Łukasz Warzecha: Rzecznikowanie. Jak długo jeszcze będziemy za to płacić?

Mój niezmienny podziw wywołują politycy (czy też inni uczestnicy życia publicznego), którzy próbując ratować swój wizerunek po jakiejś bezprecedensowej wtopie pogrążają się jeszcze bardziej. Tak stało się z panią Moniką Horną-Cieślak, rzecznik praw dziecka.
O jej liście do właścicielki pszczyńskiej lodziarni „Pod Dębem” w sprawie akcji „Lody za pasek” z pewnością czytelnicy portalu już wiedzą. Najkrócej przypominając: właściciele lodziarni zdecydowali się zakończyć rozdawanie lodów gratis posiadaczom świadectwa z paskiem po tym, jak jeszcze w ubiegłym roku dotarło do nich pisemko pani rzecznik. Monika Horna-Cieślak twierdziła w nim, że akcja może naruszać prawa dziecka. Pismo od pani rzecznik jest napisane z użyciem bełkotliwej nowomowy, w której przebijają się słowa klucze lewicowego dyskursu, takie jak „inkluzywność” czy „osoba uczniowska”. Jego sens jest jasny: nie można wyróżniać osób, które mają lepsze wyniki, bo ci, którzy ich nie mają, mogą się poczuć niekomfortowo.
Powszechnie krytyczna reakcja na to szkodliwe wystąpienie chyba panią rzecznik zaskoczyła, ta postanowiła więc podreperować swój nadszarpnięty wizerunek i w ramach urzędowych działań udała się na Dolny Śląsk, żeby cyknąć sobie selfika z właścicielką lodziarni (która na zdjęciu nie wygląda na specjalnie zachwyconą) i napisać, że sprzeciwia się „hejtowi”, który miał dotknąć ją i „panią Jolę”, czyli właścicielkę „Pod Dębem”. Tyle że nikt tej ostatniej nie krytykował. Krytyka, nazywana przez panią rzecznik „hejtem”, dotyczyła wyłącznie samej Hornej-Cieślak.
Na początku pojawiały się pytania, dlaczego lodziarnia zdecydowała się zakończyć akcję, skoro formalnie rzecz biorąc pisemko od pani rzecznik mogłaby sobie wyrzucić do kosza, bo rzecznik praw dziecka nie może niczego zabronić żadnemu przedsiębiorcy. Wyjaśniałem wtedy, że niepokornego przedsiębiorcę władza może dojechać na wiele sposobów, korzystając z organów, które są uprawnione do kontrolowania podmiotów prowadzących działalność gospodarczą, w szczególności spożywczą czy gastronomiczną. Nawet gdyby taki przedsiębiorca miał wszystko na tip-top i we wzorowym porządku, to same zmasowane kontrole będą dla niego problemem. Moją intuicję potwierdziła właścicielka, która wyjaśniła mediom: „Nawet jeśli w piśmie nie było napisane »kategorycznie zabraniam«, to jednak było napisane, że powinnam to zatrzymać. Chciałam uniknąć problemów w sytuacji, gdyby ktoś jeszcze raz wysłał na mnie donos, że kontynuuję praktykę »lodów za pasek«. Skąd mam wiedzieć, jakie konsekwencje by mi za to groziły?”.
Sposób, w jaki pani rzecznik próbowała ratować się przed krytyką, był wyjątkowo żenujący, żeby nie powiedzieć: wstrętny. „Pani rzecznik nie zapowiedziała swojej wizyty. Zadzwoniła do mnie późnym popołudniem, że chciałaby się ze mną spotkać. Za wszelką cenę chciałam uniknąć tego spotkania. Zgodziłam się po dłuższych namowach” – relacjonowała właścicielka.
I znów mógłby ktoś powiedzieć, że właścicielka lodziarni powinna była Monikę Hornę-Cieślak ostrzec, iż oskarży ją o stalking, jeśli ta nie przestanie jej nękać telefonami, a następnie pożegnać w krótkich, żołnierskich słowach, odwołując się do słynnej deklaracji niejakiego Szymka z Budziejowic. Przypominam, że ten właśnie trzecioplanowy bohater „Przygód dobrego wojaka Szwejka” skomentował czcigodne damy, pocieszające jadących na front żołnierzy, w następujący sposób (podaję w oryginale, coby nieco złagodzić dosadność diagnozy): „Jsou ale tady ty kurvy drzý”. Ja jednak doskonale rozumiem, dlaczego właścicielka małej firmy nie jest w stanie postawić się ważnej urzędniczce, nominatce obecnej władzy. Nie możemy od szeregowego przedsiębiorcy z niedużego miasta wymagać podejmowania heroicznej walki z systemem. Ten przedsiębiorca ma firmę, na którą pracował całe życie, ma pracowników i utrzymuje nas wszystkich – w tym biuro pani Hornej-Cieślak – z płaconych do budżetu podatków. Chce po prostu w spokoju prowadzić interes i zarabiać.
Tu wypada otworzyć wątek dotychczas pomijany w tej sprawie. Funkcjonowanie instytucji rzecznika praw dziecka kosztuje polski budżet obecnie blisko 45 mln zł rocznie. A to tylko jeden z tego typu wyspecjalizowanych urzędów, w tym wypadku istniejący na mocy ustawy od 2000 r. i niezmiennie obsadzany z politycznego klucza na pięć lat przez aktualną większość (RPD powołuje Sejm za zgodą Senatu). Można by rzec, że Polska rzecznikami stoi. Mamy rzecznika od praw dziecka, praw pacjenta, małych i średnich przedsiębiorców, finansowego (czyli od praw klientów instytucji bankowych czy ubezpieczeniowych), oraz oczywiście rzecznika praw obywatelskich – ten ostatni jest urzędem konstytucyjnym. Ponadto są też rzecznicy od praw konsumentów, działający w ramach struktury UOKiK. Dodatkowo co jakiś czas pojawiają się żądania, aby powoływać kolejnych rzeczników, w tym tak absurdalnych jak „rzecznik praw zwierząt”.
Od dawna twierdzę, że „zarzecznikowanie” polskiego krajobrazu nie jest świadectwem dobrego działania państwa, ale wręcz przeciwnie: ujawnia głęboką patologię. W państwie z dobrze działającymi procedurami oraz sprawnym sądownictwem wyspecjalizowani rzecznicy nie są w ogóle potrzebni, bo sporne sprawy rozwiązuje się z pomocą prawników w sądach – szybko i bez wątpliwości. Urząd wyspecjalizowanego rzecznika jest zaś sygnałem podwójnym.
Po pierwsze – pokazuje, że w jakiejś dziedzinie sprawy idą na tyle słabo, a ochrona prawna jest tak niedopracowana, że aby załagodzić złość obywateli, politycy postanowili powołać specjalnego urzędnika. Być może najlepszym przykładem jest rzecznik małych i średnich przedsiębiorców, który wykonuje mnóstwo konkretnej i rzeczywiście potrzebnej roboty, również włączając się do postępowań. Gdyby jednak sądy działały szybko, państwo honorowało zasadę „co nie jest zabronione, jest dozwolone”, a ZUS nie funkcjonował jak rabuś nastający na przedsiębiorców, ten urząd nie byłby potrzebny.
Po drugie – jest przejawem gry pozorów typowej dla państwa, gdzie znaczna część polityki rozgrywa się w formie teatru. Jest problem? Zamiast prowadzić analizy, zmienić ustawodawstwo, usprawnić podstawowe państwowe procedury łatwiej i efektowniej jest powołać kolejnego rzecznika. A potem dzięki niemu mieć jeszcze trochę stanowisk do obsadzenia – jeśli nie przez ludzi powiązanych z partią bezpośrednio, to przynajmniej przez tych sprzyjających danej formacji.
Polska – o ile mamy ambicję naprawienia naszego państwa – powinna zmierzać do eliminacji urzędów rzecznikowskich, czyli do takiego stanu rzeczy, w którym nie da się już uzasadniać ich istnienia. Nie ma zadań, które – o ile faktycznie są niezbędne – nie mogłyby być wykonywane przez państwo bez dodatkowych urzędowych struktur.
Łukasz Warzecha







