Krystian Kratiuk: Gdzie jest Polska?

Kratiuk_1024x1024.jpg
Autor:
Krystian Kratiuk
shutterstock_2552314887_Karniewska_800x460.jpg
Fot: shutterstock.com/Karniewska

To pytanie od dłuższego czasu spędzało mi sen z powiek. Ale poznałem już odpowiedź. Musiałem chwilę poszukać, pozaglądać tu i tam, niejako wyjść z siebie – ale znalazłem.

Dorastałem w poniemieckim mieście, stale szukając w nim śladów polskości. To zadanie karkołomne, co przyzna każdy, kto choć odrobinę orientuje się w historii tak zwanych Ziem Odzyskanych, szczególnie Pomorza Zachodniego. Ówczesne młodzieńcze poszukiwania zaprowadziły mnie w końcu do jednego ze stargardzkich kościołów, gdzie odnalazłem przywieziony tam z utraconego Wschodu wizerunek Matki Bożej Ostrobramskiej, przed którym klęczały starsze osoby tłumaczące młodszym, kto to taki. Jakiś czas później na ścianach tej świątyni pojawiły się liczne tablice pamiątkowe poświęcone a to pamięci sybiraków, a to ofiar Katynia, a to powstańców, to znów polskich kapłanów, którzy zginęli w Dachau.

Tamto doświadczenie wyryło głębokie ślady w mojej duszy. Do dziś, szukając znaków polskości, intuicyjnie kieruję się do Kościoła – tak, już nie tylko tego pisanego małą literą, ale przede wszystkim do tego pisanego literą wielką. Tam bowiem, gdzie w Polsce trwa Kościół, tam – można założyć – trwa i piękno Polski.

Uchylona zasłona codzienności

Gdzie zatem jest ta Polska? Czy w Warszawie, pośród tak licznych w stolicy apostatów i wrogów polskości? Owszem, jest tam z pewnością – trwa w dobrych ludziach. Może więc tym bardziej Polska jest w niegdysiejszym sercu Rzeczypospolitej – w wawelskiej katedrze, pięknej zarówno blaskiem minionych epok, jak i dzisiejszej, godnej uznania zachowawczości? Tak, jest tam, pomimo wszystkiego, co w ostatnich latach stało się z Krakowem i wielu Krakowianami.

Zróbmy to razem!

Ale najbardziej polską Polskę odnajduję na prowincji, szczególnie na południu, gdzie mieszkam od kilku lat. Nie chodzi wyłącznie o piękne krajobrazy – choć przecież nie z każdego miejsca w naszym kraju można obserwować, jak ponad miękką falą Beskidu Wyspowego, niczym objawienie rysują się sine kontury Tatr, jakby ktoś na moment umyślnie uchylił zasłonę codzienności, zachęcając do podziwiania dzieła stworzenia. Nie chodzi również tylko o ciszę, która trwa pośród przydrożnych świątków i skromnych kapliczek, gdzie bez skrępowania przystawać można u stóp Matki Bożej, co nie tylko nikomu nie przeszkadza, ale ludzie dołączają do stojącego z serdecznym Szczęść Boże. Nie chodzi nawet o sławione przez poetów bociany czy bobry, jelenie czy wilki, ba, nawet coraz rzadziej widywane krowy – choć kto nie chwali Boga za stworzenie tych istot, zapomina o niemałej części cnoty zwanej wdzięcznością.

Najbardziej polską – i przez to najpiękniejszą – Polskę znajduję w parafialnych wspólnotach nadal żyjących według kalendarza liturgicznego. Wśród ludzi przywiązanych do swojego kościoła, do swojej wiary, swojej ojczyzny i do siebie nawzajem. A takie miejsca wciąż istnieją – i jest ich niemało – aby je odkryć wystarczy tylko raz na jakiś czas wyjechać poza Warszawę, Kraków czy Wrocław.

Łzy na ugiętych kolanach

Najpiękniejsza Polska to ciężko pracujący ludzie, którzy wstają przed zimowym świtem, by zaprowadzić swe dzieci na roraty. Pamiętają swych rodziców, jak brnęli przez śnieg, trzymając ich za rękę, i pragną, by za następne ćwierć wieku ich wnuki budziły się w grudniowe poranki w tym samym celu. To osoby, które swój wolny czas poświęcają na ćwiczenie gry w orkiestrze ochotniczej straży pożarnej, aby podczas pasterki cała okolica usłyszała radość z powodu narodzenia Pana!

To ludzie, którzy przygotowują się do świąt wielkanocnych przez cały Wielki Post, co piątek krocząc za umęczonym Jezusem po Jego krzyżowej drodze, samodzielnie, na zmianę przygotowując co tydzień teksty rozważań. To matki, które zasiadają z dziećmi na wiele dni przed świętami, by przygotować tradycyjne palmy. To kobiety całymi dniami pieczołowicie haftujące sztandary, aby zdążyć je upiększyć przed rezurekcją. To osoby w każdym wieku, czuwające mroczną porą w swym niemal zupełnie niezmienionym od dwóch stuleci drewnianym kościółku, by nie opuścić Chrystusa w wielkopiątkową noc. To rodziny trwające w Wielką Sobotę na Mszy wigilii paschalnej do późnych godzin nocnych, aby zerwać się już za trzysta minut i pędzić na procesję, podczas której poniosą feretrony, relikwiarze i inne święte dla nich przedmioty.

To głosy wyśpiewujące przed kapliczkami litanię loretańską w najpiękniejszym spośród polskich miesięcy. To policzki pokryte łzami trzeciego dnia tego miesiąca podczas śpiewania Z dawna Polski tyś Królową na początku Mszy Świętej w dniu, w którym przecież wcale nie ma obowiązku w niej uczestniczenia. I dyskretnie ocierane dłonią, gdy na zakończenie zabrzmi Boże, coś Polskę.

To osoby klękające do Komunii Świętej przy balaskach – jak liczne pokolenia przed nimi. To mężczyźni, którzy przywdziewają garnitur tylko kilka razy w roku, jednak nigdy niezaniedbujący tego w jeden czerwcowy czwartek, gdy mają nieść baldachim nad skrytym w monstrancji Chrystusem, który ich zagrody widzieć przychodzi i jak się Jego dzieciom powodzi. To rodziny od wielu dni zrywające kwiaty, żeby je ułożyć jak olbrzymi dywan dla Zbawiciela przed ołtarzami procesji Bożego Ciała.

To rodzice przypominający swym dzieciom, by pobiegły do kościoła, bo dziś pierwszy piątek miesiąca; to chłopcy odrywający się od komputera, by służyć do Mszy Świętej. To ci, którym nierzadko wcale się nie przelewa, a jednak chętnie oddają część swych dochodów, by kościół się nie sypał, aby można było zbudować obok niego parking, bo przecież coraz częściej przybywa się tam samochodem. To dziewczynki drżącym głosikiem witające biskupa, gdy przyjeżdża z wizytą.

To kobiety i mężczyźni, każdego tygodnia z innej ulicy czy przysiółka, pucujący kościelne drzwi, podłogi i ławki, zamiatający chodniki wokół świątyni i pędzący do kwiaciarni, by liturgia wyglądała jak najpiękniej i jak najgodniej. To w końcu ich proboszcz, sprawujący im sakramenty, pozwalający im pomagać sobie w prowadzeniu parafii i dziękujący im zawsze, gdy razem przygotują coś dla wspólnoty, czy to w murach kościoła, czy poza nimi.

Piękno na to jest, by zachwycało

W takich właśnie miejscach delektuję się pięknem Polski. A wiem – bo sprawdziłem, gdy z wolna przestawałem w to wierzyć – że takie miejsca nadal istnieją. Istnieje Polska parafialna, która może i wieczorem włącza telewizor, by oglądać programy ze zglobalizowanego, ujednoliconego świata, ale potem idzie spać (odmówiwszy uprzednio modlitwę) i nazajutrz wstaje niezmieniona, bo wciąż pragnie pozostać sobą.

Oto piękna Polska. Miejsce wciąż wyróżniające się na mapie Europy blaskiem swojej wiary i tradycji. Owszem, podtrzymywanej może w coraz mniejszej liczbie miejsc, przez coraz mniejszą liczbę ludzi. Ale jej piękno trwa.

I zawsze, gdy je widzę, pozostaję dziwnie spokojny, że przetrwa.

 

Krystian Kratiuk

Artykuł został opublikowany w 111. numerze magazynu POLONIA CHRISTIANA

 

PCH111 (1)

 

Kratiuk_1024x1024.jpg
Autor:
Krystian Kratiuk
Zróbmy to razem!
Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.
Wybierz kwotę: