Jakub Majewski: Jaką przyszłość wieszczą brytyjskie wybory samorządowe?

redakcja.jpg
Autor:
Jakub Majewski
forum-1095394697_800x460.jpg
Fot: Dan Kitwood / Reuters / Forum

Trwa wojna na Ukrainie. Rozejm w Zatoce Perskiej jest zagrożony, i lada dzień potencjalnie Stany mogą powrócić do działań wojennych. Nie brakuje innych kryzysów o światowym zasięgu. A ja siadam do tekstu o wyborach samorządowych w Wielkiej Brytanii. Nie jest to zresztą jedyna analiza tych wyborów w polskich mediach. Można by wręcz pomyśleć, że oto w Wielkiej Brytanii miała miejsce jakaś szczególnie ważna zmiana rządu. A tu nic takiego – ot, wybory samorządowe, i to nawet nie w całym kraju, a zaledwie w pewnej części okręgów. No, dobrze, i wybory do autonomicznych parlamentów Walii i Szkocji. Ale… naprawdę, zasługuje to na tak wiele uwagi? Owszem.

Spróbujmy więc wytłumaczyć dlaczego te pozornie mało ważne lokalne wybory poddawane są tak licznym analizom. Bo przecież co do zasady, wybory samorządowe nie są istotne same w sobie – zwłaszcza w obcym kraju. Przecież, choć Wielka Brytania to państwo o dużym znaczeniu w polityce międzynarodowej – to jednak daleko jej dziś do statusu wpływowego supermocarstwa. Nie będąc już częścią Unii Europejskiej, polityka Wielkiej Brytanii nie wpływa też już tak bezpośrednio na Polskę jak jeszcze to miało miejsce dziesięć lat temu, gdy polscy politycy mogli próbować współpracować z Brytyjczykami na forach unijnych. Ale: choć nie są częścią Unii, pozostają częścią Europy, a sentymenty polityczne brytyjskiego ludu mówią nam coś również o sentymentach politycznych w Europie. Zresztą, niebezpieczna to rzecz, sentymenty – paskudnie zaraźliwa, nie zważając na granice…

Rząd bez poparcia i przegniły mainstream

Trzeba przyznać, premier Wielkiej Brytanii, Keir Starmer, jest albo wybitnym twardzielem, albo – skoro na takiego nie wygląda – tak tępym ideologiem, że zwyczajnie nie wie kiedy dać za wygraną. Albo może po prostu nie ma żadnych hobby, i biedak nie wie co zrobiłby ze sobą na emeryturze. W każdym razie, jest to człowiek który, według wszelkich wskazań sondażowych i innych, po prostu nie powinien sprawować władzy – co w ostatnich dniach słyszy nawet od własnych parlamentarzystów, i co być może jednak zmusi go do rezygnacji. Ale po prawdzie, już w chwili obejmowania urzędu, społeczne poparcie dla premiera laburzystów było wyjątkowo niskie – Starmer, o czym swego czasu pisałem, zdobył władzę nie dlatego że wygrał wybory, a dlatego że przegrał je mniej niż Partia Konserwatywna – obydwie główne partie bowiem w 2024 r. zdobyły mniej głosów niż we wcześniejszych wyborach, ale to konserwatyści przeżyli najbardziej drastyczny spadek, więc Partia Pracy, dysponując mniejszą niż uprzednio ilością głosów, zdobyła jednak miażdżącą większość w parlamencie. Od początku jednak było widać że laburzyści doskonale rozumieją jak małe zaufanie ma do nich naród; ich rząd co prawda czasami podejmuje jakieś odważniejsze – zwykle lewoskrętne – próby zmian, ale mimo wszystko sprawia wrażenie czegoś, co po angielsku ma nawet swoją nazwę, caretaker government, czyli można by powiedzieć iż jest to nie tyle rząd, co ludzie pełniący obowiązki rządu.

