Dyskusje wokół „Belgistanu”. Czy Europa Zachodnia jest stracona?

Belgia, Francja, ale i cała zachodnia Europa ma problem z ideologią islamu, która nie jest tylko religią, ale całym systemem prawno-społecznym. Ten w wielu obszarach wchodzi w konflikt z zasadami współżycia w krajach europejskich. Tygodnik „Marianne” poświecił temat numeru „islamizacji Belgii”, a jego echa dotarły też i do Francji, rozbudzając debatę na temat niebezpieczeństwa tego zjawiska w Europie.
Laboratorium islamizmu
Magazyn zamieścił cykl artykułów na ten temat, m.in. tłumacząc „jak Belgia stała się laboratorium europejskiego islamizmu” i pytając o „jutro Francji”. Wskazano, że „Belgia nie ma narzędzi prawnych do walki z islamizmem” i przedstawiono reportaż z „serca Belgistanu”.
Wymowa artykułów jest jasna „władze publiczne z trudem sobie radzą” z coraz bardziej radykalnym islamizmem. Belgia ma być swoistym laboratorium, tego, co dzieje się w Europie Zachodniej, gdzie ma to jeszcze miejsce w „sposób fragmentaryczny”. „Od Molenbeek po Liège, od Verviers po Antwerpię, odsłaniana jest mapa islamizmu, który znalazł tu swoją ostoję, sieci i ciszę. Belgia pokazuje, wyraźniej niż ktokolwiek inny, jak islamizm rośnie w siłę, gdy społeczeństwo waha się go choćby nazwać po imieniu. Rozwija się od miejsc kultu po szkoły, od stowarzyszeń po rady lokalne, nawet w treściach debaty publicznej i wchodzi w szczeliny demokracji” - stwierdza Ahmed El Keiy, francusko-egipski publicysta.
Nadia Geerts w innym artykule zauważa, że „Belgia nie ma narzędzi prawnych do walki z islamizmem”, a np. „Bractwo Muzułmańskie, będące awangardą islamizmu w Europie, jest tu obecne za pośrednictwem swojej europejskiej organizacji - Rady Muzułmanów w Europie (CME)”.
Siedziba tej organizacji znajduje się w Belgii od 2007 roku. Jest też Liga Muzułmanów Belgii, liczne oddziały organizacji z państw Maghrebu i Bliskiego Wschodu i duża ilość muzułmańskich stowarzyszeń. To zaplecze ruchu islamistycznego.
O „Belgistanie” pisze Mathieu Delcourt, który stwierdza, że w Belgii „islamizm zakorzeniał się przez dekady”, a „przywódcy polityczni, zwłaszcza lewicowi, wciąż odwracają od tego zjawiska głowy”. Zamieszczone materiały pokazują też różne przykłady bezsilności państwa i prawa. Członek Bractwa Muzułmańskiego i wieloletni imam meczetu Al-Khalil w Molenbeek, Mohamed Toujgani, zyskał rozgłos w 2009 r. dzięki słynnemu kazaniu, w którym wezwał do „palenia syjonistów”. Służba Bezpieczeństwa Państwa, czyli belgijski cywilny wywiad, sklasyfikowała go jako „poważne zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego”. Sekretariat ds. Azylu cofnął więc dziesięcioletnie pozwolenie na pobyt imama w 2021 r. i został on deportowany do rodzinnego Maroka na początku 2022 r. Jednak wrócił do Brukseli dzięki odwołaniu i pozytywnej decyzji sądu, a teraz jest już również obywatelem belgijskim. Sąd Kasacyjny orzekł w 2025 roku, że nie ma podstawy prawnej, by uniemożliwić mu naturalizację.
Dokąd doszliśmy?
Echa artykułów „Marianne” wywołały szerszą debatę. Po lewej stronie pojawił się co prawda natychmiast „odruch Pawłowa” i oburzenie na zasilanie tez „skrajnej prawicy”, ale pojawiły się też dodatkowe analizy zjawiska. W tygodniku „Valeurs” napisano wprost, że „wyłania się coraz bardziej przerażająca rzeczywistość, która po cichu działa w niektórych częściach Europy Zachodniej: rozproszony rozwój islamizmu, który nabrał charakteru kulturowego, społecznego, a czasem już politycznego i stopniowo staje się normą na niektórych europejskich obszarach miejskich”.
