„Niemusizm” – nowe oblicze miękkiej dyktatury?

Kiedy państwo wprowadza jakiś zakaz, bardzo często dba o to, by poinformować nas, że w istocie nie musimy robić tego, czego akurat nam się zabrania. Ten „niemusizm” to ostatnie stale powtarzający się argument, który ma nas przekonać, jak bardzo państwo troszczy się o wszystkie nasze potrzeby. Niestety.
Zwolennicy państwa opiekuńczego go uwielbiają, sympatyzują z nim współcześni liberałowie, gotowi zgodzić ze wszystkim, co tylko pozwala im trwać u władzy, lubią go lewicowi publicyści i wszelkiej maści ideolodzy, przekonujący nas, że od nikogo nie doświadczymy tyle dobra, ile dać nam może rząd. Chodzi rzecz jasna o koronny argument w ustach wielu, sprowadzający się do prostego hasła: „ów zakaz jest dla twojego dobra. Przecież nie musisz tego robić”.
W miejsce „tego” można wstawić dowolną rzecz. W czasie pandemii było to wychodzenie gdziekolwiek poza próg własnego domu. I tak zwolennicy tamtych absurdalnych (i często nielegalnych!) państwowych zakazów wmawiali nam, że nie musimy chodzić do kina, bo mamy w domach Netflix, nie musimy jeść w restauracjach, bo mamy dostawy na wynos, nie musimy chodzić do galerii handlowych, bo wszystkie zakupy zamówimy i – jeśli trzeba – zwrócimy via paczkomat. Więcej: nie musimy nawet chodzić do kościoła, bo to, w czym bierzemy udział w świątyni, czyli Ofiara Eucharystyczna naszego Pana, możemy sobie… obejrzeć w telewizji.
Czas pandemii był pod pewnymi względami wyjątkowy, bo zakazy wtedy mnożyły się jak pluskwy, ale jak się okazało, podobna argumentacja z „niemusizmu” weszła politykom i – wierzącym bezgranicznie w moc sprawczą państwa – publicystom, w krew. I tak dzisiaj nie musimy już jeść cukru, bo jest niezdrowy; nie musimy jadać mięsa, bo jego wytwórstwo szkodzi środowisku oraz naszemu sercu, nie musimy jeździć szybciej samochodami, bo zabijemy kogoś na drodze, i w ogóle zresztą nie musimy mieć samochodu, bo możemy go sobie wypożyczyć w razie potrzeby. Nie musimy też zarabiać więcej, bo wiele spraw załatwi za nas państwo, jeśli tylko oddamy mu dużą część naszych dochodów; nie musimy wreszcie latać samolotami, bo to truje ludzi i tak dalej, i tak dalej. Słowem: niczego w zasadzie nie musimy. Moglibyśmy jedynie żyć, pracować, jeść i załatwiać potrzeby fizjologiczne na 15 metrach kwadratowych mikromieszkań. I to by nam w zupełności do egzystencji wystarczyło.
Kłopot w tym, że człowiek jest jednak czymś więcej niż zlepkiem komórek. Choć oczywiście każdy ma swoje, indywidualne potrzeby. Jednemu faktycznie wystarczy Netflix w domu czy gra komputerowa, drugi będzie potrzebował chodzić do kina trzy razy w tygodniu i spotykać się regularnie ze znajomymi w knajpach. Ktoś może chętnie stosować na sobie ambitną dietę planetarną, drugi zje na obiad golonkę, którą z pasją popije piwem. Każdy ma prawo wreszcie uznawać cukier za białą śmierć i główną przyczynę otyłości, ale kto inny może chętnie zajadać się czekoladą czy smacznymi domowymi wypiekami.
Oczywiście, że ostatecznie niczego nie musimy, poza jedzeniem, spaniem i wydalaniem. Prowadzenie takiej egzystencji byłoby jednak zwykłym niewolnictwem, do którego chyba nikt nie ma ochoty wracać, zwłaszcza, jeśli w niewolniczym systemie miałby być na samym dole społecznej drabiny. I jak sądzę nikt nie chciałby też, żeby państwo dyktowało mu, jak ma spędzać wolny czas i czy ma jeść chipsy czy zieloną sałatę (choć to drugie akurat częściowo już się dzieje, wszak obciążono nas podatkiem cukrowym).
A że bywa i tak, że to czego robić „nie musimy”, ma dla nas nierzadko przykre konsekwencje? No cóż, na tym polega wolność: mamy wybór a ten pociąga za sobą określone koszty. Jak słusznie powiedział jeden ze słynnych sportowych komentatorów: nie umrzesz za mnie, dlatego nie masz prawa mówić mi, jak mam żyć. I jest w tym dużo prawdy. Co więcej – dużo chrześcijańskiej prawdy. Wszak za swoje wybory ostatecznie odpowiemy indywidualnie po śmierci.
Tomasz Figura