Potem zaś było jeszcze gorzej. Poparcie dla Partii Pracy spadało, cokolwiek by ten rząd nie próbował zrobić. Ogromne znaczenie miały ubiegłoroczne zamieszki – również tu opisywane – gdy wydawało się, że cały kraj jest jak sucha podpałka, tylko czekająca na byle iskrę. Ta iskra wówczas nie spadła, udało się wyciszyć sytuację, ale zadra między laburzystami a Brytyjczykami – a przede wszystkim Anglikami – stała się jeszcze większa, i całkiem trwała. Doszło do tego, że w ostatnich miesiącach, gdy raz po raz, przy kolejnych mini-kryzysach, brytyjscy komentatorzy zadawali sobie pytanie czy to już ten moment gdy Starmer zostanie zmuszony do rezygnacji, to sympatycy opozycji mówili coś zgoła zaskakującego: oby Starmer został do końca! Rozumowali bowiem, nie bez racji, że im dłużej będzie rządził Starmer, tym słabsza będzie Partia Pracy w następnych wyborach w 2029 roku – uznając wręcz, że jakiekolwiek z ich perspektywy szkodliwe działania podejmie rząd w międzyczasie, jest to cena jaką warto zapłacić żeby osiągnąć tym bardziej druzgocące wyniki wyborów. Choć, trzeba przyznać, że jeśli chodzi o Partię Konserwatywną, to mają też drugą motywację, która sprawia że nie śpieszno im do wyborów. Otóż, mimo skrajnej niepopularności Partii Pracy, niegdyś stabilnie dwupartyjny system brytyjski nie wydaje się przechylać z powrotem ku sędziwej Partii Konserwatywnej, lecz raczej ku demontażu całego dwupartyjnego układu. Konserwatyści dziś zdołali, owszem, troszkę odrobić straty – ale w najlepszym wypadku, można powiedzieć że są nieco mniej niepopularni niż byli. Trudno żeby było inaczej, gdy w chwili mocnych napięć wokół tematu imigracji, konserwatystom przewodzi… rodowita Nigeryjka.

Zróbmy to razem!

Stan rozkładu głównych partii potwierdziły naocznie wyniki obecnych wyborów samorządowych. Jeśli więc te parę lat dzielące nas od następnych narodowych wyborów parlamentarnych kontynuowałyby obecne tendencje, to w 2029 roku zobaczylibyśmy zupełną przebudowę brytyjskiej polityki – tak totalną, jak gdyby w Polsce nagle PiS i Platforma spadły do czwartego i piątego miejsca, za, dajmy na to, Konfederacją, Partią Razem, i… Polską 2050. Tak, o takiej skali przebudowy mówimy – lub też, zobaczylibyśmy po raz pierwszy w Wielkiej Brytanii (poza czasem wojny) wielką koalicję łączącą konserwatystów i laburzystów w celu odepchnięcia „ekstremy” od władzy. A wielkie przetasowania, i sentymenty jakie za nimi stoją… jako się rzekło, bywają zaraźliwe, zwłaszcza gdy polityka w wielu państwach Europy i bez tego jest rozchwiana, tak że raz po raz słyszymy że tu czy tam „ekstrema,” prawicowa czy lewicowa, idzie po władzę. Bo energia. Bo wojna.  Bo imigranci. Bo służba zdrowia. Bo dowolny z innych kryzysów trawiących nasze społeczeństwa, na które rządzący mainstream nie ma pomysłu, za które wręcz w wielu przypadkach wydaje się odpowiadać. 

Królestwo wewnętrznie podzielone

Większość analiz które omawia wybory sprzed kilku dni, można streścić następująco: upadła Partia Konserwatywna, a na skutek antyimigranckich nastrojów zastępuje ich Partia Reform Nigela Farage’a; równocześnie zaś, na skutek rozwarstwienia społecznego i nieudolności obecnego rządu, Partię Pracy zastępuje bardziej lewicowa Partia Zielonych. Takie podsumowanie sytuacji dalekie jest od wyczerpującego, i nie mówi nam zbyt wiele o wyjątkowym poziomie rozedrgania brytyjskiej polityki. Zbyt mało nam też mówi to o możliwych dalszych i głębszych konsekwencjach. A mówimy tu o kraju, gdzie badacze zajmujący się profesjonalnie analizą konfliktów, ostrzegają iż widzą niemal wszystkie sygnały które zwykle poprzedzają wojnę domową. Dorzućmy więc, choćby pokrótce, jeszcze parę elementów do naszej analizy.

Po pierwsze: wracając na moment do wyników wyborów do autonomicznych parlamentów w Szkocji i Walii, widzimy iż bardzo wzmocniły się tam lokalne partie niepodległościowe – Szkocka Partia Narodowa i walijska Plaid Cymru. Jakkolwiek zaś Partia Reform również zwiększyła swój stan posiadania w Szkocji i Walii, widać gołym okiem iż jej zdobycze w tych regionach są nieporównywalnie mniejsze niż w Anglii. Inaczej mówiąc: słabną partie, powiedzmy, brytyjskie, a w siłę rosną partie narodowe tudzież etniczne. Szkockie, tak, walijskie, tak, ale też angielskie – choć bowiem Partia Reform odnosi się do brytyjskości, to jednak jej poparcie jest przede wszystkim angielskie. To samo zresztą dotyczy proeuropejskiej, brytyjskiej Partii Liberalnej – mimo takiego nastawienia i historii, jej poparcie mimo woli jej liderów ogranicza się do Anglii, i to do tych bardziej zamożnych regionów Anglii, gdzie mocna pozostaje klasa średnia.

A co z Partią Zielonych? Tu jest jeszcze ciekawiej. Ta partia również największe zdobycze osiągnęła w Anglii, łowiąc głosy wśród wrażliwych ekologicznie klas średnich, i… mniejszości imigranckich, przede wszystkim muzułmańskich. Niegdysiejszy kapelan królowej Elżbiety, katolicki konwertyta Gavin Ashendon twierdzi wprost, że upadek Partii Pracy stanowi swoiste muzułmańskie veto w brytyjskiej polityce – że muzułmanie, którzy dotychczas wiernie głosowali na laburzystów, odwrócili się od nich w przekonaniu że ci zbyt słabo wspierają sprawy muzułmańskie, a szczególnie w kwestii izraelskiego ludobójstwa w Gazie. Jeśli ma rację, to znaczyłoby iż Partia Zielonych, choć przewodzona przez Anglika o żydowskich korzeniach z Europy Wschodniej, również reprezentuje trend budowania etnicznego poparcia dla konkretnych partii, lub może w tym przypadku, poparcia etniczno-wyznaniowego.

Scenariusze coraz groźniejsze

Nie trzeba chyba tłumaczyć, dlaczego te tendencje wśród praktycznie wszystkich partii, wskazują na potencjalne wielkie konflikty w przyszłości. Nie dziwię się przy tym, że te różne narodowości, koncentrują swoje poparcie na tych partiach które wydają się najlepiej działać dla ich partykularnego interesu, zamiast reprezentować interesy Wielkiej Brytanii. Zwłaszcza przecież Anglicy mają powody by uskarżać się na swoistą kolonizację ich ojczyzny – ci zaś, których postrzegają jako kolonistów, mają powody by opowiadać się po stronie tych, którzy obiecują ochronić ich przed ewentualną zemstą Anglików. Jeśli zaś ktoś by się dziwił dlaczego Anglicy czują się aż kolonizowani, przypominam, że od czasów rządu Tony’ego Blaira w 1997, do Wielkiej Brytanii przybyło więcej imigrantów niż w ciągu całego wcześniejszego półtora tysiąclecia od czasów wielkiej inwazji Anglów i Sasów, i choć na skutek ogólnego wzrostu populacji, ta grupa nie stanowi tak wielkiego odsetka jak tamci najeźdźcy, choć w skali kraju nadal imigranci są mniejszością, to przecież już chociażby w Londynie są całe dzielnice gdzie mniejszością są rodowici Anglicy.

Oczywiście, można żywić złudzenia. Można zwrócić uwagę że przecież ani szkockie partie, ani walijskie, nie są znowu aż tak ściśle etniczne, bo obydwie chętnie doklejają imigrantów do swego etnosu. Że Partia Reform też zawiera mocny komponent imigrancki (co jego właśni wyborcy mają zresztą za złe Farage’owi). Ale faktem pozostaje, że poza Partią Reform, inne partie są prawie zawsze anty-angielskie – nawet angielscy Liberałowie wolą podkreślać swą brytyjskość raczej niż angielskość. Więc naprawdę, można zrozumieć niepokoje Anglików.

Czy w tej sytuacji, można spodziewać się, że jeśli obecne wybory samorządowe przełożą się na podobne wyniki w wyborach parlamentarnych, to nastąpi jakiś przełom w brytyjskiej polityce, że kryzys zostanie pokonany, i powróci stabilność? Jest to pytanie raczej z gatunku retorycznych. Z jednej bowiem strony, Partia Reform jest postrzegana przez niemal całą resztę sceny politycznej jako coś zupełnie niemożliwe do zaakceptowania – i kto wie, czy sam monarcha nie złamałby tradycji politycznej, pomijając zwycięskiego Nigela Farage’a, a zamiast niego zlecając politykowi z mainstreamu trudną lub niemożliwą misję sklecenia rządu mniejszościowego, co mogłoby doprowadzić do wybuchu. Z drugiej zaś strony, niewiele też wskazuje na zdolność Partii Reform do… no, właśnie, reform. Osobowość Farage’a, który doskonale by się czuł w polskiej polityce zdominowanej przez partie wodzowskie, czyni go niemal toksycznym w brytyjskim kontekście, gdzie raz po raz niszczy on ciekawe i obiecujące osobowości we własnej partii, byle nikt koło niego nie wyrósł. To sprawia że jego zaplecze polityczne nie tyle się rozszerza, co oscyluje – co i rusz pozyskuje on znaczące postaci dla swego ruchu, po czym kogoś znowu traci na skutek konfliktów wewnętrznych, lub po prostu… niszczy. Farage zresztą, postrzegany przez mainstream jako polityk bezkompromisowy, wiele wysiłku poświęcał na przestrzeni lat aby ten mainstream do siebie – bezskutecznie – przekonać, modulując swoje poglądy. Trudno doprawdy powiedzieć kim ostatecznie byłby Farage jako premier – skoro zaś tak, to nie sposób powiedzieć że spełni on czyjekolwiek nadzieje. Jest możliwy scenariusz, gdzie Nigel Farage dochodzi do władzy, ale wszelkie próby reform zatrzymuje w połowie drogi. Wywołałoby to z jednej strony ostrą reakcję przeciwników Partii Reform, z drugiej zaś strony, wśród jej wyborców, niespełnione obietnice jeszcze bardziej podnieciłyby frustrację.

Nota bene: jednym z wewnątrzpartyjnych „ofiar” Farage’a był jego parlamentariusz, Rupert Lowe, który od czasu wyrzucenia założył własny ruch, Restore Britain. Ruch ten, praktycznie niezauważony w polskim dyskursie, jest wyjątkowo ciekawy. Lowe – będący wręcz archetypem angielskiego ziemianina w dobrym tego sensie – zbudował zaskakująco mocne poparcie. W wyborach samorządowych jego ruch nie startował w całym kraju, a jedynie we własnym okręgu Lowe’a, gdzie… na dziesięć stanowisk o które się ubiegali, zdobyli wszystkie dziesięć. Warto obserwować jak rozwijać się będzie ruch Lowe’a, który chciałby zastąpić zarówno konserwatystów jak i Farage’a, a który oczywiście może też przyczynić się do ich porażki, poprzez śmiertelny w systemie jednomandatowym podział głosów. Trzeba natomiast wiedzieć, że Lowe głosi znacznie mocniej zakrojoną restaurację Wielkiej Brytanii – wizję ciekawą i pod wieloma względami arcy-konserwatywną, wartościową, ale niemożliwą do wprowadzenia bez ogromnych zawirowań. Będzie więc Lowe przyczyniać się też do zaogniania sytuacji, bez gwarancji pozytywnego przełomu.

Brak czasu, i potrzeba pisania o innych, ważniejszych w skali światowej sprawach, ciągle uniemożliwia mi napisanie planowanego już od jakiegoś czasu tekstu, o tym dlaczego obawiam się że Wielka Brytania zmierza wprost do ludobójstwa w stylu iście jugosłowiańskim. Tym razem również nie będę już tej kwestii rozwijał. Wydaje mi się jednak, że przy okazji analizy obecnych wyborów samorządowych, udało nam się chociaż częściowo omówić zjawiska polityczne popychające Wielką Brytanię w tym niebezpiecznym kierunku.

Jakub Majewski

redakcja.jpg
Autor:
Jakub Majewski
Zróbmy to razem!
Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.
Wybierz kwotę: