Między gniewem a przebaczeniem. Chrześcijańskie podejście do banderyzmu?

Słusznie oburzamy się na Ukraińców, którzy nie chcą wziąć odpowiedzialności za ludobójstwo na Polakach. Słusznie domagamy się stanowczej reakcji władz. Słusznie czerpiemy odrobinę moralnej satysfakcji z gestu prezydenta Karola Nawrockiego, który odebrał Żełeńskiemu Order Orła Białego. Ale czy jednocześnie nie dajemy się rozgrywać, popadając jako społeczeństwo w skrajności i zapominając o złotym środku, który wynika z... postawy ewangelicznej?
Od paru dni obserwujemy, z jak szaleńczym zapałem liberalne media próbują wykorzystać awanturę o odebranie najwyższego polskiego odznaczenia Wołodymyrowi Żełeńskiemu, by znów eskalować dwa antagonistyczne obozy w naszym społeczeństwie. Na szczęście, czyniąc ten godny pochwały gest, prezydent Nawrocki nie tylko pokazał trochę niezależności, a też rozładował w jakimś stopniu rosnące od paru lat napięcie.
Naiwnością jednak byłoby sądzić, że ten jednorazowy gest, a nawet postawa prezydenta – jakże różna od jego poprzednika – rozwiąże problem relacji polsko-ukraińskich, a tym bardziej przyczyni się do zasypania przepaści pomiędzy „Polską patriotów” i „Polską zdrajców”.
Najpierw ustalmy fakty. Terroryzm ukraiński wymierzony w Polaków i w państwo polskie nie jest wynalazkiem banderowców z czasów II wojny światowej ani ich współczesnych pogrobowców. Co najmniej od początku XX wieku organizacje poprzedzające OUN-UPA, takie jak UOW (Ukraińska Organizacja Wojskowa), prowadziły zorganizowaną działalność dywersyjną, popełniając rocznie po kilkadziesiąt zabójstw (w tym udane zamachy na czołowych przedstawicieli II RP, o czym piszę w najnowszym numerze magazynu „Polonia Christiana”) i dopuszczając się pogromów oraz innych aktów agresji i dezorganizacji życia państwowego i społecznego. Rzeź wołyńska w latach 1943-44 nie była jednorazowym, tragicznym epizodem, lecz stanowiła kontynuację i „ukoronowanie” kilkudziesięciu lat zbrodniczej i terrorystycznej działalności ukraińskich szowinistów.
To znacząco zmienia optykę. Bo jeżeli ludobójstwo na Kresach nie było jednorazowym „ekscesem”, to nawiązywanie do tamtej symboliki nie może być bagatelizowane jako wybryk, nad którym można przejść do porządku dziennego. Skoro „Wołyń” jest przejawem szerszego zjawiska, to Ukraińcy nie mają prawa wymagać, że potraktujemy go jako odrębną autonomiczną kartę w naszych wspólnych dziejach i jakby nigdy nic będziemy budowali bieżące relacje. Nie – oni mają do rozliczenia znacznie więcej niż tylko rzeź wołyńską.
Wobec tej prawdy, tak bolesnej i wymagającej surowego podejścia do strony ukraińskiej, „rozjeżdżamy” się jako społeczeństwo w conajmniej trzech kierunkach.
Pierwszym jest zapomnienie. Kto ma pojęcie, że od momentu zamordowania namiestnika Galicji Andrzeja Potockiego (którego zabójca ma dziś swoją tablicę pamiątkową we Lwowie) Ukraińcy zorganizowali dziesiątki zamachów na przedstawicieli II Rzeczypospolitej? Kto wie, że ukraińscy szowiniści mordowali również swoich własnych braci, którzy byli skłonni do zgody z Lachami? Kto zdaje sobie sprawę, że mord, gwałt na ludności i terroryzm są wpisane w istotę ukraińskiego ruchu niepodległościowego, a nie stanowią tylko jakiegoś chwilowego „odchyłu” w okolicznościach wojny?
Drugim – zrozumiała, choć nieraz skrajna, radykalizacja postaw wynikająca ze wściekłości nie tyle na samych Ukraińców, co na władze w Polsce, które w najżałośniejszy sposób poniżają godność Polski i Polaków, nie chcąc postawić sprawy jasno i traktować konieczności porzucenia przez Ukraińców ich barbarzyńskiego dziedzictwa jako realnego warunku nawiązywania relacji.
Trzecim wreszcie – otwarta zdrada pamięci pomordowanych Polaków i obecnych interesów Polski. O tym nawet pisać nie warto, bo każdy wie, o jak brzydkie moralnie postawy chodzi i kto je reprezentuje.
Rzecz w tym, że pomiędzy tymi trzema „biegunami” istnieje jeszcze inna postawa, wynikająca z katolickiego (przynajmniej historycznie) charakteru naszego narodu. Wymaga ona uznania prawdy, bo fałszywie chrześcijańską postawą jest wybaczenie win, które się bagatelizuje bądź spycha na margines. Uchybieniem sprawiedliwości, a nawet miłości bliźniego, jest odpuszczenie i niewymaganie od drugiej strony, że również stanie w prawdzie.
Smutny paradoks polega na tym, że oba obozy – zarówno PiS deklarujący swoje bliżej nieokreślone związki z katolicyzmem, jak i otwarcie bolszewicka KO – swoją miękką postawą wobec Ukraińców oddaliły Polskę zarówno od prawdy, jak i od przebaczenia. Walcząc o tę pierwszą i rozważając w sercu to drugie, powinniśmy zachować czujność wobec decydentów, u których bodaj jedyną jako tako opanowaną kompetencją polityczną jest rozgrywanie Polaków przeciwko sobie.
Stójmy na gruncie słuszności, miarkując wszakże nadmiar gniewu, bo właśnie ten nadmiar może być dla rządzących kolejnym pretekstem, by jeszcze bardziej nas podzielić i uczynić to, co zostało nam z państwa polskiego, jeszcze bardziej niepoważnym na arenie międzynarodowej.
Filip Obara
Zobacz także:








