Donald Trump - atencjusz, nie kontrrewolucjonista. Czy teraz będzie naprawdę zły?

redakcja.jpg
Autor:
Tomasz Figura
DT.jpg
Fot: Aaron Chown / PA Images / Forum

Czy Donald Trump zawiódł nadzieje prawicy? Zapewne tak, choć w gruncie rzeczy prawica nigdy nie powinni mu zanadto ufać. Władzę zdobywał nie jako kontrrewolucjonista, ale atencjusz, który stał się narzędziem zemsty w rękach rozczarowanych Amerykanów. To z pewnością kiepski materiał na radykalną zmianę. 

Donald Trump zaszokował niedawno katolików, publikując bluźnierczy obrazek, na którym umieścił samego siebie w roli Pana Jezusa. Słusznie, że bluźnierstwo oburza, gorzej, że niektórzy ze zdziwieniem kręcili wówczas głowami, zaskoczeni i samym obrazkiem, i krytyką pod adresem papieża Leona. Trump bowiem nigdy nie był inny. Jedyne, co się zmieniło, to jego otoczenie. Bo dzisiaj w kręgu współpracowników nie ma już nikogo, kto mógłby mu powiedzieć: „Hold your horses, Mr President”. Pozbawiony hamulców Trump jest zatem taki, jaki jest: niezbyt kompetentny, porywczy i rozkochany w permanentnym show. Co nie oznacza, rzecz jasna, że nie dokonał niczego, co służyło interesom USA i spowolniło nieco lewicowo-liberalną rewolucję.

Niespełniona obietnica?

Zróbmy to razem!

Donald Trump w zasadzie nigdy nie był inny, niż jest obecnie. Część prawicy zdaje się jednak zawiedziona drugą kadencją Trumpa, tak jakby pierwsza stanowiła jakaś szczodrą obietnicę czegoś wielkiego.

Owszem, w trakcie pierwszej kadencji Trump odnotował pewne sukcesy. Obniżając podatki dla biznesu spowodował ożywienie gospodarcze, podjął działania na rzecz zahamowania nielegalnej migracji, a przede wszystkim sporo udało mu się dokonać w polityce zagranicznej. Wypowiedział coraz mniej opłacalną dla Ameryki umowę NAFTA, zdecydował o wycofaniu wojsk z Afganistanu, bombardował cele w Syrii w związku z wykorzystaniem broni biologicznej przez tamtejszego dyktatora, Baszara Al-Assada. Jeśli chodzi o traktowanie partnerów z NATO to jego metody nie różniły się zbytnio od obecnych. Straszył wystąpieniem Ameryki z paktu waszyngtońskiego, domagał się, by kraje członkowskie zwiększały nakłady na zbrojenia, zamiast „jechać na gapę” amerykańskim wehikułem, wreszcie naciskał Japonię i Koreę Południową do płacenia Ameryce w zamian za zapewnianie tym krajom bezpieczeństwa.

Podstawił też na deglobalizację, wypowiadając chociażby porozumienia paryskie na rzecz klimatu. Stała za tym przekonanie, iż Stany Zjednoczone ponoszą nieustannie koszty globalizacji, tracąc w dużej mierze na rzecz rosnących w siłę Chin. 

Trump zawsze miał dość proste, by nie rzecz prostackie podejście do polityki, co nie oznacza, że było ono nieracjonalne. Dość jednak powiedzieć, że polityki nie rozumiał i do dzisiaj chyba w pełni jej nie pojął. W trakcie pierwszej kadencji nie lubił zajmować się dyplomacją. Nie zastanawiał się nad długofalowymi skutkami swoich działań, jakby nie dostrzegał, że istnieją też takie niematerialne składowe w polityce jak wiarygodność, stabilność, potrzeba dotrzymywania umów. Szczególnie ważne, gdy jest się hegemonem.

