Gdy ideologia wypiera naukę. Fizyk o polityce klimatycznej Unii Europejskiej

UE postawiła na technologie, które po 20 latach ogromnych dotacji i preferencyjnych regulacji pokrywają zaledwie trzy procent światowego zapotrzebowania na energię. W ekonomii nazywa się to przegraną propozycją – pisze fizyk dr Peter F. Mayer.
Austriacki naukowiec odniósł się do bilansu zawartego w 75. Statystycznym Przeglądzie Energii Światowej. Wbrew przechwałkom Brukseli, powtarzającej slogany o własnej „wiodącej roli” i „zielonej transformacji” rzeczywistość pokazuje, że świat wciąż opiera swój bilans na węglu, ropie naftowej i gazie ziemnym. Europa zaś, zamiast przepowiadanej przez siebie pozycji lidera, przełyka gorzką pigułkę gospodarczej recesji.
Zużycie energii na naszym kontynencie od 2015 roku spada co 12 miesięcy o 1 procent. W tym samym czasie w krajach Azji i Pacyfiku rośnie średnio o 2,6 procenta.
„To nie triumf cnót ekologicznych. To deindustrializacja w zwolnionym tempie” – recenzuje Mayer.
Mniejsze zużycie energii oznacza bowiem kurczenie się produkcji, a w ślad za nim – coraz mniejszą konkurencyjność. Przemysł przenosi się na kontynenty, które bardziej sprzyjają rozwojowi. Kreatywna księgowość Unii Europejskiej zanotuje co prawda lokalne zmniejszenie emisji CO2, jednak oznacza to tylko przeniesienie fabryk w inne rejony świata.
„Tymczasem bowiem globalne zużycie energii osiągnęło w 2025 roku nowy rekordowy poziom 600 eksadżuli. Dla zobrazowania: dżul to praca wymagana do wytworzenia jednego wata mocy w ciągu jednej sekundy. 600 eksadżuli to 600 kwintylionów dżuli – liczba z 20 zerami” – pisze autor.
Największy udział w światowym bilansie energetycznym należy do ropy naftowej (33,5%), węgla (27,6%) oraz gazu ziemnego (25,1%).
Tak zwane odnawialne źródła (OZE) – energia słoneczna i wiatrowa – przyniosły raptem w ubiegłym roku marne 3 procent.
Mayer nawiązuje do znanego raportu na temat konkurencyjności Europy z 2024 roku, firmowanego nazwiskiem Maria Draghiego, premiera Włoch w okresie reżimu covidowego oraz byłego szefa Europejskiego Banku Centralnego. Wskazano tam jako centralny problem rozwojowy UE wysokie ceny energii. „[Autor] Zachowuje się jednak tak, jakby te ceny spadły z nieba – jak uderzenie meteorytu, za które nikt nie ponosi odpowiedzialności. To intelektualnie nieuczciwe. Ceny energii nie są zjawiskiem naturalnym. Są bezpośrednim, celowym rezultatem handlu emisjami CO₂, taryf gwarantowanych, opłat za rozbudowę sieci, przepisów dotyczących minimalnej odległości turbin wiatrowych, pozwoleń na wąskie gardła, wycofywania energii jądrowej i celowego wzrostu cen paliw kopalnych. Każdy, kto mówi A – dekarbonizacja za wszelką cenę – musi również powiedzieć B: deindustrializacja” – zauważa dr Peter F. Mayer. Jak dodaje, brak odnotowania tej oczywistej prawidłowości wskazuje na to, że nawet tak zwane krytyczne głosy wychodzące z wewnątrz unijnego systemu nie mogą podważać fundamentalnej „zielonej narracji” – a więc dotrzeć do istoty kwestii słabej konkurencyjności Unii Europejskiej.
W zeszłym roku zatem wzrost gospodarczy UE zakręcił się wokół... zera. USA zanotowały 2 procent na plusie. Gospodarki azjatyckie cieszyły się kilkukrotnie większymi wskaźnikami.
„Azja Południowo-Wschodnia masowo zwiększa swoje moce wydobywcze węgla, a nikt w Pekinie, Delhi czy Dżakarcie nawet nie pomyślałby o poświęceniu własnej industrializacji dla europejskich celów klimatycznych. To jest kluczowa kwestia, której aktywiści klimatyczni nigdy nie chcieli zrozumieć: energia nie jest dobrem luksusowym, które można wybierać według kryteriów etycznych. Energia jest fizyczną podstawą wszelkiej aktywności gospodarczej. Termodynamika nie negocjuje. Druga zasada termodynamiki nie liczy się z bilansem emisji CO2” – czytamy w tekście.
Na czym polega zasadnicza różnica w podejściu do energetyki w wykonaniu światowych graczy? Chodzi o gęstość energii. O ile kilogram węgla kamiennego zawiera około 30 megadżuli, zaś kilogram uranu – ponad 80 milionów megadżuli, gęstość energetyczna energii słonecznej i wiatrowej w stosunku do powierzchni jest o rzędy wielkości niższa. „Dlatego wymagają ogromnych obszarów lądowych, ogromnych ilości surowców do budowy infrastruktury oraz – co jest ich największą wadą – drogich rozwiązań magazynowania lub elektrowni zapasowych, zasilanych ropą naftową lub gazem ziemnym na nieuniknione okresy niskiej produkcji energii wiatrowej i słonecznej” – wskazuje autor.
„UE postawiła na technologię, która po 20 latach ogromnych dotacji i preferencyjnych regulacji pokrywa zaledwie trzy procent światowego zapotrzebowania na energię. W ekonomii nazywa się to przegraną propozycją” – podsumowuje dr Peter F. Mayer.
Źródło: tkp.at
RoM






