Grzegorz Górny: Wrogie przejęcie św. Franciszka z Asyżu

sw-Franciszek-wrogie-przejecie.jpg
Oprac. PCh24.pl

Jest wielu świętych Kościoła katolickiego, których sylwetki zostały przejęte przez kulturę laicką, a następnie zniekształcone i dopasowane do potrzeb zsekularyzowanego świata. Takimi postaciami jawią się choćby św. Mikołaj czy św. Walenty, których wizerunek w powszechnym odbiorze przestał odpowiadać historycznej rzeczywistości. Nie ma jednak drugiego świętego, który byłby tak zawłaszczony przez ideologie antychrześcijańskie i wykorzystywany propagandowo, jak św. Franciszek z Asyżu. Możemy więc usłyszeć, że był kimś na kształt XIII-wiecznego hippisa lub prekursorem Grety Thunberg, panteistą, pacyfistą i anarchistą, popierającym ekologię głęboką, walkę o dobrostan Matki Ziemi, dialog międzyreligijny i rewolucję w Kościele. 

Ta zmistyfikowana wizja zastąpiła w przestrzeni publicznej prawdziwy wizerunek założyciela franciszkanów. To, co sam święty uznałby zapewne za karykaturę, stało się w kulturze świeckiej wręcz obowiązującym portretem jego osoby. Przykładem takiego ujęcia może być np. tekst zamieszczony swego czasu na portalu inpost.pl pt. „Kto i dlaczego jest patronem ekologów”. Czytamy w nim m.in.:

„Św. Franciszek został nazwany patronem ekologów dzięki swojemu wieloletniemu wsparciu zapewnianemu zwierzętom oraz zacieraniu granic między ludźmi i innymi stworzeniami. (...) Jego celem było stworzenie miejsca, w którym ludzie, zwierzęta, insekty i inne stworzenia będą mogły żyć w całkowitej harmonii pozbawionej okrucieństwa.”

Zróbmy to razem!

Z drugiej strony, w opozycji do tego typu twierdzeń, rozlegają się głosy takich badaczy, jak np. Cristina Siccardi czy Guido Vignelli, którzy dowodzą, iż celem założyciela franciszkanów nie było wcale budowanie harmonii między ludźmi a insektami. Piszą oni nawet książki odkłamujące fałszywe narracje na temat Biedaczyny z Asyżu, jednak ich oddziaływanie ogranicza się jedynie do części środowisk w Kościele katolickim. W tym kontekście warto więc zapytać, kiedy rozpoczął się ów proces „wrogiego przejęcia” Franciszka. Przez kilka stuleci był on przecież przedstawiany jako wierny uczeń Jezusa Chrystusa, który wcielał w swoje życie przesłanie Ewangelii. 

Thode szuka w Asyżu duchowych źródeł renesansu

By zrozumieć to zjawisko, musimy cofnąć się do przełomu XIX i XX wieku, kiedy w kulturze europejskiej zapanowała niezwykła moda na św. Franciszka. Przypadła ona na czasy rodzenia się masowej turystyki. Asyż stał się wówczas celem nie tylko pielgrzymek, lecz także wycieczek. Pobożnych pątników coraz częściej zastępowali ciekawscy turyści. Oddał to doskonale francuski pisarz i rysownik niemieckiego pochodzenia Ferdinand-Sigismond Bac w swej książce „Przygody włoskie” z 1912 roku. Tak opisywał on wówczas swoje wrażenia z pobytu w Asyżu:

„Przygnębiające były te nabożeństwa odprawiane tu na cześć Giotta. Prozelici, esteci, powierzchowni znawcy chodzili tam i z powrotem, szepcząc wciąż między sobą. Akwarelistki siedziały na swoich zwykłych miejscach. Pod czterema żaglami krzyżowego sklepienia panowała atmosfera zgnilizny, w której piwniczna wilgoć była zmieszana z powiewami literackich uniesień. Jedni po drugich przechodzili tędy ludzie, którzy za wszelką cenę starali się okazać pokorne uwielbienie, miłośnicy sztuki, «pielgrzymi« depcący wszelkie zasady przyzwoitości, głosiciele haseł swobody, buntownicy i nomadzi sztuki, chciwi światowych sensacji. I wszyscy z ekstatycznymi minami zadzierali głowy, aby obejrzeć dzieło Giotta stworzone na chwałę trzech cnót, które dziwnym trafem nosiły miana Ubóstwa, Niewinności i Posłuszeństwa.”

Gdyby autor tych słów żył dzisiaj i zobaczył dzikie tłumy turystów, przewalających się przez bazylikę w Asyżu, głośno śmiejących się, żujących gumy, trzymających ręce w kieszeniach i robiących sobie selfie, uznałby zapewne, że to, co widział w tym miejscu ponad sto lat temu, było niezwykle dystyngowanym zachowaniem, godnym manier angielskich lordów. W jego opisie uderza jednak jedna zastanawiająca rzecz: dla przybyszów ważniejsze niż postać św. Franciszka było dzieło Giotta di Bondone. Mowa oczywiście o cyklu fresków XIII-wiecznego artysty, zdobiących dolne partie ścian nawy głównej górnego kościoła. Już wtedy Ferdinand-Sigismond Bac dostrzegł zjawisko, które dziś jest normą – że dla turystów ważniejsze będą wizerunki niż to, kogo przedstawiają, relikwiarze niż relikwie, monstrancje niż Najświętszy Sakrament.  

Owo zainteresowanie malarstwem Giotta wynikało w dużej mierze w czytelniczego sukcesu książki wydanej w 1885 roku przez niemieckiego historyka sztuki Heinricha Thodego i zatytułowanej „Św. Franciszek z Asyżu i początki sztuki renesansu we Włoszech”. Autor przedstawił w niej nowatorską, a dla niektórych wręcz szokującą tezę, iż sztuka renesansu nie narodziła się wcale we Florencji, lecz w Asyżu. U jej początków nie znajdował się zaś wcale powrót do pogańskiej starożytności, lecz ruch franciszkański, koncentrujący się na sięganiu do źródeł chrześcijaństwa. Ta śmiała teoria sprzeciwiała się dominującej wówczas narracji, rozpowszechnionej w połowie XIX wieku m.in. za sprawą szwajcarskiego uczonego Jacoba Burckhardta, dla którego renesans był przede wszystkim odrodzeniem antyku, triumfem humanizmu i początkiem kultury świeckiej.

Thode uważał inaczej. Pokazywał, że renesans wyrósł z odnowy religijnej Kościoła katolickiego, a jego pierwszym impulsem była duchowość franciszkańska. To członkowie tego zakonu – jak wskazywał – rozpowszechnili realistyczne sceny z życia Jezusa, m.in. przedstawienia Bożego Narodzenia (prekursorem był św. Franciszek jako twórca pierwszej szopki) czy Męki Pańskiej. Zaczęli ukazywać też świętych jako ludzi z krwi i kości, osadzonych mocno w ziemskich realiach.     

Niemiecki akademik zauważał, że w czasach poprzedzających świętego z Porcjunkuli średniowieczne malarstwo było symboliczne, hieratyczne i mało zainteresowane indywidualnym człowiekiem. Duchowość franciszkańska stworzyła natomiast warunki dla nowego rodzaju sztuki, akcentującej głęboko osobistą religijność, afirmującej przyrodę jako dzieło Boga i podkreślającej człowieczeństwo Chrystusa. Dzięki temu pojawiły się dzieła zainteresowane realizmem postaci, przekazywaniem emocji, obserwacją natury. To przekładało się oczywiście na kompozycję obrazu i przestrzeń malarską. Pierwszym artystą, który zapoczątkował ów rodzaj sztuki, był – zdaniem Thodego – wspomniany już Giotto. Do tego samego nurtu zaliczyć można znacznie późniejszą twórczość Benozza Gozzoliego – autora cyklu fresków z życia św. Franciszka w Montefalco czy Carla Crivelliego, ukazującego założyciela franciszkanów w scenach pełnych dramatyzmu i eksponujących jego stygmaty.    

Sabatier odziera świętego ze świętości

Sukces książki Thodego, który koncentrował się na historii sztuki, nie wystarczyłby jednak do rozbudzenia tak wielkiego zainteresowania postacią średniowiecznego świętego. Stało się to możliwe dzięki prawdziwemu przebojowi wydawniczemu, jakim okazała się książka francuskiego pastora kalwińskiego Paula Sabatiera „Życie św. Franciszka z Asyżu” z 1894 roku. Wspomniana biografia szybko zdobyła wielki rozgłos. Doczekała się aż 42 wydań w samej tylko Francji oraz wielu tłumaczeń na języki obce. Uskrzydlony tym sukcesem autor wydał w 1896 roku kolejną pracę zatytułowaną „Nowy rozdział z życia św. Franciszka z Asyżu”. Z czasem stał się głównym interpretatorem osoby i dorobku założyciela franciszkanów. Założył nawet w 1902 roku Międzynarodowe Stowarzyszenie Studiów Franciszkańskich w Asyżu, a w 1908 roku Brytyjskie Towarzystwo Studiów Franciszkańskich w Londynie, poświęcone propagowaniu postaci najsłynniejszego Umbryjczyka w historii.  

Jego narracja była jednak dość specyficzna i więcej mówiła o francuskim autorze niż jego włoskim bohaterze. Kalwiński pastor przedstawił Franciszka w taki sposób, że jawił się on nie tylko jako prekursor renesansu, lecz wręcz jako zwiastun reformacji. Główna teza biografii zawierała w twierdzeniu, że Biedaczyna z Asyżu był wielkim reformatorem religijnym, którego prawdziwe idee zostały zniekształcone i wypaczone przez Kościół instytucjonalny. Bohater książki został przedstawiony jako charyzmatyk kierujący się własnym sumieniem i natchnieniami Ducha Świętego, a nie wskazaniami hierarchii; jako prorok pragnący wspólnoty ubogich, a nie rozbudowanej organizacji; jako człowiek przedkładający charyzmat ponad urząd, a spontaniczność ponad dyscyplinę. Zgodnie z tą narracją Rzym miał ujarzmić ruch franciszkański, wbrew założeniom jego inicjatora, któremu bliżej było do waldensów, braci apostolskich, spirytuałów, joachimistów, begardów czy beginek niż do Kościoła urzędowego.  

Sabatier bardzo sceptycznie odnosił się do informacji o cudach w życiu św. Franciszka, o jego mistycznych wizjach, ascetycznych praktykach i stygmatach oraz o pragnieniu uznania zakonu przez Stolicę Apostolską. Spod jego pióra wyłaniał się portret świętego odartego ze świętości, bardziej zakochanego w świecie niż w Bogu. Dzięki francuskiemu biografowi ten obraz założyciela franciszkanów, powielany później po wielokroć przez epigonów kalwińskiego pastora, utrwalił się w świadomości zbiorowej Zachodu. 

Od owego rodzaju piśmiennictwa zdystansował się zdecydowanie Gilbert Keith Chesterton w swej biografii św. Franciszka z Asyżu, zauważając, że stawia ono przed naszymi oczami „szczerego demokratę”, „pierwszego bohatera humanizmu”, „wzór cnót społecznych” – człowieka, który „wyprzedził swoją epokę” i „zapowiadał wszystko, co we współczesnej mentalności najbardziej liberalne i przyjazne: umiłowanie przyrody, umiłowanie zwierząt, zmysł wrażliwości społecznej, świadomość duchowych niebezpieczeństw dostatku, a nawet dobytku”. W tej wizji wyznawana przez św. Franciszka religia była tylko średniowiecznym przesądem, od którego nawet taki geniusz jak on nie potrafił się wyzwolić.   

Jørgensen sprzeciwia się powierzchownym interpretacjom

Swą biografię Chesterton pisał w 1923 roku, a więc niemal trzy dekady po premierze książki Sabatiera. Praca kalwińskiego pastora doczekała się jednak godnej odpowiedzi znacznie wcześniej, a jej autorem był duński pisarz i poeta Jens Johannes Jørgensen. Warto poświęcić mu nieco więcej uwagi. W 1896 roku, mając 30 lat, nawrócił się pod wpływem duchowości franciszkańskiej na katolicyzm. Zamieszkał w Asyżu, który przyzna mu później honorowe obywatelstwo. Tam, obcując na co dzień z atmosferą kolebki franciszkanizmu, rozpoczął pracę nad książką „Św. Franciszek, życie i dzieło”, która ukazała się drukiem w 1907 roku i w krótkim czasie została przetłumaczona na wiele języków. Jørgensen był pierwszym biografem założyciela franciszkanów, który polemizował z wizerunkiem rozpowszechnionym przez Sabatiera i jego naśladowców. Tak pisał: 

„Nic bardziej fałszywego niż wyobrażać sobie, że święty był panteistą: Franciszek nigdy nawet nie pomyślał, że Bóg lub on sam mógłby zespolić się z przyrodą, a kolejno następujące po sobie orgiastyczne oszołomienie i pesymistyczna rozpacz, które są wynikiem odczuwania panteistycznego, były mu zawsze obce (…) Jego stosunek do przyrody zawsze i po prostu zamykał się w pierwszych słowach Credo, głoszących wiarę w Ojca, który zarazem jest Stwórcą.”

Jørgensen uważał, że św. Franciszek był przede wszystkim człowiekiem całkowicie zakochanym w Chrystusie, a jego celem pozostawało naśladowanie Jezusa. Wbrew modernistycznej legendzie, duński autor podkreślał, że święty z Asyżu nie był ani rewolucjonistą społecznym, ani prekursorem protestantyzmu – był mistykiem i stygmatykiem, który kochał papieża, okazywał posłuszeństwo Kościołowi, nie występował przeciw hierarchii i nigdy nie zamierzał zakładać nowej religii.

Jørgensen wprost polemizował z twierdzeniami Sabatiera na temat duchowego dziedzictwa Franciszka. Pisał, że reforma franciszkańska właśnie dlatego okazała się sukcesem, ponieważ była prowadzona wewnątrz Kościoła i z aprobatą papieża, a nie wbrew Kościołowi, jak pragnąłby tego kalwiński pastor. 

Przykładem, na którym widać, jak bardzo rozchodziły się drogi dwóch biografów świętego, jest interpretacja jego kantyku „Pochwała stworzenia”, zwanego też „Pieśnią słoneczną” i napisanego na przełomie lat 1224/1225. Dziś, omawiając ten utwór, najczęściej pomija się kontekst, w którym powstał. Zapomina się, że była to polemika z niezwykle rozpowszechnioną wówczas herezją katarów, zwanych albigensami, którzy uważali, że cały kosmos jest dziełem nie dobrego Boga, lecz złego Demiurga. Zgodnie z ich wierzeniami wszystko, co materialne, było złe z samej swojej istoty: słońce, księżyc, woda, zwierzęta, rośliny etc. Dlatego zaprzeczali oni boskości Jezusa, twierdząc, że dobry Bóg nie mógł wcielić się w złe ciało. Zwalczali też Eucharystię, mówiąc, że boskość nie może być obecna w złej materii. 

Jedną z odpowiedzi na herezję katarów było propagowanie różańca przez św. Dominika i jego towarzyszy. Była to modlitwa, która przypominała prawdę o inkarnacji, a więc podstawową prawdę wiary negowaną przez albigensów. Głosiła wcielenie Boga w człowieka, a więc wejście absolutnego Dobra w upadłą materię. Wielokrotne powtarzanie „Zdrowaś Mario” – modlitwy opartej na dwóch fragmentach Ewangelii: zwiastowaniu Archanioła Gabriela i okrzyku św. Elżbiety – utrwalało przesłanie o „błogosławionym owocu łona”. Samo istnienie Maryi jako Matki Boga było wręcz obrazą dla religii katarskiej. Nic zatem dziwnego, że od tamtego czasu zaczęto nazywać Najświętszą Pannę pogromczynią herezji, a różaniec bronią przeciw heretykom. 

W tym kontekście należy też umiejscowić „Pieśń słoneczną” św. Franciszka. Biedaczyna z Asyżu w opozycji do albigensów głosił, że świat jako Boże stworzenie jest dobry. W związku z tym możliwa była inkarnacja, czyli wcielenie Boga w człowieka. Taka sama była wymowa pierwszej w historii szopki Bożonarodzeniowej, zainscenizowanej przez świętego w 1223 roku w Greccio. Podkreślała ona materialność, cielesność i fizyczność jedynego w swoim rodzaju wydarzenia w dziejach ludzkości, jakim było tak głębokie wniknięcie wieczności w wymiar doczesny.  

Paul Sabatier zinterpretował jednak „Pochwałę stworzenia” zupełnie inaczej – nie w opozycji do kataryzmu, lecz średniowiecznego katolicyzmu, który (jego zdaniem) traktował nasz świat jako jeden wielki „padół łez”, miejsce pokus, cierpień i przemijania. Francuz przedstawił Franciszka jako pierwszego poetę natury, głoszącego braterstwo wszystkich stworzeń i żyjącego w komunii nie tyle z Bogiem, ile z przyrodą. W tej perspektywie „Pieśń słoneczna” jawiła się niemal jako manifest pneumatologicznej duchowości, przeciwstawionej skostniałej instytucji Kościoła katolickiego. 

Jørgensen polemizował z takim ujęciem, choć nie wymieniał wprost ani nazwiska Sabatiera, ani jego kontynuatorów, którzy w swych interpretacjach coraz bardziej odrywali świętego od ortodoksji katolickiej. Pisał, że wyrażone w „Pochwale stworzenia” uczucia były „na wskroś biblijne, a więc na wskroś chrześcijańskie”. Kluczowe dla niego były pierwsze słowa utworu: 

„Najwyższy, wszechmogący, dobry Panie,
Twoja jest sława, chwała i cześć, 
i wszelkie błogosławieństwo,
Jedynie Tobie, Najwyższy, one przystoją,
a żaden człowiek nie jest godny wymówić Twego imienia”.

Ta inwokacja skierowana była nie do natury, lecz do samego Boga, którego chwali wszelkie stworzenie. Duński pisarz wpisywał więc kantyk św. Franciszka w ten sam ciąg duchowej tradycji, w której mieściła się „Pieśń trzech młodzieńców w piecu ognistym” z Księgi Daniela. Ananiasz, Azariasz i Miszael wyśpiewywali ową pieśń na cześć Pana razem z całym stworzeniem, gdy znajdowali się w beznadziejnej sytuacji – skazani na śmierć w płomieniach przez babilońskiego króla Nabuchodonozora. Analogicznie Franciszek – układał swój utwór, gdy był ciężko chory, tracił wzrok, cierpiał fizycznie i czuł zbliżającą się śmierć – a mimo to, niemal niewidomy, napisał hymn pełen radości i światła.

„Pochwała stworzenia” to dla Jørgensena kosmiczna liturgia, w której słońce, woda, ogień, wiatr, ziemia, a nawet śmierć stają się uczestnikami wielkiego aktu uwielbienia Stwórcy. Zauważał, że przyroda u Franciszka nigdy nie była autonomicznym przedmiotem kontemplacji, lecz zawsze prowadziła jego wzrok ku Bogu. Braterstwo ze stworzeniem nie miało charakteru panteistycznego, lecz teocentryczny, podkreślając, że wszystkie byty zostały stworzone przez Najwyższego – od Niego pochodzą i do Niego prowadzą. Dlatego wspomniany kantyk jest zachwytem nie tyle nad naturą, ile nad Bożą łaską.

Jørgensen uważał, że Franciszek mógł napisać swą pieśń dopiero po otrzymaniu stygmatów, ponieważ tylko człowiek całkowicie zjednoczony z Chrystusem potrafi spojrzeć na świat z taką wolnością, pokojem i miłością, jak zrobił to Biedaczyna z Asyżu w „Pochwale stworzenia”. 

Chesterton rozwikłuje pozorne sprzeczności  

Można podać znacznie więcej wydarzeń w życiu założyciela franciszkanów, które wywołują diametralnie różne oceny. Należy do nich m.in. czterdziestodniowy post na górze Alverno ku czci św. Michała Archanioła, podczas którego – 17 września 1224 roku – święty otrzymał na swym ciele stygmaty. Wspomniany już Gilbert Keith Chesterton krytykował sposób, w jaki podszedł do tego zjawiska słynny angielski poeta i krytyk literacki Matthew Arnold w swym głośnym eseju „Pogańskie i średniowieczne uczucie religijne”. Autor „Ortodoksji” zauważał:

„Arnold wspomina ascezę Alverno niemal z pośpiechem, jak gdyby była to nieszczęsna, lecz niezaprzeczalna skaza na tak pięknej historii, czy też raczej żałosne załamanie i niedorzeczny patos u jej kresu. Otóż zdradza to całkowitą ślepotę na sedno opowieści w ogóle. Przedstawić górę Alverno jako zwyczajne fiasko Franciszka to nic innego, jak przedstawić Kalwarię jako zwyczajne fiasko Chrystusa. (…) Traktować stygmaty jako swego rodzaju skandal, być poruszonym do głębi, ale tylko ich bólem, to dokładnie to samo, co uznawać pięć ran Jezusa Chrystusa za pięć plam na Jego charakterze. (…) Nie da się też racjonalnie interpretować historii człowieka przedstawianego jako Zwierciadło Chrystusa, jeśli się nie pojmuje ostatniej fazy jego życia jako Męża Boleści…”

Zupełnie inaczej niż Arnold ukazał wspomniane wydarzenie Jørgensen, który nie tylko mieszkał w Asyżu, lecz także często odwiedzał dawną pustelnię św. Franciszka, położoną na odludziu, wśród nagich skał i przepaści Alverno. W książce „Pielgrzymki franciszkańskie” cytował słowa jednego z mnichów, będących strażnikami owego miejsca:

„Nieraz słyszałem od przyjezdnych, którzy właśnie zwiedzili Asyż, że wszystko, co dotychczas oglądali, blednie i obraca się w nicość w porównaniu z Alverno. Asyż jest piękny, gościnny, powabny – to jak gdyby franciszkanizm w rozkwicie. Ale tylko tu można ujrzeć głębokie korzenie tego ruchu, owe przepaści, z których wznosił modły do Boga, i tylko jedno określenie może tu nam przyjść na myśl: to przerażające. Tak, to przerażające”.

Jørgensen zwraca uwagę na wielowymiarowość bohatera swojej biografii. Franciszek to nie tylko ktoś, kto cieszy się życiem, lecz także biczuje się węźlastym sznurem, a w ramach ascezy dosypuje do skromnego posiłku garść „cnotliwego brata”, czyli popiołu. Nie tylko sławi słońce, lecz również umartwia się w ciemnej grocie. Nie tylko chwali brata wilka, lecz także dręczy „brata osła”, jak sam nazywał swoje ciało. W porównaniu z tym portretem opis Sabatiera jest płaski i jednowymiarowy, 

Jak zauważał Chesterton, problem z modernistycznymi biografami Franciszka polegał na tym, że traktowali religię jak bezosobową filozofię. Świętego rozpalała natomiast osobista namiętność. Człowiek jest w stanie radośnie wychwalać cały świat i zadawać sobie ból umartwieniami nie z powodu jakiejś tendencji, ale dlatego, że jest zakochany. Wszelka sprzeczność w opisie jego postaci znika, gdy uświadomimy sobie, że tym, co go pcha do działania, jest miłość – miłość do Chrystusa. 

Renan wytycza szlak dekonstrukcji  

Portret św. Franciszka, naszkicowany przez Sabatiera, jest powierzchowny, ponieważ pominął lub zbagatelizował wiele wydarzeń z życia świętego, zaś wyeksponował tylko te, które pasowały do jego założeń. Można zapytać: jakie są to założenia? 

W tym celu należy pokazać, co legło u podstaw zainteresowań kalwińskiego pastora osobą średniowiecznego mistyka katolickiego. Otóż Sabatier został zachęcony do napisania biografii św. Franciszka przez francuskiego pisarza, filozofa i historyka Ernesta Renana – niedoszłego księdza katolickiego, który stracił wiarę podczas studiów w seminarium duchownym. Renan zasłynął głównie jako autor książki pt. „Życie Jezusa” z 1863 roku. Ukazał w nim Chrystusa jako wybitnego humanistę, działacza społecznego, trybuna ludowego, nauczyciela etyki, reformatora, kaznodzieję i moralistę. W jego wizji Nazarejczyk był zwykłym człowiekiem, który został po śmierci ogłoszony „Bogiem” przez osieroconych uczniów, którzy zmitologizowali działalność swojego Mistrza. Według Renana dokonywane przez Jezusa cuda były w rzeczywistości wytworem wyobraźni pierwszej wspólnoty chrześcijańskiej, a zmartwychwstanie „mistyczną halucynacją” Marii Magdaleny. Jego zdaniem Chrystus nie zamierzał zakładać Kościoła, śmierć na krzyżu nie była aktem zbawczym, zaś doktryna odkupienia została wymyślona znacznie później przez Apostołów. 

Książka napisana barwnym językiem, w literacko-naukowym stylu, stała się największym religijnym bestsellerem XIX wieku, wywierając przemożny wpływ na środowiska akademickie, artystyczne, kulturalne i religijne Zachodu. Znaczenie Renana dla odciągania ówczesnych elit od Kościoła śmiało porównać można z oddziaływaniem Marksa czy Darwina. Francuski autor okazał się prekursorem świeckiej chrystologii, doprowadzając do „zeświecczenia” Jezusa w wyobraźni współczesnych Europejczyków. Odarł Galilejczyka z szat boskości, pozbawił wymiaru nadprzyrodzonego i postawił w jednym rzędzie wielkich geniuszów ludzkości razem z Homerem, Buddą czy Sokratesem. Choć sam nie był biblistą, spopularyzował traktowanie Ewangelii jak dokumentów literackich, a cudów jak zjawisk psychologicznych. Przede wszystkim jednak oddzielił „Jezusa historii” od „Chrystusa wiary”, twierdząc, że syn cieśli z Nazaretu był zwykłym człowiekiem i nie miał nic wspólnego z trzecią osobą Trójcy Świętej, którą uznawał za późniejszy wytwór imaginacji chrześcijan.

Sześć lat później Renan opublikował biografię św. Pawła, w której postawił tezę, że to właśnie Apostoł z Tarsu, zniekształcając pierwotne przesłanie Jezusa, był faktycznym twórcą chrześcijaństwa. Francuz uważał go za genialnego wizjonera, organizatora i misjonarza, który oderwał mesjanizm Chrystusa od judaizmu, otworzył Kościół na pogan, stworzył jako pierwszy teologię chrześcijańską i doprowadził do ekspansji nowej religii. Za tym wielkim dziełem nie krył się jednak – zdaniem autora – żaden Boży plan, lecz autorski projekt św. Pawła. W takim duchu pisarz zinterpretował też nawrócenie swojego bohatera w drodze do Damaszku. Nie było ono wynikiem autentycznego, nadprzyrodzonego objawienia, lecz skutkiem napięcia psychicznego, w którym wyrażał się głęboki kryzys religijny Szawła. Również ta rewolucyjna narracja, za sprawą Renana, rozpowszechniła się w świecie zachodnim.

Co ciekawe, w dorobku francuskiego pisarza znajdował się również esej pt. „Święty Franciszek z Asyżu. Studium historyczne według dra Karla Hasego”, napisany w 1866 roku, a więc trzy lata po wydaniu „Życia Jezusa”. W swym tekście Renan omawiał biografię zatytułowaną „Franciszek z Asyżu. Portret świętego”, napisaną w 1856 roku przez niemieckiego teologa luterańskiego. Omówienie owej książki posłużyło Renanowi do przedstawienia swojej własnej wizji założyciela franciszkanów. We wspomnianym eseju pisał:

„Franciszek z Asyżu jest człowiekiem, który przez swoją niezwykłą dobroć oraz subtelną i czułą wspólnotę z całym życiem najbardziej przypominał Jezusa. (…) Wielki umbryjski ruch XIII wieku jest spośród wszystkich prób założenia religii najbardziej podobny do ruchu galilejskiego”.

Skoro Franciszek był „drugim Chrystusem” (alter Christus), to należało go „odczarować”, tak jak to zrobił Renan z prawdziwym Chrystusem: usunąć wymiar nadprzyrodzony, a wyeksponować społeczny. Autor „Życia Jezusa” nie miał jednak czasu ani wystarczającej wiedzy, żeby zająć się tym tematem. Chciał jednak, aby ktoś inny rozwinął jego intuicje, np. podkreślenie różnic między pierwotnym przesłaniem bohatera a kontynuacją jego dorobku przez instytucję. W tej optyce Kościół hierarchiczny tak samo zniekształcił idee Franciszka z Asyżu, jak niegdyś Jezusa z Nazaretu.

Renan znalazł więc pojętnego ucznia, który podjął się tego zadania. Namówił młodszego od siebie o 35 lat Paula Sabatiera do napisania biografii założyciela franciszkanów. Tak zapoczątkowany został nowy sposób przedstawiania Biedaczyny z Asyżu, który trwa do dziś.  

Psichari rozpoczyna służbę na wiecznej warcie

Postscriptum do tej historii napisało życie. W lutym 1913 roku nawrócił się na katolicyzm ukochany wnuk Ernesta Renana – oficer wojska francuskiego Ernest Psichari, który wychowany w kulcie dziadka otrzymał nawet imię na jego cześć. Przystępując do bierzmowania w wieku lat 30, przyjął imię Paul (Paweł) jako akt wynagrodzenia za krytyczne przedstawienie św. Pawła Apostoła przez jego dziadka we wspomnianej książce z 1869 roku.

Półtora roku później, 22 sierpnia 1914 roku, porucznik artylerii Ernest Psichari poległ w bitwie pod Rossignol. Dwa lata później, już pośmiertnie, ukazała się jego powieść pt. „Podróż centuriona”. Opowiadała ona o nawróceniu na katolicyzm francuskiego żołnierza, który jawi się jako „porte-parole” autora. W książce pojawia się również odniesienie do św. Franciszka z Asyżu. Psichari, w odróżnieniu od swego dziadka, nie widzi w nim jedynie „świętego od ptaków”, lecz rycerza, który odpowiedział na wezwanie Chrystusa i poświęcił się całkowicie Bogu. Tak samo on – śladem Franciszka – postanowił oddać swoje życie na służbę Najwyższemu.

Grzegorz Górny

 

Kliknij TUTAJ i pobierz 6. numer Kwartalnika PCh24.pl

fb_kwartalnik_6_1200 x1200

Zróbmy to razem!
Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.
Wybierz kwotę: