Leon XIV, normalny papież. Tylko… czy potrzebujemy „normalności”?

Chmielewski-1024x1024 (1).jpg
Autor:
Paweł Chmielewski
leoleoleo.jpg
Papież Leon XIV. Fot. EPA/FABIO FRUSTACI Dostawca: PAP/EPA.

Rok temu Kolegium Kardynałów wybrało na następcę świętego Piotra pierwszego w historii kardynała z USA, Roberta Prevosta. Leon XIV dał się poznać jako papież, który na poważnie traktuje zadanie zaprowadzania w Kościele jedności. Pytanie tylko, czy nie dokonuje się to również za cenę prawdy.

Nie ma co do tego żadnych wątpliwości: Leon XIV pozwolił Kościołowi odetchnąć. Choć można wskazać na różne wątpliwe czy kontrowersyjne elementy jego pontyfikatu (piszę o tym poniżej), to zarazem trzeba uczciwie przyznać, że Leonowy sposób sprawowania rządów jest dokładnie tym, czego katolicy „psychologicznie” potrzebowali po skrajnie wybuchowym okresie władzy Franciszka.

Prawda jest brutalna: większość ludzi nie interesuje się złożonymi dyskusjami doktrynalnymi ani moralnymi. Od papieża oczekują, że będzie wyglądać jak papież, zachowywać się jak papież i mówić jak papież. Leon XIV spełnia to proste kryterium, czego nie można powiedzieć o jego poprzedniku.

Zróbmy to razem!

Franciszek ubierał się w sposób niby skromny, ale tak naprawdę ekstrawagancki; odrzucił wiele zwykłych obyczajów życia papieskiego, w tym mieszkanie w Pałacu Apostolskim; nieustannie wygłaszał przedziwne komentarze, udzielał nieprzemyślanych wywiadów i publikował dokumenty, które rodziły ostre spory.  

Niezależnie od konkretnej treści tego, co mówił i robił, miliony wiernych denerwowało to, jak to robi: chaotycznie, bez szacunku dla tradycji, prowokując kłótnie. Jakby był jakimś radykalnym rewolucjonistą, a nie dobrotliwym Ojcem Świętym, za jakiego chciał uchodzić.

Na obronę Franciszka można powiedzieć, że czynił to wszystko w głębokim przekonaniu do konkretnej interpretacji Ewangelicznej nauki o ubóstwie i prostocie Kościoła. Niezależnie od intencji papieża, większość katolików po prostu drażnił, tego nie można zanegować.

Leon XIV uzdrowił sytuację. Ubiera się tak, jak trzeba – można byłoby oczekiwać większego przepychu, ale generalnie udało mu się pogodzić papieskie tradycje z jakimś rysem Franciszkowego ubóstwa.

Robi to, co zwykle robili jego poprzednicy – nie przyjmuje na audiencjach transseksualnych prostytutek, mieszka w Pałacu Apostolskim, po prostu niczym szczególnym nie zaskakuje (może za wyjątkiem pobłogosławienia bryły lodu, ale to jeszcze dziedzictwo jego poprzednika).

Wreszcie, naucza wiary katolickiej: homilie i wystąpienia Leona XIV nie porywają, ale zwykle nie ma się do czego przyczepić. Ot, zwyczajne nauczanie papieskie.

Mówiąc krótko, Leon XIV ewidentnie jest papieżem.

Franciszek też był papieżem, ale wyglądał na rewolucjonistę.

Różnica jest niebagatelna.

Co konkretnie robi Leon XIV ze schedą po poprzedniku? 

Leon XIV postawił na jedność. Kategorycznie odrzuca polaryzację. Owszem, na początku pontyfikatu nie zawsze to mu się udawało. Szczególnym przykładem jest ogłoszenie dokumentu „Mater Populi fidelis” o tytułach Matki Bożej, która to publikacja wywołała ogromne kontrowersje teologiczne. Dokument został jednak przygotowany za pontyfikatu Franciszka, stanowiąc swoiste zwieńczenie dość długiej próby „uporządkowania” kultu Maryjnego, za co wziął się kardynał Victor Manuel Fernández, prefekt Dykasterii Nauki Wiary. Poza tym jednym poważnym i szeregiem pomniejszych wypadków – ewidentnie związanych ze schedą po Franciszku, Leon XIV polaryzacji unika jak ognia. Zachowuje się w sposób, który nikogo nie może urazić.

Synodalność? Oczywiście, Leon XIV kontynuuje proces synodalny, w końcu tego chciał Franciszek i duża część jego otoczenia. Gdyby nagle go przerwał, wywołałby oburzenie i oskarżenia o to, że odcina się od poprzednika. Synodalność w wydaniu papieża Prevosta jest jednak, jak dotąd, dość bezobjawowa. Wprawdzie mają odbyć się jakieś spotkania, pracują rady i komisje, ale cały synodalno-rewolucyjny entuzjazm zniknął. Nikt nie mówi już, że czeka nas jakiś „nowy synodalny Kościół”, a sama niezdefiniowana synodalność stanowi jakoby „konstytutywny element” życia kościelnego.

Błogosławienie par LGBT? Cóż, „Fiducia supplicans” została ogłoszona, tego się nie cofnie – w wielu krajach świata błogosławienie tęczowych par po prostu weszło w życie. Gdyby Leon XIV chciał tego zakazać, nie tylko naraziłby się na zarzut uderzania w postanowienia poprzednika, ale wywołałby też poważny ferment w tych miejscach, gdzie owa praktyka zaczęła funkcjonować. Zarazem jednak papież Prevost nie przedstawia się jako entuzjastyczny zwolennik tego dziwacznego dokumentu. Dwukrotnie zdystansował się od tego, co dzieje się w Niemczech, gdzie te błogosławieństwa są szczególnie rozpowszechnione. Innymi słowy, Leon XIV nie walczy z „reformą” Franciszka, ale stara się też jej nie eksponować i podkreśla jej ograniczony zasięg.

Dialog międzyreligijny? Kiedy Franciszek jechał do jednego z krajów islamskich, można było być pewnym, że „coś” się wydarzy – to znaczy: usłyszymy komentarze, których połączenie z wiarą katolicką przerośnie możliwości najbardziej nawet elastycznego teologa. Tak było w związku z Deklaracją z Abu Zabi, tak było podczas wyprawy do Singapuru i Indonezji… Leon XIV kontynuuje dialogowy kierunek Franciszka, ale bez jego radykalizmu. W Libanie może powiedzieć, że z meczetów płyną modły do Boga, a w Algierii ogłosi, że meczet jest „przestrzenią” przeznaczoną Bogu. Z perspektywy Tradycji to nader wątpliwe, ale można to również uznać za dyplomatyczną kurtuazję, bez wchodzenia na radykalne manowce, na które zapuszczał się Jorge Mario Bergoglio. Dialogizm ze wszystkimi jego patologiami – tak, ale bez jaskrawości Franciszka.

Nie wiadomo, jak będzie z liturgią. Jorge Mario Bergoglio bardzo mocno uderzył we wspólnoty tradycyjne, ogłaszając w 2021 roku motu proprio „Traditionis custodes”. Leon XIV obiecał, że znajdzie jakieś rozwiązanie tej kwestii. Jak dotąd nic takiego się nie wydarzyło, ale prawdopodobnie Watykan ogłosi nowe wytyczne w lipcu tego roku. Po pierwsze, minie wówczas okrągłe pięć lat od dokumentu Franciszka, więc jego ewaluacja będzie mieć pozór naturalności. Po drugie, na początek lipca nielegalne konsekracje biskupie zapowiedziało Bractwo Kapłańskie św. Piusa X, na co Watykan będzie czuł się zmuszony zareagować kategorycznie, ogłaszając stan schizmy. Jeżeli Leon XIV chce wyciągnąć rękę do katolików tradycyjnych, którzy nie chcą jednak konfliktu z Rzymem – lipiec 2026 będzie po temu najwłaściwszym czasem.

To nie jest zły papież… 

Z perspektywy jedności w Kościele, trzeba to powiedzieć wprost: Leon XIV nie jest złym papieżem. Stara się zachować to, co stanowi podstawę wspólnoty chrześcijańskiej. Można by nawet powiedzieć, że Leon XIV jest najlepszym papieżem, na jakiego moglibyśmy faktycznie liczyć. Kontrrewolucjonista na tronie św. Piotra, serialowy Pius XIII – nie, to po prostu niemożliwe w aktualnym stanie życia kościelnego i światowej polityki, chyba że za sprawą bezpośredniego Bożego cudu. Zakładając, iż Pan Bóg prowadzi Kościół bardziej delikatnie i patrzymy na papiestwo bardziej przyziemnie, Leon XIV mógłby zyskać solidną „tróję”. Ot, papież – niczym się wyróżnia, ale też nie przeszkadza.

…ale...

Problem tylko w tym, że taka ocena zakłada wyjątkowo niską poprzeczkę. Innymi słowy, może i Leonowi należałaby się „trója”, ale tylko, jeżeli za punkt wyjścia i normalności wziąć quasi-postapokaliptyczny krajobraz powojennego i posoborowego kryzysu cywilizacyjno-kościelnego. W normalnym układzie, można rzecz, w układzie ewangelicznym – a przecież to powinna być właściwa matryca naszych rozważań – należałoby Leona XIV ocenić zupełnie inaczej.

Mniej więcej tak, jak innych papieży ostatnich dekad, zapytując przede wszystkim o jedno:

Gdzie tu jest prawda?

Gdzie jest prawda, kiedy Leon XIV „dystansuje się” od niemieckich błogosławieństw dla par tej samej płci, ale jednocześnie w ogóle ich nie represjonuje, a „Fiducia supplicans” pozostaje w mocy?

Gdzie jest prawda, kiedy Leon XIV rozmawia z muzułmanami tak, jakby byli wyznawcami prawdziwego Boga?

Gdzie jest prawda, kiedy Leon XIV podejmuje jak równą sobie panią Sarah Mullally z Canterbury, a ona błogosławi w podziemiach Bazyliki św. Piotra katolickiego arcybiskupa?

Gdzie jest prawda, kiedy papież ogłasza kontynuację „Amoris laetitia” Franciszka, czyli adhortację wprowadzającą Komunię świętą dla rozwodników w ponownych związkach?

Gdzie jest prawda, kiedy wszelkiej maści heretycy liberalno-rewolucyjni głoszą bez żadnych przeszkód swoją agendę, a Kuria Rzymska udaje, że tego w ogóle nie dostrzega?

Można byłoby to pytanie zadawać jeszcze długo, wchodząc na coraz to kolejne obszary, które cierpią dzisiaj z powodu postępującej niejednoznaczności doktrynalnej i moralnej.

Klęska posoborowej ahimsy

Nie jest to jednak wina Leona XIV – nie w tym sensie, by obciążała akurat jego w kontrze do innych papieży. Od II Soboru Watykańskiego Stolica Apostolska przyjęła po prostu jako nowy paradygmat bycia-w-świecie politykę całkowitej koncyliacyjności, można rzec – zasadę ahimsy (non violence) Mahatmy Gandhiego. Z nikim się nie kłócimy, o nic się nie spieramy, ze wszystkimi współpracujemy. Słowa Jana XXIII o tym, że Kościół woli dziś stosować „lekarstwo miłosierdzia” wobec błądzących, są nadal aktualne – zależnie od papieża i konkretnej sytuacji, w różnym natężeniu, ale obowiązują niezmiennie jako zasadniczy drogowskaz.

Polityka całkowitej koncyliacyjności może miała swój powab w pierwszych dekadach po II wojnie światowej. Powstała Organizacja Narodów Zjednoczonych, świat się globalizował, wielkim mocarstwom udawało się utrzymać rywalizację w ryzach, tocząc krwawe konflikty tylko na peryferiach cywilizowanego świata… Wszystko, wydawało się, zmierza do ukonstytuowania globalnej zjednoczonej wioski wszechludzkiej.

AD 2026 widać, że to było tylko złudzenie. Konflikty bynajmniej nie ustały. Ludzkość nie chce przyjąć demokracji liberalnej jako zwieńczenia swojej historii politycznej. Niekatolicy nie mają też zamiaru zaciągać hamulców, gdy idzie o krytykę Kościoła czy prześladowania chrześcijan. W dodatku do prześladujących dochodzą też nowe grupy, na przykład Żydzi w Izraelu. Herezje szerzą się w stopniu niespotykanym – „lekarstwo miłosierdzia” niczego nie leczy. Mówiąc krótko, dialogizm czy też kościelna wersja polityki ahimsy, poniosła klęskę.

Byłoby chyba dobrze, by Stolica Apostolska zdała sobie z tego sprawę. Obyczaje zmieniły się od czasów Inkwizycji. Nikt nie proponuje stosów za zdradę prawdziwej wiary. Duch gorliwości w obronie prawdy powinien jednak wrócić do Kościoła. Polityka budowania jedności w epoce posoborowej, w dodatku po rewolucyjnym pontyfikacie Franciszka – to funkcjonalnie polityka gruntowania zmian, które już się dokonały.

Hasło jedności brzmi pięknie, ale jeżeli nie jest to jedność w prawdzie – jest hasłem zupełnie pustym.

Paweł Chmielewski

 

 

Chmielewski-1024x1024 (1).jpg
Autor:
Paweł Chmielewski
Zróbmy to razem!
Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.
Wybierz kwotę: