„Negocjator” i „Strzelec”. Cnota degenerata vs. cnota katolika

Czy produkcje platform streamingowych są skazane na brodzenie w rynsztoku? Nawet jeżeli tak, to wśród tych odmętów można czasem znaleźć perełki – i to nawet z przesłaniem katolickim...
Uwielbiam wracać do niezbyt pamiętanego cytatu z Romea i Julii. W usta ojca Laurentego Shakespeare wkłada piękną pochwałę cnót umiarkowania i roztropności, które powinny kierować pozostałymi cnotami. Mowa franciszkanina w sposób niezwykle głęboki i prosty wyraża prawdę na temat ludzkiej natury, korzystając z metafory zielarskiej (podaję we własnym tłumaczeniu, ponieważ dostępne przekłady są bardziej literackie niż dosłowne, a chodzi mi o treść):
Nic, co w ziemi rośnie, nie jest tak podłe, by nie przynieść sobie właściwej korzyści; rzecz zaś, choćby najlepsza, użyta niegodziwie, wyrodzi się ze swej natury, czyniąc z siebie urągowisko; cnota sama zmieni się w występek, użyta bez miary, występek zaś przez dobre czyny bywa odkupiony.
Słowa te w jakiś dziwny sposób rymują się w mojej głowie z nurtem współczesnego Hollywoodu, który, odwołując się do wzorców męskości, próbuje unieść naszą zszarganą wyobraźnię ponad rynsztok nihilistycznej kultury masowej, wciąż jednak pozostając w obrębie tego rynsztoka.
Jednym z najbardziej obiecujących twórców tego nurtu jest Taylor Sheridan, autor takich produkcji jak 1883 i Yellowstone, Tulsa King czy Burmistrz Kingstown. We wszystkich tych serialach protagonistami są twardzi mężczyźni, którzy na swój sposób próbują przywracać utracony porządek. Ciekawym przykładem jest też jego serial Special Ops: Lioness, gdzie w rolę męską wchodzi kobieta (agentka CIA) i między wierszami widzimy, jak trudna jest ta sytuacja dla jej rodziny, zaś jej mąż (nie wiem, czy celowo) przejawia takie elementy swojej postawy, które mają w sobie coś z cnót św. Józefa, umiejącego uznać znaczenie żony, w niczym nie umniejszając własnej męskości.
Czy dzieła Sheridana wpisują się w gatunek christian movie? Zdecydowanie nie i pewnie to jest ich największą zaletą, ponieważ stoją o rząd wielkości wyżej pod względem jakości artystycznej. Czy jego bohaterowie są wzorami cnót? Bynajmniej. Ocierają się wręcz o degenerację. Co zatem stanowi o konserwatywnym rysie jego twórczości? Otóż, bezlitosna szczerość, z jaką opowiada o problemach Ameryki, wyraźnie wskazując na skutki szeroko pojętej rewolucji czy grzechów głównych swojego narodu.
Cnota degenerata...
Taki jest też serial Landman (w Polsce noszący drugi człon tytułu: Negocjator), którego trzeci sezon ma być niedługo kręcony. Protagonistą jest Tommy Norris, negocjator kontraktów naftowych z Teksasu, który już w pierwszej scenie siedzi z zakrwawionym workiem na głowie, bez cienia paniki przekonując przedstawicieli meksykańskiego kartelu, że ma większe cojones niż oni, mimo że stracił chwilowo zdolność swobodnego poruszania się.
Nie będę tu streszczał fabuły, bo zajęłoby to za dużo miejsca. Muszę więc założyć, że Czytelnik serial oglądał, a jeżeli nie, to musi liczyć się ze spojlerami. Napiszę tylko tyle, że w protagonistę wciela się Billy Bob Thornton, który znów bryluje w roli męskiego do bólu degenerata (podobnie jak w serialu Goliat, o którym pisałem w tekście Czy w Hollywood tylko degenerat może być niepoprawny politycznie?).
Landman to (nieco na opak) głos wołającego na puszczy, a raczej na bezkresnej teksańskiej prerii, kryjącej w swych głębiach biliony dolarów w lepkiej, czarnej cieczy. Z tym, że głos ten pochodzi z ust mężczyzny, któremu bardzo daleko do ideału św. Jana Chrzciciela. Ale jeżeli pustynią jest duchowość i moralność współczesnego człowieka, to Tommy Norris jest wykwitem tej pustyni, ale takim, który bynajmniej nie jest z siebie dumny, choć nie ma pojęcia, jak mógłby żyć inaczej.
W piątym odcinku pierwszego sezonu jego była żona, która porzuca swojego drugiego męża i wraca do niego, wpada na pomysł, by... pomodlić się przed fantazyjnie przygotowaną kolacją. Widzimy jak totalny poganin próbuje się modlić i nie odczuwa absolutnie żadnego obciachu z powodu tego, że żyje na bakier z moralnością. Z prostego powodu – moralność i cnota religii już dawno nie istnieją w jego świecie i nikt nie zna ich zasad. Podobnie, jak nikt nie wie nic o Jezusie Chrystusie, poza tym, że istniał w przeszłości zwyczaj, by się do Niego modlić...
Modlitwa wchodzi w zwyczaj w domu Norrisów. „Drogi Boże, daj nam wszystkim cierpliwość. To tyle” – mówi w pewnym momencie Tommy i jest w tym zwyczajnie szczery. Nie ma w tym – jak i w innych wątkach – nic z pretensjonalnego dydaktyzmu, ale jest jedna rzecz – niezwykle rzadka w dzisiejszej kulturze i dlatego cenna. To wyraźna intuicja, że świat, w którym żyjemy zatracił swój właściwy porządek. Coś jest nie tak i pojawia się poczucie, że odpowiedź na tę pustkę ukryta jest w skodyfikowanych wzorcach naszych przodków.
Jeżeli Tommy Norris praktykuje jakieś cnoty, to robi to całkowicie intuicyjnie. Ale jeżeli jakaś cnota przebłyskuje na tle jego ogólnie niezbyt wysokiej konduity moralnej dynamicznego, acz nieco zblazowanego alkoholika, to tym bardziej ją widać i tym bardziej odcina się od tła, jakim jest nihilizm otaczającego świata.
Świat Landmana to świat dwóch grzechów głównych Ameryki: chciwości i nieczystości. Widzimy jak w przemyśle naftowym ludzie umierają tylko dlatego, że właściciel spółki żydził pieniędzy na zmodernizowanie szybów. Widzimy ludzi pływających w kulturze rozwodów jak w przydomowym basenie, nie świadomych nawet tego, że życie seksualne miałoby być miarkowane jakimkolwiek kierownictwem rozumu.
To świat, w którym nikt się nie kryje z tym, kim jest, a jeżeli się kryje, to jest tchórzem. Wszak to Teksas. Ale Teksas, z którego zostaje już tylko Dziki Zachód. To nie jest Bible Belt – przynajmniej nie w tych kręgach, które są ukazane w serialu. Tu woal wstydliwości zostaje zdjęty. Króluje bezwstyd. Tu nie ma hamulców i nie ma udawania. Bohaterowie są szczerzy do bólu, a że nie posiadają konkretnego kompasu moralnego, to szukają po omacku, emocjonalnie i w sumie trudno ich za to winić…
Dusza współczesnego człowieka – tak jak portretuje ją Sheridan w Landmanie – to koślawy owoc szeroko pojętej rewolucji – religijnej, obyczajowej i kulturowej. Jeżeli staje on przed Bogiem, to musi bluźnić. A jeżeli coś go usprawiedliwia – to tylko ignorancja i szczerość. Tak można by scharakteryzować degenerata Tommy’ego Norrisa i jego zdegenerowaną, ale ostatecznie kochającą się rodzinę. Portret tej rodziny to głos wołającego na prerii właśnie dlatego, że w bezwzględnie szczerej konstatacji, że już dawno sięgnęliśmy dna, zaczyna rodzić nieudawane pragnienie głębszego porządku, a może nawet absolutu...
... i cnota katolika...
W pewnym momencie Tommy Norris wygłasza następujący frazes: Podobno na moralnych wyżynach nocami mocno wieje. Jest to cytat jakby wprost odnoszący się do drugiego omawianego serialu, szczególnie biorąc pod uwagę jego ostatnią scenę (kto oglądał, ten wie).
Ale wróćmy najpierw do Shakespeare'a. Cytowany na początku ustęp z Romea i Julii odpowiada ni mniej ni więcej tradycyjnej nauce na temat tego, że cnota jest zawsze „drogą środka” i ma swoje dwa wypaczenia w postaci niedomiaru bądź nadmiaru. Dla przykładu, cnota męstwa może wyradzać się w tchórzostwo albo w brawurę i ten drugi przypadek dotyczy Boba Lee Swaggera, czyli bohatera serialu Strzelec.
Jest to serial, przy którego powstawaniu pracowali filmowcy tacy jak katolik Mark Wahlberg czy Antoine Fuqua, znany z mocnego, męskiego kina, któremu zdecydowanie bliżej do ogólnie pojętego konserwatyzmu niż do kultury woke.
Powiedziałbym, że jest to dzieło nieoczywiste, bo zaczyna się jak typowy akcyjniak z lat 90., w którym protagonista chroni rodziny, a głównym narzędziem tej ochrony jest wyżynanie w pień wszystkich, którzy staną mu na drodze (w barwnej ostatniej dekadzie XX wieku Schwarzenegger i Stallone całkiem otwarcie konkurowali w liczbie złych, którzy padli trupem w ich filmach).
Wydaje się więc, że Strzelec ma dawać satysfakcję dinozaurom, którzy oczekują jasno wytyczonej granicy dobra i zła oraz bezwzględnego łomotu, jaki to pierwsze spuszcza temu drugiemu. Ale są dwie istotne różnice. Po pierwsze bohaterowie są katolikami i to dość zaangażowanymi (to praktycznie nie występuje w amerykańskiej popkulturze). Po drugie serial okazuje się daleko wykraczać poza przesłanie nawet najlepszego akcyjniaka. Po prawdzie, gatunkowo rozwija się on w kierunku tragedii i to konkretnego kalibru.
W tym przypadku również pozwolę sobie pominąć streszczenie fabuły, by móc przejść do znacznie ważniejszych zagadnień filozoficznych.
Do pewnego momentu jesteśmy po prostu – na wskroś najntisowo – ukontentowani dobrą jatką i momentami takimi jak ten, w którym – działając cały czas na własną rękę – Bob Lee wykonuje znak krzyża, po czym jednego po drugim bezbłędnymi strzałami w środek czoła posyła do piachu grupę agentów FSB. Albo takimi, jak ten, gdy wysoko postawiony złol odnajduje kryjówkę jego żony i córki, ale zanim zdąży się do nich zbliżyć, pada zdjęty ze snajperki. Córka pyta: „Co się stało?”. Mama odpowiada bez ułamka sekundy zastanowienia: „TATUŚ PRZYJECHAŁ”.
Jednak od pewnego momentu zaczynamy widzieć, że chodzi tu o coś zgoła innego. Oczywiście, dobrze, że Bob Lee walczy ze złem, ale coraz mocniej daje o sobie znać jego ślepy upór, który wchodzi w kolizyjny kurs z potrzebami jego żony i córki, narażając je na niebezpieczeństwo. Serial zadaje fundamentalne pytania o granice służby publicznej oraz samozwańczej walki ze złem, która z punktu widzenia katolickiej teologii moralnej jest dozwolona, jednak – jak wszystko inne – w granicach Dekalogu i roztropności. Temu zagadnieniu poświęciłem tekst „Życzenie śmierci” – czy obywatel może wziąć sprawiedliwość w swoje ręce? z cyklu „Dekonstrukcja po katolicku”.
Czy działania bohatera były wynikiem dumnego uporu, czy też ducha ofiarności w walce ze złem? Już raz zadawaliśmy sobie to pytanie – po seansie Sons of Anarchy. W tamtym, otwarcie szekspirowskim pastiszu, twórca w sposób wręcz nachalny bił nas po oczach taką sugestią (końcowa scena z symboliką eucharystyczną), choć było to wątpliwe, bo bohater nie miał nic wspólnego z katolicyzmem.
Tu, w przypadku praktykującego katolika, powstaje pytanie, czy samodzielna walka ze może prowadzić aż do ostatecznych granic (UWAGA, duży spojler), czyli ofiary z życia… żony, bo to ona padła ofiarą tego, co Amerykanie określają jako collateral damage. Czy tylko służba państwu powinna usprawiedliwiać ofiarę z życia? Bohaterowie – pozornie skrajnie różni – są bliźniaczo podobni w jednym: duma i zaciętość w dążeniu do celu stają pomiędzy nimi a ich rodzinami.
Sięgnijmy zatem do zielnika ojca Laurentego, kładąc na wagę postawy obu bohaterów. Bob Lee Swagger jest bowiem człowiekiem w jakiejś mierze dysfunkcyjnym, mającym problem w relacji z nieżyjącym ojcem. Mało tego, dużo łączy go z protagonistą Sons of Anarchy, młodym szefem gangu motocyklowego, który stanął przed dylematem: dobra żona czy styl życia, do którego przywykł. Obaj nie są w stanie złamać wyjść poza siebie, by porzucić styl życia pełen adrenaliny i natychmiastowej satysfakcji, a wybrać życie przeciętnego, normalnego – i szczęśliwego – człowieka. To też zazębia się z opowieścią o Tommym Norrisie.
Czyż może być większa dysfunkcja niż zaburzenie właśnie w istocie naszej ludzkiej natury, która została ukierunkowana na osiągnięcie szczęścia?
... Która więcej waży?
Dokonując tej analizy porównawczej, dwie rzeczy postrzegam jako zaskakujące. Po pierwsze, występuje wiele cech wspólnych dla obu bohaterów, zarówno dobrych (męska determinacja, obrona rodziny), jak i złych (błędny wzorzec ojca, pracoholizm). Po drugie, zadziwiające jest to, jak krytyka i blogosfera płytko interpretuje oba dzieła.
Czytając recenzje i teksty inspirowane oboma serialami, praktycznie nie natknąłem się na poważne analizy z perspektywy etycznej i religijnej, o które aż się prosi przez wzgląd na wagę poruszanych problemów współczesnego człowieka. Natomiast fakt, że bohaterowie Strzelca są praktykującymi katolikami i powinno to stanowić naturalne pole refleksji, to już prawdziwa tajemnica poliszynela. O tym nie wspomina nikt, a jeżeli już – to pobieżnie.
Nie powinno mnie to dziwić, a jednak od lat zdumiewam się, jak łatwo osoby piszące o współczesnej popkulturze przechodzą do porządku dziennego nad głębszymi wątkami, skupiając się wyłącznie na powierzchni fabuły, podstawowych znaczeniach, obsadzie, scenariuszu czy warsztacie reżyserskim.
Która z dwóch przedstawionych cnót – degenerata i katolika – jest godna większego uznania? Trudno powiedzieć. Przecież Pan wymaga więcej od tego, komu było więcej dane, a z drugiej strony przegląda serca i raduje się, gdy w głębi duszy degenerata pojawia się przestrzeń na promyk Jego natchnienia. Odpowiedź pozostawiam więc Czytelnikowi...
Filip Obara
Zobacz także:









