Katolicki syjonizm. Rozmowa ks. Waldemara Chrostowskiego i Pawła Lisickiego

Skąd bierze się w Kościele radykalny filosemityzm? Dlaczego niektórzy duchowni nie chcą otwarcie powiedzieć, że Żydzi też potrzebują Jezusa Chrystusa? O tym w rozmowie z Pawłem Chmielewskim dyskutowali ks. Waldemar Chrostowski i red. Paweł Lisicki. Cała rozmowa dostępna jest najnowszym numerze Kwartalnika PCh24.pl.
Kliknij TUTAJ i pobierz najnowszy numer „Kwartalnika PCh24.pl” pt. Syjonizm katolicki? Kościół w cieniu Gwiazdy Dawida
Paweł Chmielewski: Kościół katolicki prowadzi dialog z judaizmem. Kto jest jednak tak właściwie partnerem Kościoła? Innymi słowy, jak zdefiniować dialogujących z ramienia żydowskiego?
Ks. Waldemar Chrostowski: Mamy do czynienia ze znamiennym paradoksem. Dialog z wyznawcami judaizmu powinien odbywać się najpierw w obrębie Kościoła. Chodzi o refleksję, która nie jest ukierunkowana wyłącznie ad extra, ku innym, lecz dotyczy samej natury chrześcijaństwa. Jeżeli mamy podejmować dialog z wyznawcami innych religii, musimy najpierw ustalić fundamenty, które stanowią o tożsamości chrześcijaństwa i Kościoła. Innymi słowy, trzeba określić punkt wyjścia oraz granice dialogu. Tego jednak brakuje, bo po stronie katolickiej pojawiają się bardzo różnorodne zapatrywania i głosy.
Najczęściej Kościół nie podejmuje dialogu ze względu na siebie, lecz ze względu na Żydów, co strona żydowska „odwzajemnia” wchodząc z nami w kontakty ze względu na siebie. W efekcie mamy „dialog” bardzo jednostronny, ponieważ w Kościele przyjmujemy agendę żydowską, która jest nam zręcznie podpowiadana. Co ciekawe, jest nam podpowiadana z różnych stron, ale ze strony religijnej najmniej, ponieważ wyznawcy judaizmu są mocno podzieleni. Judaizm ortodoksyjny i ultraortodoksyjny nie chce żadnego dialogu z chrześcijanami. Do wchodzenia z nami w kontakty garną się i są dobierani nieliczni przedstawiciele judaizmu liberalnego, a także konserwatywnego i reformowanego.
Paweł Chmielewski: Czy oni w ogóle kogoś reprezentują?
Ks. Waldemar Chrostowski: W gruncie rzeczy każdy z nich reprezentuje samego siebie oraz tych, którzy się z nim zgadzają. Struktura judaizmu jest całkowicie inna niż struktura katolicyzmu. Katolicyzm ma strukturę wertykalną: papież, biskupi, duchowni, wierni. Jeżeli dla postrzegania i przedstawiania danej sprawy uda się pozyskać papieża i biskupów, wtedy cel w zasadzie jest osiągnięty, bo ich nauczanie jest przekazywane jako obowiązkowe dla wszystkich duchownych i wiernych. W judaizmie tak nie jest – i to w żadnej z jego odmian. Judaizm ma strukturę horyzontalną: rabin posiada autorytet jedynie w swojej wspólnocie, która może go wynająć i opłacić na określony czas. Jeżeli reprezentuje jej poglądy, będzie w niej dobrze funkcjonować, a jeżeli nie, wtedy się go zwalnia i niech szuka sobie pracy. Te uwarunkowania prowadzą do osobliwych sytuacji. W Polsce funkcjonuje Polska Rada Chrześcijan i Żydów, która w gruncie rzeczy jest Polską Radą Chrześcijan i Żyda, gdyż stałym i najważniejszym przedstawicielem strony żydowskiej jest w niej od początku Stanisław Krajewski. Od czasu do czasu włączało się w jej prace kilku innych Żydów, ale nie mieli żadnego przełożenia na to, żeby propagować działania Rady po stronie żydowskiej.