W polityce działał jak w biznesie: liczyła się „sprawa do załatwienia” tu i teraz. Jego współpracownicy opowiadali, że przed spotkaniami z politykami kazał sobie przynosić dokumenty dotyczące wymiany handlowej z państwem, które polityk reprezentował i sprawdzał, czy USA zyskują na tej relacji czy nie. Jeśli traciły, uznawał, że przegrywa i trzeba odwrócić kartę a jeśli zyskiwały – postrzegał siebie jako zwycięzcę. Jak pisała w jego biografii Maggie Haberman, całą prezydenturę postrzegał w prosty sposób: akcja – decyzja – nagroda.

Trump, wbrew temu, co głoszono nierzadko na prawicy, nie jest wizjonerem. Jest biznesmenem, któremu spodobało się bycie prezydentem Stanów Zjednoczonych, a złośliwi powiedzą nawet, że czerpie z tego określone profity dla swoich interesów. Przez długie lata prowadził program rozrywkowy w amerykańskiej telewizji, w którym grupa osób konkurowała o stałą posadę w jego firmie. Zyskał tym ogromną popularność, świetnie też odnalazł się w showbiznesie. I wiele wskazuje na to, że do prezydentury nie pchnęły go wcale gorące uczucie do Ojczyzny, ale ambicje. Oraz polityczni macherzy, którzy zobaczyli w nim polityka na współczesne czasy. Człowieka zdolnego zmobilizować twardy elektorat Republikanów oraz pociągnąć coraz bardziej pogrążające się w poczuciu beznadziei centrum. I to się Trumpowi udało, za co z pewnością należy mu się uznanie.

Nie możemy jednak uciekać od przyczyn tego sukcesu. Alex Isenstadt w książce „Zemsta” dość celnie jak się wydaje zdiagnozował popularność Trumpa. Dzięki swojemu niepowtarzalnemu stylowi i charyzmie stał się on bowiem doskonałym materiałem na narzędzie zemsty, którym Amerykanie mogli ukarać establishment za pogłębiający się kryzys. Tak, jak w 1994 roku – to także był czas kryzysu, choć o innym charakterze niż ten obecny – oszołamiającą wręcz karierę w wyborach prezydenckich zrobił „antysystemowy” Ross Perot, tak w 2016 roku jego odnowiona wersja, czyli Donald Trump zwyciężył właśnie po to, by przejechać się walcem po amerykańskich salonach.

Showman

Bo też Trump zawsze był taki sam: wulgarny, bezczelny, sprawny retorycznie, zabijający swoich rywali w debacie niczym skorpion. Wiele ze słów, które wypowiadał pod adresem dziennikarzy czy przeciwników politycznych nie nadaje się do powtórzenia w tym miejscu. Janusz Palikot czy Kuba Wojewódzki – nasze rodzime „chamy” – to przy nim grzeczni chłopcy. Trump korzystając z głębokich napięć w Amerykańskim społeczeństwie, całym sobą dawał do zrozumienia, że jeśli jego rodacy chcą ukarać etablishment, to on będzie dla nich największą karą. Mniej więcej taką, jaką dla Adama Michnika jest dzisiaj popularność Grzegorza Brauna. Na jego wiece przychodzili nie tylko fanatyczni zwolennicy republikańskiej Tea Party, ale także ludzie, którzy chcieli po prostu dobrze się bawić. Posłuchać licznych oskarżeń i tyrad pod adresem nielubianych polityków czy dziennikarzy, wygłaszanych drapieżnym i bardzo kąśliwym językiem.

Trump od lat marzył o prezydenturze, ale w pewien sposób „wymyślili go” tzw. doradcy polityczni, czyli amerykańscy spece od robienia kampanii wyborczych. I to najwybitniejsi, wszak mówimy o Rogerze Stonesie oraz Paulu Manafordzie, uczniach wielkiego Lee Atwatera, autora słynnej kampanii George’a H.W. Busha i spotów wymierzonych w jego konkurenta Michaela Dukakisa. Były to obrazy, które przeszły do historii politycznego marketingu i faktycznie pogrążyły kandydaturę demokraty.

Stones i Manaford, świadomi nowej fali w Partii Republikańskiej, uruchomioną przez ruch Tea Party, znaleźli człowieka nadającego się idealnie do tego, by skanalizować wściekłość Amerykanów w związku z pogłębiającym się kryzysem gospodarczym i kulturowym. Hasło „Make America Great Again” i liczne odwołania do czasów Reagana, który faktycznie dał Ameryce bogactwo i hegemonię, rozbudzało wyobraźnie wielu z tych, którzy pamiętali jeszcze lata 80. i 90., gdy USA rozdawały karty w światowej polityce.

Kiedy Trump wygrywał pierwsze wybory, Republikańska wierchuszka nie tylko drżała na myśl o tym, co teraz ich czeka, ale też miała nadzieję, że uda im się jakoś ucywilizować szalonego prezydenta. I tak było. Do czasu.

Przekleństwo Trumpa

W trakcie swojej pierwszej kadencji, Trump miał wokół siebie ludzi, hamujących nieco jego zapędy. Typowym, choć banalnym przykładem, były nieskładne i nie zawsze udane próby kontrolowania jego tweetów. Uwielbiał sam je pisać, przez co miały one unikatowy styl. Wiązało się z tym jednak sporo zagrożeń, związanych z nieobliczalnością zachowań prezydenta. Dochodziło nawet do sytuacji, że Trump zaczynał tweetować przed snem, leżąc w łóżku. Pewnego razu pisząc post po prostu… zasnął i przypadkiem opublikował urwane zdanie. Mimo to bywały sytuacje, gdy podporządkowywał się zaleceniom swoich współpracowników w zakresie komunikacji.

Ale nie tylko. Liczył się z niektórymi doradcami, bardzo dbał o kontakty z ówczesnym przewodniczącym Izby Reprezentantów, Paulem Ryanem. Konfrontował się z ludźmi wyposażonymi w na tyle silne charaktery, że nie mieli problemu z krytyką prezydenta. Taką osobą był chociażby generał Mike Milley, mianowany przez Trumpa szefem Kolegium Połączonych Szefów Sztabów.

To sprawiało, że Trump nie był w pełni samodzielny. Sporną kwestią stało się chociażby wyprowadzenie wojsk z Afganistanu. Jak wiadomo, decyzja ostatecznie zapadła i amerykańska armia opuściła ten kraj, ale stało się tak po licznych sporach i naradach, których najwyraźniej zabrakło w przypadku decyzji o ataku na Iran, o czym za moment.

Kiedy Trump pierwszy raz obejmował prezydenturę, napotykał też na liczne przeszkody, chociażby wówczas, gdy planował nałożenie ceł na Chiny. Odradzali mu to m.in. sekretarz obrony James Mattis oraz dyrektor Narodowej Rady Ekonomicznej Gary Cohn. Szukał kruczków prawnych, z których obecnie korzysta chętnie – możliwość nałożenia ceł bez zgody Kongresu pod warunkiem, że zagrożone jest bezpieczeństwo narodowe – ale jego otoczenie stawiało wyraźny opór. To hamowało pochopne działania.

Obecnie Trump nie ma wokół siebie takich ludzi jak Mike Pence, John Bolton czy Chris Christie. Dzisiaj w Białym Domu może prędzej liczyć na przytakiwaczy niż kogoś, kto wyprowadzi go z błędu.

Sytuację tę obnażył głośny tekst Maggie Haberman i Jonathana Swana w „New York Times”. Nieźle zorientowani w polityce Waszyngtonu dziennikarze odtworzyli proces decyzyjny, który zaprowadził Amerykę do nieszczęśliwej wojny w Iranie. Opisana została tam ostatnia narada przed podjęciem decyzji. Otwierając ją, Trump poprosił najbliższych współpracowników, żeby powiedzieli, co sądzę o nowej wojnie. O dziwo, niemal nikt nie był w stanie powiedzieć, że pomysł Izraela na tę wojnę – zmiana reżimu i „przejęcie” władzy w Iranie – jest niemożliwy do realizacji, pomimo, iż ostrzegało o tym w analizach CIA.

Wszyscy z najbliższego otoczenia prezydenta przytakiwali, zgłaszając co najwyżej nieśmiałe zastrzeżenia. Nieco wyróżnił się na tym tle wiceprezydent J.D. Vance. Zaznaczył, że nie jest zwolennikiem tej operacji, ale szybko dodał, iż jeśli Trump o niej zdecyduje, to oczywiście może liczyć pełne poparcie.

Co ciekawe, Haberman i Swan zauważyli, że bezradność jak Marco Rubio, John Ratcliffe, czy generał Dan Caine wynikała nawet nie ze strachu przed reakcją szefa, ale z przekonania, że Trump potrafi podejmować decyzje, które na pozór mogą wydawać się nielogiczne, ale ostatecznie zawsze okazują się właściwe.

Jeśli wierzyć temu, co można przeczytać w „NYT”, wniosek nasuwa się jeden: to, co jeszcze niedawno przedstawiano jako wielką szanse Trumpa – przebudowa otoczenia i wprowadzenia doń ludzi z ruchu MAGA – okazało się klapą. Prezydent ma bowiem wokół siebie ludzi niepanujących nad jego porywczym charakterem i indolencją w sprawach polityki międzynarodowej. Takich, którzy postrzegają go jako wybitną jednostkę, posiadająca wiedzę i wizję przekraczającą to, co wiedzą inni. Taka uformowane otoczenie Trumpa sprawia, że obecna administracja potrafi popełniać rażące błędy, jak chociażby w kwestii niepotrzebnej awantury o Grenlandię czy wspomnianej już wojny z Iranem.

Tylko na gorsze?

Trump nie jest tylko ekscentrycznym prezydentem, jest prezydentem w ogromnej mierze pozbawionym kompetencji przywódcy państwa. I o ile potrafi być w niektórych sytuacjach zdecydowany a przez to skuteczny – niechaj najlepszym przykładem będzie tu Wenezuela – o tyle pozbawiony bezpieczników w postaci grupy kompetentnych osób, może podejmować kolejne, bardzo ryzykowne decyzje.

Powiedzmy to wprost: Trump nigdy nie powinien stać się nadzieją prawicy. Owszem, pod wpływem swojego konserwatywnego otoczenia dokonał kilku mądrych decyzji, jak obsadzenie konserwatystami Sądu Najwyższego czy anulowanie głupkowatych decyzji Joe Bidena, które wprowadziły swego czasu istny festiwal akceptacji państwa dla całego przedsiębiorstwa spod szyldu homo-niewiadomo. To także jemu chrześcijanie zawdzięczają możliwość publicznej modlitwy w szkołach. Obecnie jednak, Trump otacza się gronem ludzi spolegliwych a nierzadko też fanatycznie oddanych rozmaitym, bywa że wrogim katolikom, protestanckim wierzeniom, jak to ma miejsce w przypadku Pete’a Hegsetha.

Czy to wszystko jedynie pomyłka i Trump niebawem stanie się faktycznie mężem stanu? Nie wierzę w to. Trump zawsze był po prostu showmanem, w dodatku uwielbiającym przekraczać granice. Jeśli zmienił się od czasu swojej drugiej kadencji, to tylko na gorsze. Nieudany zamach i kolejne zwycięstwo w wyborach dało mu dodatkowo poczucie misji. I realizuje ją na swój, dobrze znany wielu, sposób: za pomocą chaosu i brutalnego chamstwa. Nawet jeśli miejscami imponuje skutecznością, pamiętajmy, że brakuje wokół niego osób, mogących wyperswadować mu podjęcie jakiejś szkodliwej decyzji. Może ufać temu, na co zwykł się kiedyś powoływać – instynktowi. Czyli w istocie nie wiadomo czemu. 

 

Tomasz Figura

 

redakcja.jpg
Autor:
Tomasz Figura
Zróbmy to razem!
Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.
Wybierz kwotę: