„Kobiety do zarządów”! Feministyczny absurd zmieni polski rynek pracy?

W czasie ostatniego posiedzenia rząd przyjął prawdziwie mistrzowski projekt ustawy. Dostosowując się do „antydyskryminacyjnej” dyrektywy UE, gabinet Tuska zaproponował… ustawowe narzucenie odsetków płci na stanowiskach zarządczych przedsiębiorstw. Ewentualne przyjęcie propozycji przez Sejm będzie oznaczało, że o karierze i awansie decydować zaczną brukselskie oraz rządowe wytyczne. W imię rzekomej „równości szans” do rzeczywistości zawodowej nad Wisłą wchodzi przedsmak „punktów za płeć”. Tak oto próba „zrównywania nierówności” przez niepowołane do tego państwa kończy się skutkiem dokładnie odwrotnym.
We wtorek 9 czerwca rząd przyjął projekt ustawy, której implementacja zapewnić ma „równowagę płci” wśród kadry zarządczej publicznych spółek giełdowych w kraju.
To – oczywiście – nic innego jak wdrożenie do rodzimej rzeczywistości prawnej unijnej dyrektywy, której sam tytuł bez owijania w bawełnę wyjaśnia, o co chodzi.
Unijny program z 2022 roku sformułowany został pod hasłem Women on Boards. Z języka angielskiego oznacza to tyle, co „kobiety do zarządów”. Kiedyś „kobiety na traktory”, teraz „kobiety do zarządów”. Feministyczna agitka trwa…
Problem leży w skutkach, do jakich prowadzi i fałszywymi założeniami, na jakich się opiera.
Jeśli rządowa propozycja wdrożenia dyrektywy UE doczeka się aprobaty, nad Wisłą powitamy praktykę punktowania płci kandydatów na stanowiska dyrektorskie firm. Z formalnego punktu widzenia dokument wyklucza taki scenariusz. Według pomysłodawców, jego założenia mają nie zagrażać uczciwej konkurencji o wysokie funkcje. W praktyce jednak zagrażają.
Zgodnie z propozycją rządu, Polska wymusi na przedsiębiorstwach emitujących akcje na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie i posiadających siedzibę w kraju, by łącznie w zarządach oraz w radach nadzorczych firm zachowane zostały minimalne kwoty płciowe. Co najmniej 33 procent wysokich stanowisk przypadać ma „płci niedostatecznie reprezentowanej”. Złamanie tej zasady oznaczać będzie kontrole i kary.
Unijne dokumenty zawierają w sobie istotną dozę humoru prawnego. Przy jednoczesnym wprowadzeniu formalnego wymogu traktowania płci jako czynnika w rekrutacji twierdzą, że nie pozwalają na kierowanie się płcią kandydatów w wyborze na stanowisko…
Pomysłodawcy sądzą, że zasada pierwszeństwa kompetencji nad płcią skutecznie zabezpieczy rzetelność procesu naboru kadry zarządzającej. Zgodnie z propozycją ustawy, wymóg utrzymania minimum kwot płciowych nie może stanowić przyczyny odrzucenia kandydata o znacznie wyższych kompetencjach. Płeć ma rozstrzygać rekrutację w wypadku zbliżonych kompetencji kandydatów.
Uprzednio zaplanowany proces rekrutacyjny ma ściśle określać punktowane umiejętności. Jeśli mężczyzna i kobieta zdobędą takie same notowania, a w zarządzie brakować będzie pań, lukratywną posadę dostanie przedstawicielka płci żeńskiej. I odwrotnie w przeciwnym razie.
Problem w tym, że na rynku pracy nie ma dwóch takich samych kandydatów. De facto rządowe rozwiązanie odbiera w tej sytuacji przedsiębiorstwu elastyczność. Jeśli pod względem przewidzianych kryteriów oboje kandydatów wypadnie podobnie, wybór narzucać będzie urzędnicza litera.
W przypadku niedopełnienia takich zasad i zgłoszenia skargi przez przedstawiciela płci „niedostatecznie reprezentowanej” to na firmie spoczywał będzie obowiązek udowodnienia, że decyzja rekrutacyjna miała charakter merytoryczny.
Selekcyjne ograniczenia to jedynie początek problemu. Długofalowym skutkiem ustawy będzie preferencyjne podejście przedsiębiorstw do budowania kwalifikacji i kompetencji dyrektorskich osób „płci niedostatecznie reprezentowanej”. Liczne firmy, które wykażą deficyt kobiet w kadrze zarządczej, będą musiały postawić na aktywne przygotowywanie ścieżek awansu i rozbudowy kompetencji u pań, które z odpowiednimi kwalifikacjami będą bardzo poszukiwane. Trzeba więc będzie wspierać je w osiąganiu odpowiednich umiejętności… czyimś kosztem. W myśl ustawy, spółki mają zresztą uchwalić dokumenty strategiczne – przedstawiające sposoby na zwiększenie udziału płci pięknej na stanowiskach dyrektorskich.
Część przedsiębiorstw wyraziła już w ogóle obawy o możliwość zrealizowania rządowych oczekiwań. W sektorach, gdzie kobiet pracuje niewiele, żarliwa walka politruków z „nierównościami” doprowadzić może do poważnej patologii.
Otóż w branżach zdominowanych przez mężczyzn – jak przemysłowa, rolna czy górnicza – o kobiety z odpowiednimi kwalifikacjami na stanowiska dyrektorskie wybitnie trudno. Jeśli rządowy projekt zostanie uchwalony przez parlament, o panie z kompetencjami nieustannie będą rywalizować ze sobą podmioty biznesowe. Nieliczne menadżerki z kwalifikacjami firmy będą musiały sobie podbierać – windując oferowane stawki jedynie ze względu na ich płeć.
Co więcej: w branżach, w których kobiet pracuje znikoma liczba – w górnictwie jest to na przykład 7-10 procent – ustawa będzie wymagała ich kilkakrotnie wyższej reprezentacji w kierownictwie. Równe szanse nadchodzą!
Obowiązek utrzymywania limitów płciowych dotyczyć będzie dużych spółek publicznych. Przypomnijmy: chodzi o podmioty emitujące akcje na GPW i mające stałą siedzibę w Polsce.
Restrukturyzacja, do jakiej w myśl rządowych przepisów zostaną zmuszone zarządy takich podmiotów, będzie bardzo daleko posunięta. Jeszcze w 2022 roku – jak podał serwis Business Insider – kobiety stanowiły w sumie… 16 procent wśród członków zarządów, 36 procent wśród przewodniczących rad nadzorczych i 26 jako członkowie takich zespołów. Dwa ostatnie wyniki to zresztą i tak wysokie notowania jak na średnią unijną.
Kara za niewłaściwe wywiązywanie się z nowych obowiązków wynosić ma dla spółek 500 tysięcy złotych.
Rządowy projekt ustawy oznacza początek wciskania na polski rynek pracy „równościowej” polityki. To w istocie próba dopasowania rzeczywistości do feministycznych wyobrażeń. Za unijną dyrektywą stoi myśl, że zmniejszona obecność kobiet w kadrach zarządczych jest problemem, który należy zwalczyć jako wyraz wciąż trwającej „dyskryminacji”.
UE jest zresztą na aktywizowaniu zawodowym kobiet poważnie skupione. W dyrektywach z zeszłych lat chociażby, w pakiecie zakładającym wprowadzenie dodatkowych kwot urlopów rodzicielskich, UE zastrzegła niemożliwość przeniesienia wielu tygodni takiego zwolnienia na drugiego rodzica. Brukseli chodziło nie o to, by rodzina mogła otoczyć opieką własne potomstwo dłużej – ale by sztucznie zachęcić mężczyznę do pozostania w domu z dzieckiem, a kobietę wyciągnąć na rynek pracy.
Podobne rozwiązania są destruktywną formą ingerencji w naturalne kształtowanie się relacji między mężczyznami i kobietami. Trudno dziś w ogóle mówić o braku równych szans na rynku pracy. Zaburzenia wprowadzają tu właśnie urzędnicze rojenia emancypacyjne.
Tymczasem podział kompetencyjny między płciami nie wypada jednolicie na męską korzyść. Jest dwukierunkowy. Próby jego zwalczania wynikają po prostu z ideologicznej, egalitarnej fiksacji, która wszędzie każe dostrzegać dyskryminację, zamiast wyrazu komplementarności płci.
Trudno utrzymać narrację o zakorzenieniu współczesnych rozbieżności w dawnej – dla ideologów „opresyjnej” – strukturze społecznej. Dziś kobiety radzą sobie lepiej nieraz w przestrzeniach historycznie typowo męskich. Wszak feministki nie mogą zapomnieć, że edukacja i nauka była niegdyś domeną panów. A jednak dziś to dziewczynki mają średnio lepsze wyniki w szkołach. To trend, który zauważalny jest w skali globu. Kobiety statystycznie częściej kończą też uniwersytety.
Na rynku pracy kobiety stanowią zaś absolutną większość personelu w sektorach opieki zdrowotnej, pomocy społecznej, nauczycielstwie. W personelu działów HR mają statystycznie 72-procentowy udział…
„Nierównowaga płci” to po prostu odzwierciedlenie różnic, jakie dzielą mężczyzn i kobiety. Chcieć urzędniczo „zrównoważyć” ten podział oznacza tyle, co zwalczać naturalne ciążenie mężczyzn i kobiet ku bardziej odpowiednich dla ich predyspozycji ścieżek zawodowych.
Ponury to widok, że te feministyczne zapisy forsuje się w dobie paraliżującego kryzysu demograficznego. Dziś to nie pozycja kobiet na rynku pracy domaga się uwagi – ale niebezpiecznie częsta rezygnacja małżeństw z budowania rodziny. I w ogóle coraz rzadsze zawieranie stałych związków. Nakręcana przez feministyczną i konsumpcjonistyczną agitację pogoń za karierą odgrywa w tym niemałą rolę.
Zamiast pomóc rodzinom dzielącym obowiązki – w których mężczyźni pracują, a kobiety budują dom i przynoszą na świat dzieci – decydenci tym bardziej starają się je z przestrzeni rodzinnej wyciągnąć i wrzucić w świat korporacyjnych karier. Widać na promowanie kultury rodzinności i mądrość przed szkodą nas nie stać… Skazani więc będziemy na dyskusje o „równości” również wieku emerytalnego – gdy kolejne pokolenia będą musiały pracować latami dłużej – by utrzymywać liczniejszą od nich grupę emerytów.
Filip Adamus








