Drugie pokolenie migrantów u władzy. „Znaki nowych czasów” we Francji

Bassi Konaté, Demba Traoré, Adama Gaye, Bally Bagayoko – to nazwiska kilku nowych burmistrzów podparyskich przedmieść. Zostali merami w Sarcelles (Val-d'Oise), Le Blanc-Mesnil (Seine-Saint-Denis), Mantes-la-Jolie (Yvelines) i Saint Denis. Są przedstawicielami „lokalnych społeczności” i z pewnością „znakiem czasów”. Ich rodzice pochodzą z Mali, Mauretanii, czy Syrii. Są drugim pokoleniem migrantów.
To logiczna konsekwencja przyjmowania przez lata migracji we Francji. Migranci nie roztopili się we francuskim tyglu, ale stworzyli quasi-getta, na ogół w dzielnicach i na przedmieściach dużych miast. Ich mieszkańcy nie są zbyt zintegrowani z resztą Francji, nie przyjmują republiakńskiej edukacji, mają własne kodeksy zachowań, są nastawieni roszczeniowo, w dużej mierze korzystają z socjalnych mieszkań, zasiłków. Dochodzą do tego spore wpływy społeczne ideologii islamizmu, czy przenoszenie na miejsce pobytu zachowań i kultury z krajów pochodzenia. Dochodzi do tego bieda sztukowana handlem narkotykami. Młodzi ludzie z tych przedmieść nie identyfikują się w dużej mierze z Francją, ale bardziej z krajami pochodzenia, czego dowodem jest np. recepcja w takich miejscach meczów piłkarskich o Puchar Afryki. Głównym wrogiem jest tu policja - „znak obecności” Republiki na tych terytoriach, wspierają lewicę, która uważa ich za nową „klasę robotniczą” i szeroko udostępnia „socjal”. Nic dziwnego, że mieszkańcy takich gett przy okazji chętnie przyjmują jako swoją, ideologię opartą na hasłach „nierówności społecznych”, „walki z rasizmem”, czy „wyrównywania rachunków za epokę kolonialną”.
Wygrane merów pochodzących z migracji jest naturalną konsekwencją pojawienie się drugiego, czy trzeciego pokolenia potomków przybyszów, nabywania obywatelstwa Francji po kilku latach pobytu i pewnej prężności demograficznej takich społeczności. W wielu dzielnicach i miastach stanowią już po prostu większość. Większość nowych merów była wspierana przez skrajnie lewicową partię Zbuntowana Francja (LFI), ale tworzyły się też komitety lokalne bez etykiety politycznej.
Obecnie najgłośniej jest o dawnym królewskim mieście Saint-Denis. Wygrał tu kandydat LFI, mający korzenie w Mali - muzułmanin Bally Bagayoko. Obecnie to miasto typowo imigranckie. Przybysze zastąpili w blokowiskach dawnych robotników, a komunistów w merostwie, ich poprawiona wersja – islamo-lewica. Bagayoko nazywany „panem – wszystko za darmo”, obiecywał w swoim programie bezpłatny transport, pokrywane przez miasto ubezpieczenia zdrowotnego dla nielegalnych migrantów, darmowe wypożyczalnie rowerów. Nowy mer obiecał też rozbroić miejską policję i rzeczywiście się za to zabrał. Mówi, że nie chce „poddać się logice opartej wyłącznie na względach bezpieczeństwa” i pozbawił policję na razie tzw. LBD, czyli broni z gumowymi kulami do tłumieni zamieszek. Nowy burmistrz zrezygnował już z zamówień na nowe LBD, broń palną i tasery. Antypolicyjna histeria spowodowała, że na 140 funkcjonariuszy, 90 już poprosiło o przeniesienie. Mer chce też likwidować miejski monitoring, co jest już postulatem licznych tutaj handlarzy narkotyków, a także wyrzuca z pracy w merostwie urzędników z powodów politycznych.
Trochę się jednak pospieszył. Bally Bagayoko został „upomniany” przez rząd, a sam prezydent Emmanuel Macron wyraził zaniepokojenie scenami ataków i przemocy na przegranych merów, które miały miejsce po wygranych kandydatów z partii LFI. W Creil (Oise), Vaulx-en-Velin (Rodan), Mantes-la-Jolie (Yvelines) i Le Blanc-Mesnil (Seine-Saint-Denis) obrazki wygwizdywania, zaczepiania, a czasem nawet agresji fizycznej wobec ustępujących burmistrzów, wzbudziły przerażenie. Emmanuel Macron zwrócił się do rządu z apelem, by „rządy prawa obowiązywały wszędzie” i dodał, że „w gminach Republiki nie ma możliwości podżegania do buntu”. Także minister ds. działań publicznych David Amiel, oświadczył, że nie wolno merowi zwalniać żadnego funkcjonariusza z powodów politycznych. Przemoc i odwet na byłych merach słowami - „to absolutnie niedopuszczalne” – skomentował także Laurent Nuñez, minister spraw wewnętrznych.
„Ciekawe” rzeczy dzieją się i w innych gminach. W Sarcelles wygrał mer Bassie Konaté, który był wspierany przez lewicową LFI, ale i sieci islamistycznego Bractwa Muzułmańskiego, a także kilku popularnych raperów. Ta wgrana budzi zaniepokojenie, bo Sarcelles to miasto, w którym żyje duża diaspora żydowska i mówi się o tej gminie, że to „Mała Jerozolima”. Od kilku lat Żydzi są tu jednak w mniejszości, a miasto opanowali imigranci. Miejski targ w Sarcelles, jeden z największych i najtańszych w regionie Île-de-France, przypomina północnoafrykański suk. Sojusze nowego mera i problemy tego miasta w departamencie Val-d'Oise są bardzo dalekie od wyidealizowanego obrazu „harmonijnego współżycia wielokulturowego i zróżnicowanego społeczeństwa” propagowanego przez lewicę. Konate rywalizował o wybór z kandydatem socjalistów. Nie było tu w wyborach list Republikanów, czy Zjednoczenia Narodowego, co sporo mówi o składzie społecznym jednego z dziesięciu najbiedniejszych miast Francji (60 000 mieszkańców i 81 milionów euro długu).
Tegoroczne wybory charakteryzowały się w takich dzielnicach dużą emocjonalnością i skrajnościami. Również w departamencie Val-d'Oise, brat nowego mera miasta Goussainville, trafił do aresztu za dźgnięcie nożem przeciwnika politycznego. Burmistrz Goussainville nazywa się… Abdelaziz Hamida i jest politykiem lewicy. Na szczęście życie ofiary nie jest zagrożone. Abdelaziz Hamida był liderem lewicowej listy w Goussainville i otrzymał 50,4% głosów. Ofiarą ataku była osoba popierająca listę opozycji kierowaną przez Jeana-Charlesa Laville'a. Według informacji ujawnionych przez prokuraturę, podczas przypadkowego spotkania między oskarżonym a ofiarą doszło do sprzeczki. Po wymianie argumentów werbalnie, 42-letni Hosseyne Hamida wyciągnął nóż i dźgnął ofiarę. Warto dodać, że mer Abdelaziz Hamida, w 2020 roku, podczas swojego pierwszego startu na mera miasta był umieszczony w tzw. aktach S (zagrożenia dla bezpieczeństwa państwa). Wśród osób z jego otoczenia, służby bezpieczeństwa wykryły osoby podejrzewane o „radykalizację i radykalny islamizm”.
Tego typu historie można by kontynuować dalej. Trzeba zauważyć jednak, że na razie sam system mocno scentralizowanego państwa nie pozwoli merom na jakiś wyjątkowy indywidualizm i spektakularne działania. Ostatnie wybory wskazują jednak na coraz większe zakorzenienie polityczne lokalnych układów i postępy islamo-goszymu. Tzw. „strefy bezprawia” zyskują lokalne reprezentacje polityczne, a islamizacja i antyrepublikanizm powoli wkraczają na wyższy „level” już oficjalnych struktur. Wybory samorządowe pokazały, że prawdopodobnie nadciągającego kryzysu społecznego w tym kraju nie uda się już uniknąć.
Bogdan Dobosz