We Francji było to już widoczne w czasie ostatnich wyborów lokalnych, a podmiejskie gminy stają się poletkiem doświadczalnym islamu politycznego, o czym mówi np. Gilles Platret, mer miasta Chalon-sur-Saône i polityk Partii Republikanie (LR). Wskazuje się, że „najbardziej niepokojący aspekt” niekoniecznie dotyczy samego agresywnego islamizmu, manifestującego się np. aktami terrorystycznymi. Bardziej niepokojące może być to, że islamizm zdobył już sojuszników ideologicznych na uniwersytetach, wśród lewicowych aktywistów, a czasem także w mediach. W imię antyrasizmu, walki z dyskryminacją czy krytyki postkolonializmu, zawiązano „toksyczny sojusz” lewicy europejskiej z islamizmem.
Terroryzm to tylko wierzchołek góry lodowej
Frédéric Roussey na łamach „Valeurs” analizuje historię tego zjawiska i zauważa, że „Europa początkowo naiwnie wierzyła, że masowa imigracja z lat 60. i 80. XX wieku doprowadzi ostatecznie do naturalnej asymilacji. Jednocześnie jednak państwa europejskie pozwoliły na rozwój całych dzielnic islamu”. Ta gettoizacja, komunitaryzm i „nowa tożsamość” stopniowo „zastępowała logikę narodową”. Republika abdykowała i pojawiły się niemal strefy bezprawia. Powoli upadał na tych terenach autorytet państwa, zastraszone szkoły przestały pełnić rolę integracyjną, a nawet modyfikować programy nauczania, by nie urażać uczniów muzułmańskich, pojawiło się wreszcie polityczne wsparcie i patronat lewicy, która zobaczyła w migrantach nową „klasę robotniczą” i naturalny elektorat. Panowała przez lata zmowa milczenia, a próby ostrzeżenia były odbierane jako „narracja skrajnej prawicy”. Ciszę przerwały dopiero ataki terrorystyczne z 13 listopada 2015 roku, a następnie ataki w Brukseli w 2016 roku. Okazało się jednak, że ich autorzy urodzili się, wykształcili i socjalizowali się już w Europie i byli częścią swoich społeczeństw. Zagrożenie okazało się więc już „wewnętrzne”.
Groźniejszym od terroryzmu zjawiskiem może być jednak to, że pojawiła się cała grupa obywateli, którzy są wyznawcami ideologii zerwania z kulturą, korzeniami i cywilizacją europejską. Cytowany wcześniej Roussey pisze wprost, że w wielu europejskich dzielnicach kulturowe odrzucenie Europy, stopniowo przekształciło się w nową „postawę tożsamościową”, wspieraną przez „część europejskiej skrajnej lewicy”. Ta „usiłuje wyjaśnić, że prawdziwym problemem nie jest islamizm, lecz wyłącznie islamofobia, a krytyka islamu politycznego została zrównana z rasizmem”. U migrantów i ich potomków buduje to „mentalność ofiary” i przekonanie, że są strukturalnie odrzucani, prześladowani, że żyją „w systemie i otoczeniu z natury wrogim, rasistowskim i opresyjnym”. To gotowy przepis na radykalizację muzułmanów i powstawanie spirali nienawiści. Roussey mówi o powstaniu „mentalności kontr-społeczeństwa”, w której „potencjalne ojczyzny są postrzegane jako wrogie struktury, które należy zwalczać lub omijać” i dodaje, że „islamizm działa tu jak powolna trucizna: szerzy separatystyczne normy kulturowe, głęboką nieufność do instytucji, policji, szkół, równości płci”.
Szukanie recepty, ale czy ta choroba jest uleczalna?
Stąd wnioski, że przyszłe zagrożenia ze strony islamizmu niekoniecznie będą dotyczyć akurat aktów terroryzmu. Podmiejskie getta stworzyły podłoże do „mentalnej secesji od reszty kraju”. W tej dyskusji padają też postulaty zaradzenia sytuacji: „reinwestowania w szkoły, przywrócenia autorytetu władzy publicznej, zwalczania zagranicznego finansowania sieci islamistycznych, lepszej kontroli meczetów i szkół koranicznych oraz prowadzenia konkretnej polityki asymilacyjnej”. Pojawia się nawet postulat „rehabilitacji w Europie narracji narodowych”. Roussey słusznie zauważa, że „cywilizacja, która traci wiarę w siebie, zawsze w końcu pozwala innym ideologiom wypełnić powstałą pustkę”. Problem w tym, że do takich zmian często brakuje woli politycznej, a być może w przypadku kilku krajów ich przywódcy są „mądrzy już po szkodzie”.
Bogdan Dobosz