Paweł Lisicki: Problem rzeczywiście polega na tym, że w przypadku Kościoła katolickiego dobrze wiadomo, kto jest podmiotem: to papież albo jego przedstawiciele. W przypadku Żydów jest zupełnie inaczej. Trzeba najpierw ustalić, z kim moglibyśmy uprawiać dialog. Uważam, że trzeba wskazać przede wszystkim na państwo Izrael. Z tym partnerem Kościół rozmawia na przykład o swojej obecności w Ziemi Świętej. Łaciński patriarcha Jerozolimy albo jego przedstawiciele prowadzą dialog z władzami Izraela dotyczący swobód religijnych: czy można odprawić Mszę świętą, czy może odbyć się jakaś uroczystość, jak zabezpieczyć kościoły czy klasztory przed napadami ze strony radykalnych żydowskich osadników i tak dalej. Jeżeli w ogóle można nazwać te rozmowy dialogiem, to byłby to dialog polityczno-administracyjny. Rzecz nie jest wyjątkowa, Kościół działał tak zawsze: tam, gdzie jest jakaś niekatolicka większość, trzeba rozmawiać z jej przywódcami o funkcjonowaniu naszej wspólnoty religijnej.
Znacznie ciekawszy i ważniejszy jest drugi wymiar dialogu. Teoretycznie można byłoby go nazywać teologicznym, ale tak naprawdę, jak podkreślił Ksiądz Profesor, dialog jest tu określany czy narzucany przez Żydów. Podam przykład dyskusji towarzyszącej powstawaniu dokumentu „Nostra aetate”. Katolików reprezentował kardynał Augustin Bea, przewodniczący Sekretariatu ds. Popierania Jedności Chrześcijan. Po stronie żydowskiej funkcjonowały tymczasem różne grupy, które nie były bynajmniej teologiczne: B’Nai B’rith, Anti-Defamation League i Amerykański Kongres Żydowski (American Jewish Congress). Przedstawiciele tych trzech ośrodków regularnie spotykali się z kardynałem Beą i przedstawiali swoje postulaty. Ich głównym pomysłem było wtedy wyraźne potępienie antysemityzmu.
Paweł Chmielewski: I to się chyba udało?
Paweł Lisicki: Tak, do tekstu „Nostra aetate” wprowadzono takie potępienie, choć sam antysemityzm nie został zdefiniowany. Tych ludzi w każdym razie nikt nie wybrał; nie reprezentowali nawet państwa Izrael. To były po prostu osoby z trzech ważnych środowisk Żydów amerykańskich. Jeżeli spojrzeć na te grupy w kategoriach religijnych, to wyznawały raczej judaizm silnie reformowany. Najbardziej znaną postacią był wśród nich Abraham Heschel, autor książki „Prorocy”, gdzie próbował nadać prorokom Izraela bardzo uniwersalny charakter. Heschela można byłoby jednak uznać również za skrajnego modernistę. Twierdził, że tak naprawdę nie ma żadnej prawdziwej religii; że Bóg objawia się na różne sposoby, każdemu inaczej. Co ciekawe, Heschelowi wychodziło jednak zawsze tak, że choć Bóg objawia się na różne sposoby, to rację ma zawsze strona żydowska.
Opisanie środowiska, z którym dialoguje Kościół, jest bardzo skomplikowane. Na przykład dla Jana Pawła II głównym partnerem był Emmanuel Levinas, żydowski filozof z Francji, który nie reprezentował w żadnym razie ogółu Żydów, a jedynie pewną wąską ich grupę. Na Dni Judaizmu zaprasza się z kolei rabina Waltera Homolkę z Berlina, który wyznaje judaizm reformowany i bardzo liberalny. Homolka nie jest w ogóle uznawany przez ortodoksyjnych Żydów.
Jego pozycja w samym Izraelu jest żadna. W Polsce występuje tymczasem jako reprezentant strony żydowskiej. Mam wrażenie, że strona katolicka żyje złudzeniami. Wydaje się jej, że uprawia dialog ze stroną żydowską, ale tak naprawdę są tam po prostu różne grupy, zależnie od sytuacji: albo przedstawiciele państwa Izrael, które chce załatwić swoje interesy; albo środowiska Żydów amerykańskich, którzy czegoś potrzebują… W przypadku samej teologii najchętniej rozmawia się z Żydami liberalnymi.
Są też ci, którzy próbują przedefiniować stosunek judaizmu do samego Pana Jezusa. To na przykład Martin Buber albo Józef Klausner, autor książek o Jezusie. W ich ujęciu Pan Jezus był prawdziwym Żydem, którego chrześcijanie nie zrozumieli. Przypisali mu, że jest Synem Bożym, drugą Osoba Trójcy Świętej, zbawicielem świata… Zdaniem tych Żydów, wszystko to zostało narzucone postaci prawdziwego Jezusa-Żyda, który może być co najwyżej nauczycielem moralności, jakimś liberalnym rabinem.
Ks. Waldemar Chrostowski: Dopowiem kilka słów dotyczących okoliczności powstania deklaracji „Nostra aetate”. Została uchwalona przez Ojców Soborowych 28 października 1965 roku. Oprócz środowisk, o których wspomniał Paweł Lisicki, duży wpływ na jej kształt miał też Jules Isaac. Rzadko się mówi, że zarówno w przeddzień uchwalenia tej deklaracji, jak i dzień po jej ogłoszeniu, Jules Isaac odwiedził ambasadę Izraela. Jest ewidentne, że uchwalenie deklaracji „Nostra aetate” nie było więc obojętne ówczesnym władzom Izraela i rzecz była uważnie obserwowana w ambasadzie tego państwa w Rzymie. Wtedy nie było jeszcze oficjalnych stosunków dyplomatycznych państwa Izrael ze Stolicą Apostolską.
Paweł Chmielewski: Wracając do kwestii partnera dla strony Kościoła, nie ma zatem jednego wyraźnie określonego podmiotu dialogu?
Ks. Waldemar Chrostowski: Odmieniamy słowo „dialog” przez wszystkie przypadki. Ale tak naprawdę nie ma dialogu, są tylko kontakty i spotkania na różnych szczeblach. Dialog jest możliwy tam, gdzie chcemy poznać partnera takim, jaki on naprawdę jest, oraz zrozumieć go tak, jak on sam siebie rozumie. Wymaga to jednak wzajemności, czyli chęci przedstawienia rozmówcom tego, kim my jesteśmy oraz postulatu zrozumienia nas tak, jak my siebie rozumiemy. Dopiero wtedy, kiedy wychodzimy sobie nawzajem naprzeciw i szczerze mówimy coś ważnego o sobie, powinniśmy się wzajemnie szanować.
Tymczasem trwa nie tyle dialog, ile kontakty i spotkania. Jest ich niemało, ale zazwyczaj są to kontakty tych samych osób, które rozmawiają ze sobą o tym samym przez dziesięciolecia. O ile po stronie katolickiej wyniki tych kontaktów są przedkładane jako zadanie dla wiernych, o tyle po stronie żydowskiej nic takiego się nie dzieje. Czasami dochodzi do groteskowych sytuacji. Przykładowo, były przewodniczący Komitetu Episkopatu Polski do Dialogu z Judaizmem spotykał się i fotografował z rabinką, traktując to jako przykład otwarcia obu stron – żydowskiej i katolickiej. Problem w tym, że Żydzi ortodoksyjni, nie mówiąc o ultraortodoksyjnych, patrzyli na to z nieukrywanym zdziwieniem. Powiedziałem niedawno, że gdy dochodzi do spłaszczenia obustronnych kontaktów, mamy w istocie nie dialog, lecz parodię dialogu.
W Kościele katolickim staramy się poznawać judaizm – jego naturę i historię. Tymczasem po stronie żydowskiej nie ma żadnego zainteresowania Kościołem – z małymi wyjątkami, o których mówił Paweł Lisicki, gdzie Jezusa wpisuje się co najwyżej w porządek postaci Starego Testamentu. Jezus jest wtedy traktowany jako ktoś porównywalny z Abrahamem, Mojżeszem czy Dawidem. Niektórzy chrześcijanie odbierają to jako wyraz dobrej woli, jednak tak naprawdę ze strony Żydów jest to próba odebrania chrześcijaństwu jego rzeczywistej tożsamości. Jezusa Chrystusa bowiem nie da się wpisać i ograniczyć ramami Starego Testamentu.
Paweł Lisicki: Sam się zastanawiałem, czy jest coś takiego, co spaja wszystkie te środowiska żydowskie. Wydaje mi się, że jest jeden wspólny mianownik: to ideologia syjonistyczna. Czy Żydzi są bardziej liberalni czy konserwatywni, zawsze wszystko sprowadza się do obrony państwa izraelskiego. Bardzo dobrze opisano to w biografii Julesa Isaaca autorstwa Normana C. Tobiasa, którą w Polsce wydało wydawnictwo Austeria. Jules Isaac postrzegał siebie jako wiernego reprezentanta interesów Izraela. Miał obywatelstwo Francji, ale rozumiał swoją misję w kategoriach służby Izraelowi. Dlatego jeżeli coś łączy wszystkie te środowiska, o których tu mówimy, to będzie to właśnie reprezentowanie interesów syjonistycznych. Można powiedzieć, że to taka gigantyczna konfederacja różnych grup, które mają jeden wspólny cel, choć działają posługując się różnymi metodami. Z tego wynika też ich skuteczność. Za każdym razem można powiedzieć, że dana grupa nie reprezentuje przecież całego świata żydowskiego, ale robi coś na własną rękę… Niby tak, ale później okazuje się, że ta ręka jest związana z ambasadą Izraela.
Ks. Waldemar Chrostowski: Kardynał Grzegorz Ryś w niedawnej rozmowie z Bogdanem Rymanowskim wyznał, że w sytuacjach „kryzysowych” pozostaje w kontakcie z warszawską ambasadą Izraela – ambasador Izraela po prostu do niego dzwoni. Dlaczego właśnie do niego, a nie do ministra spraw zagranicznych? Skoro pojawiają się tam jakieś treści i wyjaśnienia, dlaczego nie są one upubliczniane?
Paweł Chmielewski: Skoro judaizm jest religijnie tak zatomizowany i Żydów spaja właściwie tylko polityka syjonistyczna, to jaki jest tego wpływ na samą strukturę dialogu? Innymi słowy, czy dialog teologiczny nie ulega polityzacji? Albo jeszcze głębiej: czy polityzacji nie ulega katolicka teologia?
Ks. Waldemar Chrostowski: W dużej mierze tak właśnie się dzieje. Na początku 4. punktu deklaracji „Nostra aetate” czytamy: „Zgłębiając tajemnicę Kościoła, święty Sobór obecny pamięta o więzi, którą lud Nowego Testamentu zespolony jest duchowo z plemieniem Abrahama”. Soborowy drogowskaz jest jasny: chodzi o to, żebyśmy zastanowili się, kim jesteśmy jako Kościół. Celem jest więc refleksja i dialog teologiczny. W tym miejscu pojawia się wiele poważnych problemów. Przede wszystkim trzeba postawić pytanie: czy judaizm ma w ogóle teologię? Owszem, judaizm ma filozofię, politykę, ideologię, ale czy spaja go wyraźnie określona teologia? Na to pytanie bardzo trudno jest odpowiedzieć jednoznacznie. Wprawdzie ostatnio pojawiają się opracowania dotyczące teologii judaizmu, ale nie wychodzą poza wybiórcze streszczanie Biblii hebrajskiej z nawiązywaniem i preferowaniem Miszny, Talmudu i nauczania rabinów, w których dominuje nie aspekt ortodoksji, lecz ortopraksji. Tym, co stanowi spoiwo wyznawców judaizmu nie jest doktryna, lecz określony i przyjęty sposób postępowania i zachowania.
Co więcej, aktualnie mamy do czynienia z nowością, której nie doświadczały wcześniejsze pokolenia chrześcijan. Od maja 1948 roku nasze kontakty z Żydami i judaizmem mają zupełnie inny charakter. Od utworzenia państwa Izrael do ogłoszenia deklaracji „Nostra aetate” upłynęło siedemnaście lat. Żydzi byli wówczas zainteresowani uprawomocnieniem przez Kościół istnienia ich państwa i po prostu potrzebowali Kościoła. W kolejnych latach państwo Izrael wzrastało w siłę i nabierało pewności siebie, lecz wciąż miało pewne oczekiwania względem Kościoła.
Przełomem stało się nawiązanie stosunków dyplomatycznych Stolicy Apostolskiej z Izraelem, które miało miejsce 30 grudnia 1993 roku. Była to decyzja Jana Pawła II, nie istniały bowiem żadne formalne przesłanki dla nawiązania takich relacji. Normalnie rzecz biorąc, powinno zostać spełnionych kilka warunków, a mianowicie posiadanie przez państwo ustalonych i międzynarodowo przyjętych granic terytorialnych, pokojowe relacje z sąsiadami, respektowanie mniejszości etnicznych i religijnych oraz zapewnienie praw należnych chrześcijanom. Wszystko to zostało pominięte, a po nawiązaniu stosunków dyplomatycznych Kościół został wmanipulowany w te realia polityczne, które ustala i realizuje państwo Izrael.
Po roku 2000 zaczął się nowy okres, który trwa do dzisiaj. Państwo Izrael uważa, że stoi tak silnie na własnych nogach, że nie potrzebuje już Kościoła. Jeżeli interesuje się kontaktami i spotkaniami, to tylko po to, by uwiarygodnić czy usprawiedliwić swoje poczynania. Do tego potrzebny jest Izraelowi chrześcijański syjonizm. Lecz w ten sposób teologia chrześcijańska ulega ideologizacji i staje się narzędziem polityki.
Paweł Lisicki: Warto pamiętać, że próby wywarcia na Kościół nacisków w celu uzyskania poparcia dla ruchu syjonistycznego miały miejsce już bardzo wcześniej. Chodzi o spotkanie Theodora Herzla ze św. Piusem X w 1903 roku. Herzl próbował namówić papieża na stanięcie po stronie syjonizmu. Pius X odmówił, tłumacząc, że skoro Żydzi odrzucają Jezusa Chrystusa, to Kościół nie może tego zrobić. Obiecał wsparcie wtedy, kiedy Żydzi się nawrócą. Theodor Herzl był z tego spotkania bardzo niezadowolony, jak wynika z jego dziennika. Spodziewał się innej reakcji.
Drugą próbę wywarcia na Kościół nacisku podjęto w latach 20. XX wieku, kiedy starano się wymusić zmianę modlitw liturgicznych. Chodziło o usunięcie z liturgii Wielkiego Piątku słów o perfidnych Żydach, czyli słynnej frazy „oremus et pro perfidis judaeis”. W 1923 roku do papieża Piusa XI skierowano petycję, którą podpisała Żydówka nawrócona na katolicyzm i pewien holenderski zakonnik. Pius XI odesłał tę petycję do Świętego Oficjum, którym kierował kardynał Merry del Val. Udzielono bardzo ostrej odpowiedzi, że taka zmiana byłaby całkowicie sprzeczna z nauką Kościoła i że chodzi tutaj o imputowanie Kościołowi antysemityzmu. Organizacja katolicka, która odpowiadała za petycję, została wówczas rozwiązana.
Jakiś czas temu naprawdę wstrząsnęła mną lektura książki pt. „Papież nieznany”, którą napisał amerykański dziennikarz Darcy O’Brien. Dotyczy relacji Jana Pawła II z Jerzym Klugerem. Praca jest napisana z pozycji entuzjasty porozumienia dyplomatycznego pomiędzy Watykanem a Izraelem. Tak naprawdę głównym świadkiem jest właśnie Jerzy Kluger, bardzo ważny i bliski współpracownik papieża. Z tej książki wynika, że Jerzy Kluger, choć był być może bardzo sympatycznym człowiekiem i miłym towarzyszem rozmów, był zarazem po prostu reprezentantem ambasady Izraela we Włoszech (Watykan nie utrzymywał wtedy jeszcze relacji dyplomatycznych z państwem Izrael).
Nie jest też wykluczone, choć to nie jest wprost powiedziane, że za całą operacją stały izraelskie służby wywiadowcze, Mosad, które bardzo wspierały ową odrodzoną przyjaźń papieża i „Jurka”. Z przedstawicielami Izraela Kluger nieustannie się kontaktował, otrzymywał precyzyjne wskazówki, co robić, a czego nie robić. Podkreślam raz jeszcze, że książka O’Briana została napisana z perspektywy entuzjasty, a nie krytyka. On w ogóle nie dostrzega dwuznaczności tej sytuacji. Dla niego Jan Paweł II i Jerzy Kluger to bohaterowie, jedynym złem są różni tradycjonaliści i konserwatyści w kurii rzymskiej, których nazywa antysemitami.
[...]
CAŁĄ ROZMOWĘ PRZECZYTASZ TYLKO W 5 NUMERZE KWARTALANIKA PCH24.PL








