Imigracja w Europie osiągnęła punkt krytyczny. Stoimy na krawędzi nieodwracalności

Sytuacja dotycząca imigracji w Europie osiągnęła punkt krytyczny. W niektórych krajach nie mówi się już nawet o zachodzących przy tym zjawisku zmianach społecznych, ale wręcz o zastępowaniu całych narodów. Chociaż Polska znajduje się jeszcze na peryferiach tego procesu, to rozmaite pomysły relokacji migrantów, członkostwo w UE, która działa na zasadzie naczyń połączonych, czy „rozbrajanie” mieszkańców tresurą politycznej poprawności i hasłami tolerancji, powodują, że ta katastrofa dotrze i do nas.
W zachodniej Europie „ilość przeszła już w jakość” i o to współczesnym wyznawcom Karola Marksa zapewne chodziło. Zamiast na proletariat poruszający bryłę świata postawili na migrantów, którzy stali się dla nich współczesnym wyklętym ludem ziemi.
Negatywne skutki tego zjawiska są już tak oczywiste, że w maju 2026 roku czterdzieści sześć państw członkowskich Rady Europy przyjęło tak zwaną Deklarację z Kiszyniowa, która dotyczy imigracji. Sformułowana w języku dyplomatycznym wysyła jednak sygnał rozsądku, między innymi Europejskiemu Trybunałowi Praw Człowieka (ETPC), który stał się jaczejką progresywizmu opartego na imigracji. W deklaracji potwierdzono prawo do ustalania suwerennej polityki imigracyjnej, wyrażono zaniepokojenie barierami uniemożliwiającymi deportację nielegalnych cudzoziemców, którzy popełnili przestępstwa, wezwano ETPC do poszanowania specyfiki krajowych systemów prawnych i tradycji, upomniano się o ochronę granic państw czy umożliwienie korzystania przez europejskie kraje z tak zwanych ośrodków repatriacji. Kierunek słuszny, ale spóźniony o lata…
Obudzone zjawiskiem i skutkami migracji rządy, które znajdują się pod coraz silniejszą presją własnych obywateli, trafiają jednak w regulacji tego zjawiska na przeszkody prawne nie tylko ze strony europejskich trybunałów. Także krajowe sądownictwa przesunęły się niemal wszędzie mocno na lewo i ich interpretacje przepisów prawa mocno chronią inwazję migrantów.
Dla niektórych krajów zmiany przychodzą i tak za późno. Otrąbianie sukcesu w postaci możliwości deportacji zagranicznych przestępców, na tle masowości tego zjawiska, brzmi mało poważnie. Nieodwracalne zmiany już nastąpiły.
Ku nowemu elektoratowi
Wymownego przykładu dostarcza w tej materii Francja. Do niedawna można było obserwować wpływ migrantów na zachowania społeczne, kulturę, krajobraz religijny czy nawet ekonomię, a także na sport (tutaj widziano pewne plusy) i edukację (tu doszło do znacznego obniżenia poziomu nauczania, a nawet reformy ortografii, żeby ułatwić adaptację przybyszom). Teraz rzecz dotyczy już nawet polityki – i chociaż imigranci oraz ich potomkowie jako całość nie stanowią jednolitego elektoratu, ich wzorce głosowania mają już istotne konsekwencje dla francuskiego krajobrazu politycznego.
Tak twierdzi na przykład Nicolas Pouvreau-Monti, dyrektor Obserwatorium Imigracji i Demografii, który niedawno opublikował książkę Imigracja – mity i rzeczywistość (Fayard, 2026).
Ten nowy elektorat popiera lewicę, która z kolei nie chce ograniczać zjawiska imigracji. Powody są proste – niektórzy z tych wyborców utrzymują więzi rodzinne i emocjonalne z krajem pochodzenia, nie chcą zamykać drogi do Francji swoim krewnym. W promowanej przez lewicę „wielokulturowości” czują się jak ryba w wodzie – będą wspierać na przykład lewacką partię La France Insoumise (Zbuntowana Francja), bo ta wykazuje liberalne podejście do obecności islamu w przestrzeni publicznej. Będą wspierać partie lewicy, bo te promują laksyzm prawny, opowiadają się za rozbudowanym systemem opieki i pomocy socjalnej, wspierają „równość i braterstwo” interpretowane jako ochrona imigrantów.
Wspieranie imigracji kosztuje partie lewicy utratę głosów. Na razie nie rekompensuje jej do końca pojawienie się tego „nowego elektoratu”. Jednak we Francji jest już co najmniej siedem i pół miliona potencjalnych wyborców pochodzenia imigracyjnego i następuje tu szybki wzrost. Francja przeżywa radykalne zmiany demograficzne. Po kilku latach przybysze uzyskują naturalizację, ich dzieci są już także „Francuzami”, a przyrost naturalny w rodzinach imigranckich jest większy niż ciągle spadająca „średnia” krajowa.
Wątpliwe zasilanie populacji
Oprócz nielegalnych przybyszów zasilanie imigracji wypływa z trzech głównych źródeł oficjalnych: imigracji zarobkowej, studenckiej i łączenia rodzin. Wielu ekonomistów twierdzi, że przy znacznej liczbie bezrobotnych we Francji różne sektory gospodarki nie potrzebują zatrudniania nisko wykwalifikowanych pracowników, a niektórzy mówią wprost, że wkład migrantów w gospodarkę jest po prostu niższy od wydatków z budżetu państwa na pomoc socjalną dla rodzin takich pracowników. Studenci, którzy mają po zakończeniu nauki szerzyć wpływy Francji w swoich krajach, robią wszystko, by zamienić wizy studenckie na pracownicze, a nadużywane często łączenie rodzin to już efekt obecności zalegalizowanego pobytu migrantów.
W całej swojej historii Francja nigdy nie doświadczyła tak intensywnej presji migracyjnej na tych trzech obszarach jak w ciągu ostatnich trzydziestu lat. I nigdy wcześniej presja ta nie była tak zróżnicowana oraz tak obca kulturowo i religijnie rodzimej cywilizacji. Ponad połowa tych imigrantów jest pochodzenia afrykańskiego, z czego dużą większość stanowią wyznawcy islamu. Współczesna Francja jest coraz bardziej kształtowana przez imigrację, a ocenia się, że czterdzieści jeden procent populacji jest jakoś powiązane z migracją, także przez przodków czy małżonków. Nic więc dziwnego, że Narodowy Instytut Studiów Demograficznych w swoim badaniu z maja pod nazwą Trajectories and Origins 2 opisuje Francję jako społeczeństwo głęboko naznaczone długotrwałą imigracją, a także różnorodnością populacji i nierównościami społecznymi. Ponad sześćset stronic tego opracowania opisuje w różnych wymiarach społeczeństwo jako kalejdoskop, którego złożoność stale rośnie.
To może być mieszanka wybuchowa, zwłaszcza że wpływ tego elektoratu na politykę staje się coraz wyraźniejszy, co pokazały między innymi wybory samorządowe, które wprowadziły już jako włodarzy wielu miast polityków z kręgu islamogoszyzmu, czyli właśnie lewicy wspieranej muzułmanami, którzy stali się dla niej nowym proletariatem.
Bogdan Dobosz







