tomasz Figura

Zróbmy to razem!
Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.
Wybierz kwotę: