Filip Obara: Czy uratowanie Polski z rąk łajdaków i nieudaczników jest możliwe?

Obara_1024x1024 (1).jpg
Autor:
Filip Obara
Stanczyk przed Trybunałem Konstytucyjnym (1).png
fot. AA/ABACA / Abaca Press / Forum /Oprac. PCh24.pl

W momencie, gdy system III RP chwieje się w posadach, prawdziwym sprawdzianem cnoty obywatelskiej Polaków będzie to, czy pozwolimy tej klasie politycznej wymrzeć śmiercią naturalną, czy też wykopiemy ją na zbity pysk…

Morze słów wylano już na temat resetu w Trybunale Konstytucyjnym. Znacznie mniej mówiono o tym, czy ten trybunał jest nam w ogóle potrzebny, skoro mamy Sąd Najwyższy. Jeszcze mniej – o tym, czy uzdrowienie TK naprawdę pomoże Polsce, w której cały system wymagałby zastosowania zasady „wszystkich won”. Dlatego nie będę już grzebał się w „bieżączce”, lecz zaproponuję Czytelnikowi refleksję na temat czegoś znacznie bardziej pierwotnego niż ustrój państwowy i system polityczny – a bez czego nie może być mowy o normalnym funkcjonowaniu państwa.

Sumienie w życiu publicznym

Bodaj najlepszym sprawdzianem tego, ile sumienia pozostało w społeczeństwie, jest stan moralny funkcjonariuszy policji. „Bunt” w służbie najbardziej kojarzonej z codziennym aparatem represji to objaw tego, że sumienie jeszcze w narodzie nie umarło.

Zróbmy to razem!

To ono jest głosem rozumu, który rozpoznaje wolę Bożą wyrażoną w obiektywnym porządku moralnym. Jeżeli policjanci nie popadają w bezkrytyczne wykonywanie rozkazów i egzekwowanie nawet najabsurdalniejszych przepisów, to znaczy, że prymat sumienia nad ślepym posłuszeństwem wciąż jest w społeczeństwie obecny.

Przy okazji sędziów TK mówi się o tym, że podlegają oni jedynie Konstytucji, a więc nie stosują się do ich statusu żadne ustawy i rozporządzenia. Podobnie jest z sumieniem, niezawisłym od ludzkich praw i przepisów. Jedyne prawo, jakie w nim obowiązuje, to prawo naturalne. Każde inne obliguje o tyle, o ile pozostaje zgodne z prawem naturalnym. Mamy zaś obowiązek sprzeciwić się wszelkim prawom, które są z tym nadrzędnym sprzeczne.

Ale sumienie – żeby podpowiadało nam to, co jest faktycznie rozumne i zbieżne z obiektywnym dobrem – musi być poprawnie ukształtowane. Tu swoją rolę do odegrania mają klasyczna formacja etyczna oraz katechizacja w duchu scholastycznym. Bez tego jesteśmy zdani wyłącznie na własną intuicję i mam wrażenie, że w przypadku policjantów bardzo często sumienie działa, ale nie wykracza poza podstawowe, intuicyjne pojęcia.

Jest w tym ogromna wina systemu III RP, który nie przygotowuje nas do świadomego życia społecznego. Jest to system etatystyczny, momentami wręcz pruski, który zakorzenia w nas przekonanie, że mamy bezkrytycznie przyjmować wszystko, co stanowi władza, ponieważ ponad nią nie ma żadnej innej normy. Co gorsza, z takiego przekonania nie wytrąca nas polski Kościół, którego hierarchowie wolą żyć w bezproblemowej symbiozie z władzą świecką niż narazić się przypomnieniem, że władza ta powinna stosować się do normy, która jest od niej wyższa i ważniejsza – do prawa naturalnego i Bożego.

Przekonanie o wyższości prawa naturalnego nad stanowionym jest logiczną konsekwencją kierowania się sumieniem w służbie publicznej i każdy policjant (oraz każdy obywatel) powinien rozumieć różnicę pomiędzy tymi dwoma rodzajami prawa.

Sumienie w życiu publicznym samo przez się oznacza również przekonanie o zdolności rozumu do poznania oraz o tym, że mamy przyrodzone i niezbywalne prawo do podążania za rozumem – także przeciwko władzy, która depcze jego wskazania.

Precz z polityką!

Patologiczne upolitycznienie Polaków sprawiło, że zapomnieliśmy, iż społeczeństwo jest żywym organizmem, a nie „zasobem ludzkim” podlegającym manipulacjom socjotechniki. Bez końca rozprawiamy o polityce, gdy w tym samym czasie szwankują absolutne podstawy naszej rzeczywistości.

Tak jak prawo wyrasta z obyczajów, tak zdolność do działań politycznych bierze się z oddolnej samorządności narodu. Tymczasem, kiedy zadajemy sobie pytanie, jak naprawić Polskę, to zazwyczaj myślimy o rozwiązaniach politycznych, pomijając fakt, że nie będzie zdrowej polityki, jeżeli społeczeństwo pozostanie pogrążone w marazmie.

Podam przykład. Za każdym razem, gdy wsiadam w godzinach szczytu do podmiejskiego pociągu, powtarza się ten sam schemat: dziki tłum ludzi przy wejściach i mnóstwo wolnego miejsca w głębi wagonów. Kiedy proszę ludzi, by się przesunęli, widzę zazwyczaj zblazowane miny i słyszę coś w rodzaju „ale jaaak”. „Ludzie, nie można bać się przejść przez pociąg” – odpowiadam, po czym zajmuję komfortowo miejsce na paru metrach kwadratowych wolnej przestrzeni.

Przykład jest trochę naciągany, ale i tak zadam pytanie: Skoro Polacy nie są zdolni zorganizować się na tyle, by uniknąć tego komunikacyjnego absurdu, to jak mają przygotować ogólnokrajowy, skuteczny opór przeciwko władzy?

Walka z etatystyczną mentalnością (przekonaniem, że do władzy należy uporządkowanie wszystkich aspektów naszego życia) jest naszym kluczowym zadaniem, począwszy od wychowania dzieci, a skończywszy na organizowaniu się w lokalną samopomoc.

Mamy sprzeczne oczekiwania. Chcemy zdrowego systemu politycznego bez zdrowej podstawy społecznej. Bez świadomości etapowości kształtowania się organizmów państwowych. Dopiero kiedy urośniemy w siłę w nieformalnych strukturach sąsiedzkich czy szkolnych, będzie można mówić, że istnieje jakiś zawiązek potencjału politycznego. Bo polityka wyrasta z lokalnej samorządności, tak jak instytucja państwa wyrosła z instytucji rodziny i jak władza polityczna wyrosła z władzy rodzicielskiej.

Zmiana prawa niewiele da, jeżeli u jej podstaw nie leży zakorzeniona w społeczeństwie kultura prawna. Podobnie zmiana struktur władzy – teoretycznie mogłaby pomóc, ale pytanie, czy do niej dojdzie i czy będzie wydajna, skoro również nie ma się na czym oprzeć?

Jeżeli już zaś mamy mówić o polityce, to jest jedna rzecz, której odpuścić nam nie wolno: obecnego w klasycznej filozofii twierdzenia, że polityka jest przedłużeniem etyki. Polityka to nic innego, jak sztuka wprowadzania zasad moralnych do życia publicznego. Jeżeli w jakikolwiek inny sposób rozumiemy politykę, to stajemy się doskonałym materiałem do formowania przez wszelakiej maści oszustów i manipulatorów.

Precz z dyktaturą psychologów!

Żadnego ze szkicowanych tu celów nie uda się osiągnąć, jeżeli model wychowawczy i system edukacji będą nadal podlegały fundamentalnym błędom filozoficznym (czy też antropologicznym).

Jesteśmy spacyfikowani już na poziomie wychowania. Kiedy „osoba sędziowska” uzurpująca sobie władzę nad Trybunałem Konstytucyjnym wygadywała w mediach, że prezydent Nawrocki „staranował nas i zaczął krzyczeć”, to w normalnej rzeczywistości popukalibyśmy się po głowie. Ale dziś krzyk został oficjalnie uznany za narzędzie przemocy.

Jednak w istocie to zupełnie normalne, że w pewnych okolicznościach (na przykład ze względu na bezpieczeństwo albo po prostu dlatego, że jest głośno) czy dla wyrażenia określonych emocji człowiek krzyczy. Po to ma gardło i struny głosowe, żeby dobierać ton do okazji.

Ale w dyktaturze psychologów, w której żyjemy, wszystko, co budzi najmniejszy dyskomfort, jest utożsamiane ze złem. To istotne, żeby to zrozumieć, ponieważ jazgot mediów na temat interwencji Prezydenta to nie tylko celowe nakręcanie histerii, ale także konsekwencja błędnej na poziomie filozoficznym definicji przemocy. Funkcjonuje ona w naszym systemie i ostatecznie sprowadza się już nawet nie do tego, że tylko władza może korzystać z przemocy – ale tylko władza z odpowiedniego nadania i ciesząca się błogosławieństwem przewodniczącego Komisji Europejskiej!

W pełni zgadzam się z Krzysztofem Stanowskim, że „jeżeli ktoś podnosi rękę na mojego prezydenta, to ta ręka ma być wykręcona albo i złamana”. Jeżeli kobieta, która rzuciła się na prezydenta, sekundę później nie leżała twarzą do ziemi, ze złamaną i skrępowaną kajdankami ręką i nie została jak worek ziemniaków wrzucona do radiowozu, to znaczy, że państwo polskie wyzbyło się wszelkich nawet pozorów powagi.

W sytuacji podniesienia ręki na ostatni bastion Majestatu Rzeczypospolitej nie ma bowiem różnicy na płeć, nie ma względu na stanowisko, a nawet na immunitet. Wchodzi w grę tylko i wyłącznie ochrona nienaruszalności Głowy Państwa jako pierwszej osoby w tym państwie, a za niedopełnienie swoich obowiązków do odpowiedzialności powinni być pociągnięci również agenci SOP-u, którzy dosłownie chowali się za Prezydentem.

Tylko że zrozumienie kwestii dotyczących obowiązku, hierarchii, autorytetu, jak również powinności wynikających z cnoty męstwa, zaczyna się właśnie na poziomie wychowania. Gdyby legalny prezes Trybunału Konstytucyjnego był pod tym względem inaczej uformowany, to nie kryłby się po kątach, nie wysyłałby do TK swojego zastępcy, ale okopałby się na miejscu, aby nie pozwolić na siłowe przejęcie instytucji, za którą jest odpowiedzialny.

Zmęczeni demokracją – niegotowi na dyktaturę?

Jeżeli czekamy aż tyrani w perukach demokratów wymrą i co najwyżej w wyjątkowych okolicznościach wychodzimy na ulicę, to pozostajemy na pozycjach biernego oporu.

Ma to ten pozorny plus, że zachowujemy względny święty spokój, a ten minus – że tracimy dziejową szansę na wykazanie się cnotą obywatelską i wzięcie spraw państwowych we własne ręce.

Myśl o tym, że duopol PO-PiS (którego poprzedniczką jest banda czworga) po prostu zniknie ze względu na wymianę pokoleniową, napawa mnie głębokim żalem i poczuciem bezsilności. Nic nie trwa wiecznie i nie będzie naszą zasługą, jeżeli zajmiemy opustoszałe miejsca.

Dlatego pomimo ogromnego dystansu, jaki mam do bieżącej polityki, doceniam obecność w niej osób, które pomimo marginalności swojej pozycji próbują realizować ideały prawdziwie konserwatywne.

Sytuacja wokół Trybunału Konstytucyjnego i trwające od dekad partyjniackie przeciąganie liny, w którym nie chodzi o dobro Polski, ale wyłącznie o interes stronnictwa, to formuła, która – jak śmiem suponować – jest na wyczerpaniu.

Przy okazji sporu o TK wyszła sprawa wewnętrznego podzielenia władzy i blokowania się nawzajem owych filarów trójpodziału. Takie rozdarcie jest złe, ale – jak sądzę – przy założeniu, że władza jest zdrowa, a władza jest zdrowa – jako się rzekło – kiedy wypływa ze zdrowego społeczeństwa. W przeciwnym wypadku nie mam przekonania, czy faktycznie chcemy, by władza była skuteczna, kiedy jest patologiczna. Jesteśmy w metapolitycznym klinczu.

Nie jestem fanem demokracji powszechnej i wolałbym oddać swoje prawo do głosu za odrobinę praworządności i uszanowania moich przyrodzonych praw. Ale nie potrafię uniknąć wrażenia, że w obecnym kryzysie (szerzej potraktowanym) nawet zagorzali demoliberałowie zaczynają mieć problem z obecną odsłoną demokracji.

Jednocześnie przez te wszystkie lata nie zdołaliśmy wytworzyć dojrzałych struktur społecznych zdolnych do wywierania realnego wpływu na kształt polityki. Nieodmiennie jesteśmy zakładnikami głównych graczy zabetonowanego systemu i szczerze mówiąc, mam niewielką nadzieję, że metodami demokratycznymi uda się to zmienić.

Powstaje pytanie, czy kryzys da się przezwyciężyć na drodze demokratycznej, która wymaga takiej czy innej większości, a więc – dojrzałości przynajmniej połowy społeczeństwa? To pociąga za sobą kolejne: Czy w takim razie jedynym wyjściem nie jest jakaś forma autorytaryzmu – niekoniecznie wojskowego, ale rozumnego, szanującego polską i europejską tożsamość, opartego na przesłankach wynikających z prawa naturalnego?

Proszę mi zarzucić pesymizm, ale stwierdzę, że i tu nie ma wielkiej nadziei. Żeby władza autorytarna – albo choćby system z silnym przywództwem prezydenta – działała właściwie, to potrzebny jest bezpiecznik w postaci silnego społeczeństwa, które jest w stanie bronić praworządności, gdy narusza ją władza.

Co nam po dobrym systemie ze spójną i sprawczą władzą, jeżeli – po pierwsze – sami nie wiemy, czego chcemy, a po drugie, nie mamy dość cnoty i narzędzi, by stawiać tamę nieuprawnionym zakusom takiej władzy?

Z tym pytaniem pozostawię Czytelnika, dodając tylko to, co jak mantrę – do znudzenia – powinniśmy powtarzać: uratowanie Polski z rąk łajdaków i nieudaczników nigdy nie stanie się realne bez pracy organicznej, bez wpojenia naszym dzieciom zdrowych pojęć i uchronienia ich przed zgubnym wpływem systemu, a przede wszystkim bez ukształtowania w nich cnoty obywatelskiej i przekonania, że jest coś więcej niż ja.

Filip Obara

mid-26a30149.jpg
fot PAP/Marcin Gadomski

Filip Obara: Trybunał Stanu dla Tuska!

Były prezydent Korei Południowej usłyszał wyrok dożywocia za zablokowanie na sześć godzin budynku parlamentu. Obecnie prokuratura wnioskuje o karę śmierci. W sytuacji, w której – technicznie – Donald Tusk robi to samo, powstaje pytanie o konsekwencje. Poważnych kłopotów nastręcza jednak polska Konstytucja, w świetle której jest praktycznie niemożliwe, by polityk stanął przed Trybunałem Stanu… ​- N...Czytaj dalej
Obara_1024x1024 (1).jpg
Autor:
Filip Obara
Zróbmy to razem!
Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.
Wybierz kwotę: