Odbudowa zrujnowanego Kościoła. Biskup Joseph Strickland ogłasza plan

bp-Joseph-Strickland.jpg
Biskup Joseph Strickland. Fot. PillarsOfFaith.net

Kościół katolicki musi przyjrzeć się faktycznym źródłom aktualnego kryzysu. 60 lat po II Soborze Watykańskim koniecznością staje się gruntowne przeanalizowanie jego nauczania. Tego zadania chce podjąć się bp Joseph Strickland, emerytowany ordynariusz diecezji Tyler w Teksasie. W jego ocenie uczciwa, rzetelna analiza tekstów Vaticanum II pod kątem ich zgodności z Tradycją może stanowić początek odnowy tak potrzebnej dziś Kościołowi.

 

Poniżej publikujemy cały tekst bp. Josepha Stricklanda, w którym ogłasza i uzasadnia swój zamiar gruntownej lektury tekstów soborowych.

Zróbmy to razem!

 

„Idź, napraw Mój dom, który, jak widzisz, cały idzie w ruinę”

Drodzy synowie i córki w Chrystusie,

Wiem, że niektórzy z was sądzą, że się zmieniłem. Niektórzy obawiają się, że przeszedłem na „drugą stronę”; zastanawiają się, czy po latach jasnego i odważnego mówienia o kryzysie w Kościele, obrony tradycyjnej liturgii rzymskiej, kwestionowania tego, co czyniono w imię Soboru Watykańskiego II, oraz otwartego wypowiadania się na temat arcybiskupa Marcela Lefebvre’a, nie wycofuję się teraz z tych przekonań. Niektórzy z was mogą nawet czuć się zdradzeni. Dlatego zanim powiem cokolwiek więcej, chcę stwierdzić jasno: nie zmieniłem stanowiska.

Słowa, które Chrystus wypowiedział do św. Franciszka w San Damiano – „Idź, napraw Mój dom, który, jak widzisz, cały idzie w ruinę” – mocno zaciążyły na moim sercu.

Nie zapomniałem, co stało się z Kościołem. Nie zapomniałem, co stało się ze świętą liturgią, z katechezą, z życiem zakonnym, z formacją kapłańską ani z przekazywaniem wiary. Nie zapomniałem o ołtarzach, które usunięto, o sanktuariach, które ogołocono, o łacinie, która zniknęła, o świętych tradycjach, które odrzucono, ani o pokoleniach katolików, których uczono uważać znaczną część własnego dziedzictwa za coś, od czego Kościół musiał zostać wyzwolony.

Nie przestałem bronić tradycyjnej liturgii rzymskiej. Nie przestałem wierzyć, że wiele rzeczy porzucono niepotrzebnie i że trzeba je przywrócić. Nie przestałem wierzyć, że Pismo Święte należy odczytywać w zgodzie ze Świętą Tradycją i niezmienną wiarą Kościoła. Nie przestałem wierzyć, że żaden papież, sobór, biskup, kapłan, teolog ani żadne pokolenie nie posiada władzy, by stworzyć nową wiarę katolicką.
I nie przestałem wierzyć, że wciąż pozostają poważne pytania dotyczące Soboru Watykańskiego II i ogromnego chaosu, który po nim nastąpił.

Nie stałem się mniej skory do mówienia prawdy. Chcę to czynić bardziej precyzyjnie.

Przez wiele lat katolikom przedstawiano zazwyczaj dwa wyjaśnienia kryzysu. Jedno mówi: „Sobór Watykański II to wszystko spowodował”. Drugie mówi: „Z Soborem Watykańskim II wszystko było w porządku; problemem było tylko jego wdrażanie”. Nie wierzę już, że którekolwiek z tych wyjaśnień, rozpatrywane samo w sobie, jest wystarczające.

Coś się wydarzyło. Coś stało się z katolickim kultem. Coś stało się z katolicką tożsamością. Coś stało się z katechezą. Coś stało się z życiem zakonnym i kapłaństwem. Coś stało się ze sposobem, w jaki katolicy rozumieli Pismo Święte, Świętą Tradycję, władzę, ewangelizację, a nawet sam Kościół. Nie możemy temu na poważnie zaprzeczać.

Po ponad sześćdziesięciu latach nie wystarczy już po prostu wskazać na spustoszenie i powiedzieć: „Nastąpiło zerwanie”. Musimy ustalić, gdzie właściwie doszło do tego zerwania.

Czy nastąpiło ono podczas samego Soboru? Czy w konkretnych fragmentach konkretnych dokumentów? Czy w niejednoznacznościach, które otworzyły drzwi interpretacjom sprzecznym z tym, czego Kościół wcześniej nauczał? Czy w komisjach i reformach, które nastąpiły później? Czy w sposobie ich wdrażania? Czy była to ideologia odwołująca się do „ducha Soboru Watykańskiego II”, nawet wtedy, gdy rzeczywiste słowa Soboru mówiły coś innego? Czy też do zerwania dochodziło na różnych poziomach, na różne sposoby i w różnych momentach?

Te pytania nie są wycofaniem się z tego, co mówiłem wcześniej. Są koniecznym następnym krokiem.

Jest taki moment, kiedy odwaga wymaga od biskupa, by w obliczu kryzysu powiedział: „Coś poszło straszliwie źle”. Ostatecznie jednak odwaga wymaga czegoś więcej. Pasterz musi wejść między ruiny i sprawdzić, co poszło nie tak, gdzie poszło nie tak, jak do tego doszło i co teraz należy naprawić. Właśnie to próbuję zrobić.

Przez zbyt długi czas niemal wszystko, co wydarzyło się w Kościele po soborze, wrzucano do jednego pudełka z etykietą „Sobór Watykański II”. Chcę otworzyć to pudełko. Chcę wiedzieć, co Sobór rzeczywiście powiedział. Chcę wiedzieć, czego nie powiedział. Chcę wiedzieć, co wydarzyło się później. Chcę wiedzieć, czego dokonano w jego imię. I chcę wiedzieć, w którym momencie nastąpiło odejście od tego, co Kościół otrzymał.

Papież Benedykt XVI rozumiał, że interpretacja Soboru Watykańskiego II leży u źródeł problemu. W swoim przemówieniu do Kurii Rzymskiej 22 grudnia 2005 roku przeciwstawił temu, co nazwał „hermeneutyką nieciągłości i zerwania”, „hermeneutykę reformy” – odnowy dokonującej się w ciągłości z jednym Kościołem, który został nam dany przez Chrystusa. To rozróżnienie ma zasadniczą wagę.
Nie jest tak, że przed soborem istniał jeden Kościół katolicki, a po soborze mamy drugi Kościół katolicki. Kościół nie zaczął się od nowa w 1962 roku. Sobór Watykański II nie posiadał władzy, by wymyślić nową wiarę katolicką. Żaden sobór nie posiada takiej władzy.

Każdy sobór musi pozostawać w obrębie wiary, która go poprzedza: Pisma Świętego, Świętej Tradycji, Ojców i Doktorów Kościoła, wcześniejszych soborów oraz niezmiennego Magisterium.

Benedykt szczególnie dobitnie pokazał to w ramach swoich wysiłków zmierzających do uzdrowienia rozłamu związanego z Bractwem Kapłańskim Świętego Piusa X. Nie zaakceptował poglądu, że autorytet nauczycielski Kościoła można po prostu zamrozić na roku 1962. Ale nie pozwolił też, by Sobór Watykański II został odcięty od wszystkiego, co go poprzedzało. Korzeni nie można odciąć od drzewa. Jest to ważna zasada dla stojącego przed nami zadania.

Ale chcę dodać coś równie ważnego: ciągłości nie można jedynie ogłaszać. Trzeba ją wykazać.

Moja zasada jest prosta. Jeśli istnieje ciągłość, pokażmy ją. Jeśli istnieje niejednoznaczność, wskażmy ją. Jeśli nastąpiło zerwanie, ustalmy, gdzie do niego doszło.

A jeśli czegoś rzeczywiście nie da się utrzymać, ponieważ nie można tego pogodzić z wiarą otrzymaną przez Kościół, wówczas Kościół musi w końcu mieć odwagę się tym zająć.

Prowadzi mnie to do człowieka, którego imienia nie sposób łatwo oddzielić od tej historii: arcybiskupa Marcela Lefebvre’a. Wcześniej wypowiadałem się o arcybiskupie Lefebvre przychylnie. Nie wycofuję się z tych słów. Uważam, że historia oceni tego człowieka i jego rolę w kryzysie Kościoła zupełnie inaczej, niż zwykło się to dotąd robić.

Rzeczywiście, powiedziałem, że uważam za możliwe, iż Kościół pewnego dnia uzna jego świętość. Ten osąd należy do Kościoła, nie do mnie. Mogę jednak rozpoznać to, co uważam za niezwykłe cnoty u biskupa, który stanął wobec okoliczności, z jakimi musiało się zmierzyć niewielu pasterzy w historii.

Powinniśmy zachować ostrożność, patrząc na sprawy z wygodnej pozycji po upływie dziesięcioleci i wyobrażając sobie, że możemy z łatwością osądzić sumienie człowieka znajdującego w samym środku kościelnego trzęsienia ziemi. Arcybiskup Lefebvre sądził, że coś naprawdę cennego może zostać utracone. Był przekonany, że zagrożone jest katolickie kapłaństwo. Uważał, że zagrożona jest tradycyjna liturgia rzymska. Sądził, że zagrożone jest przekazywanie wiary. Działał w zgodzie z tym, co przed Bogiem uważał za swoją odpowiedzialność jako biskup.

Niezależnie od tego, jak ocenia się jego poszczególne decyzje, trudno wyobrazić sobie historię tradycyjnej liturgii rzymskiej w ciągu ostatniego półwiecza bez uznania ogromnej roli arcybiskupa Lefebvre’a i ludzi z nim związanych.

Są chwile, kiedy Opatrzność powołuje człowieka do tego, by ocalił coś, co niemal wszyscy wokół niego zdają się być gotowi porzucić. Być może takie było szczególne powołanie arcybiskupa Lefebvre’a. Jestem wdzięczny, że to, co mogło zostać utracone, zostało zachowane. Ale wdzięczność za powołanie innego człowieka nie wymaga ode mnie wiary, że Bóg dał mi dokładnie takie samo powołanie. Jego powołanie nie musi być moim powołaniem.

Być może arcybiskup Lefebvre został powołany w chwili ogromnego wstrząsu do tego, by trwać mocno przy brzegu, który zdawał się znikać. Być może moją odpowiedzialnością w tej godzinie jest pomóc zbudować most prowadzący z tego brzegu. Chcę to jednak powiedzieć jasno: most nie jest kompromisem.

Niech będzie całkowicie jasne, co mam na myśli. Nie buduję mostu między prawdą a błędem. Między katolicką prawdą a fałszem nie może być żadnego kompromisu. Nie szukam wygodnej pozycji pośrodku między Tradycją a modernizmem. Nie proszę tradycyjnych katolików, aby wyrzekli się tego, co zostało przekazane, tylko po to, by wszyscy mogli po prostu żyć ze sobą w zgodzie. To nie byłaby jedność.

Most, o którym mówię, prowadzi ponad czymś innym: ponad ranami, podejrzliwością, oskarżeniami, nieporozumieniami i podziałami, które przez ponad pół wieku oddzielały od siebie katolików.

Na jednym brzegu są katolicy, którzy obserwowali, jak znaczna część ich dziedzictwa znikała, i którzy często poprzez bolesne doświadczenia nauczyli się niedowierzać każdemu, kto wypowiadał się przychylnie o Soborze Watykańskim II. Na drugim są katolicy, których uczono, że wierność Soborowi Watykańskiemu II wymaga od nich patrzenia z podejrzliwością na znaczną część tego, co go poprzedzało. Jedni i drudzy odziedziczyli rany. Jedni i drudzy odziedziczyli pewne przekonania. I jedni, i drudzy potrzebują prawdy.

Mostu nie można zbudować, udając, że nic się nie wydarzyło. Można go zbudować jedynie poprzez odkrycie, co rzeczywiście się wydarzyło. A ten most musi mieć fundament. Jego fundamentem musi być Pismo Święte i Święta Tradycja. Jego filarami musi być niezmienne nauczanie Kościoła. Jego celem musi być Jezus Chrystus.

Jeśli coś nie może opierać się na tym fundamencie, nie może zostać przeniesione na drugą stronę jedynie dla samego pojednania.

Niektórzy z was mogą myśleć: czytanie Dei Verbum to jedno. Czytanie Sacrosanctum Concilium to jedno. Ale co się stanie, gdy dotrzemy do trudnych dokumentów Soboru Watykańskiego II? To słuszne pytanie. Moja odpowiedź jest prosta: przeczytamy je również.

Doskonale zdaję sobie sprawę, że istnieją dokumenty Soboru, które stawiają znacznie trudniejsze pytania dotyczące ich relacji do wcześniejszego nauczania katolickiego. Nie będziemy ich unikać.
Umieścimy je obok Pisma Świętego. Umieścimy je obok Świętej Tradycji. Umieścimy je obok Ojców i Doktorów Kościoła. Umieścimy je obok wcześniejszego Magisterium.

I zapytamy: Czy można to pogodzić z wiarą, którą Kościół zawsze otrzymywał?

Jeśli odpowiedź brzmi „tak”, powinniśmy powiedzieć „tak”. Jeśli konieczne jest wyjaśnienie, powinniśmy to powiedzieć. Jeśli pozorną sprzeczność można rozwiązać poprzez właściwe rozumienie tekstu w świetle Tradycji, to pokażmy, w jaki sposób. Ale jeśli czegoś nie można pogodzić, nie wolno nam budować sztucznej ciągłości tylko dlatego, że uznanie problemu byłoby trudne.

Nie badamy Tradycji w świetle Soboru Watykańskiego II. Badamy Sobór Watykański II w świetle Tradycji. To zasadnicza różnica.

Nikt z nas, którzy dziś służymy Kościołowi, nie wywołał kryzysu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Nie pisaliśmy dokumentów soborowych. Nie nadzorowaliśmy ich wdrażania. Nie tworzyliśmy reform, które po nich nastąpiły. Nie podejmowaliśmy decyzji, których konsekwencje Kościół wciąż odczuwa do dziś.

Biskup nie może jednak po prostu powiedzieć: „Mnie tam nie było”. Jestem tu i teraz. Kościół, który otrzymałem, jest Kościołem, za którego prowadzenie jako pasterz jestem odpowiedzialny.

Ojciec, który odkrywa poważne zniszczenia w rodzinnym domu, nie mówi: „To nie ja je spowodowałem”, i nie odchodzi. Jego dzieci tam mieszkają. Musi przyjrzeć się fundamentom. Musi sprawdzić, które kamienie zostały usunięte. Musi ustalić, co zostało niepotrzebnie zmienione. Musi przyjrzeć się wszystkiemu, co zostało dodane, a co nie powinno się tam wcale znaleźć. Musi zachować to, co nadal jest nienaruszone. Musi przywrócić to, co zostało utracone. I musi naprawić to, co zostało zniszczone. Tak właśnie rozumiem odpowiedzialność biskupa w tej godzinie.

Nie spowodowałem tych ran. Ale jestem biskupem w Kościele, który je nosi. Dlatego w pewnej mierze są one teraz moją odpowiedzialnością. Dzisiejsi biskupi nie mogą w nieskończoność przekazywać tych pytań biskupom jutra. W pewnym momencie ktoś musi zacząć.

A wam, którzy obawiacie się, że was zdradziłem, chcę powiedzieć: wiem, dlaczego jesteście ostrożni. Wielu z was cierpiało tylko dlatego, że pragnęliście tego, co poprzednie pokolenia katolików otrzymywały bez żadnego pomieszania. Niektórych wyśmiewano. Niektórych marginalizowano. Niektórych traktowano jak nieposłusznych, ponieważ kochali starożytną liturgię. Niektórzy patrzyli, jak ich dzieci tracą wiarę, podczas gdy zapewniano ich, że Kościół przeżywa nową wiosnę.

Nie będę was prosił, abyście udawali, że te rzeczy się nie wydarzyły. Nie będę was prosił, abyście wyrzekli się Tradycji, żeby przejść przez ten most. Proszę was natomiast: Zabierzcie ze sobą Tradycję. Zabierzcie Pismo Święte. Zabierzcie Ojców. Zabierzcie Doktorów Kościoła. Zabierzcie sobory. Zabierzcie encykliki. Zabierzcie katechizmy. Zabierzcie św. Tomasza. Zabierzcie tradycyjną liturgię rzymską. Zabierzcie wszystko, co Kościół przekazał. Będziemy potrzebować tego wszystkiego.

A następnie sprawdźmy, co się wydarzyło. Jeśli Sobór Watykański II pozostaje w zgodzie z tym, co go poprzedzało, nie powinniśmy obawiać się tego zaakceptować. Jeśli coś, co zrobiono później, jest sprzeczne z tym, co było wcześniej, również nie powinniśmy obawiać się tego rozpoznać. A jeśli napotkamy w samym Soborze coś, czego nie da się pogodzić z tym, co go poprzedzało, nie wolno nam od tego uciekać.
Prawda nie ma się czego obawiać w obliczu sprawdzania.

Chcę poprosić o coś również tych, którzy bronią soboru. Nie traktujcie poważnych pytań jako aktów nieposłuszeństwa. Nie odpowiadajcie na dowody sloganami. Nie żądajcie od tradycyjnych katolików, aby zaprzeczali temu, czego byli świadkami. Nie powołujcie się na Sobór Watykański II, aby uzasadnić coś, czego Sobór Watykański II rzeczywiście nie powiedział.

Jeśli odrzucono niepotrzebnie coś cennego, pomóżcie to przywrócić. Jeśli jakaś reforma wykraczała poza to, czego domagał się Sobór, uznajcie to. Jeśli jakieś sformułowanie soborowe wymaga wyjaśnienia w świetle wcześniejszego nauczania katolickiego, nie bójcie się tego.

I nie sądźcie, że miłość do Kościoła wymaga od nas udawania, że ostatnie sześćdziesiąt lat nie ujawniło głębokich problemów. Kościoła nie chroni nasza odmowa przyjrzenia się jego ranom. Kościoła strzeże Jezus Chrystus.

Być może właśnie tutaj spotyka się dzieło arcybiskupa Lefebvre’a i moje własne powołanie. Być może Opatrzność wymagała, aby ktoś z wcześniejszego pokolenia powiedział: „Nie pozwolę, aby to zniknęło”.
Być może papież Benedykt XVI został powołany do tego, aby przypomnieć Kościołowi, że rozwiązanie nie może polegać na zerwaniu, lecz na prawdziwej reformie dokonującej się w ciągłości z jednym Kościołem. A być może ci z nas, którzy pełnią dziś posługę biskupią, odziedziczyli kolejną część tego zadania.

Być może naszą odpowiedzialnością jest powrócić. Zbadać. Rozróżnić. Odzyskać. Skorygować. Przywrócić. I odbudować.

Jedno pokolenie może zachować kamienie. Inne może zostać powołane do odbudowania domu. Jedno pokolenie może trwać na brzegu. Inne może zostać powołane do zbudowania mostu. Te powołania nie muszą być ze sobą sprzeczne. Jedno może zależeć od drugiego.

Nie można przywrócić tego, czego nikt nie zachował. I nie można zbudować mostu z brzegu, który zniknął.

Oddaję cześć tym, którzy trwali na brzegu. Kłaniam się przed tymi, którzy cierpieli, aby zachować to, co zostało przekazane. Oddaję cześć tym, którzy ostrzegali, kiedy ostrzeganie nie było rzeczą popularną. Być może nadeszła jednak również godzina, żeby budować.

Dlatego wracam do punktu, od którego zacząłem. Nie zmieniłem stanowiska.

Nie odszedłem od Pisma Świętego. Nie odszedłem od Świętej Tradycji. Nie odszedłem od niezmiennego Magisterium. Nie odszedłem od Najświętszej Ofiary Mszy Świętej. Nie odszedłem od wiary przekazanej przez Apostołów. Nie odszedłem od przekonania, że Kościół doznał głębokiego kryzysu i że wiele z tego, co niepotrzebnie utracono, trzeba przywrócić. 

I nie odstąpiłem od mojej odpowiedzialności jako biskupa, by mówić prawdę jasno i odważnie, bez względu na cenę.

Trwanie przy swoim stanowisku nie oznacza jednak, że dzieło zostało zakończone. Są pytania, na które trzeba odpowiedzieć. Są rany, które trzeba uleczyć. Są błędy, które trzeba naprawić. Są skarby, które trzeba odzyskać. Jest dom, który trzeba odbudować. I jest most, na który ktoś musi być gotów wejść.

Zamierzam wejść na ten most. Nie dlatego, że nie jestem pewien, gdzie jestem. Chcę tam wejść właśnie dlatego, że wiem, gdzie jestem.

Wejdę na niego, niosąc wiarę, którą przekazał Kościół. Nie wyrzeknę się katolickiej prawdy, żeby ułatwić przejście przez ten most. Nie będę tworzył sztucznej ciągłości tam, gdzie nie można jej wykazać. Nie będę bronił czegoś, czego nie da się utrzymać, tylko dlatego, że ktoś opatrzył to nazwą Soboru Watykańskiego II. Będę szukał prawdy, dokądkolwiek mnie ona zaprowadzi.

I będę to czynił jako biskup, który wie, że pewnego dnia będzie musiał stanąć przed Jezusem Chrystusem i zdać sprawę z tego, co zostało mu powierzone. Ten osąd ma większe znaczenie niż aprobata którejkolwiek ze stron.

Dlatego proszę was: chodźcie ze mną. Nie w stronę nowego Kościołowi. Nie ku Kościołowi opartemu na kompromisie. Nie do Kościoła wymyślonego w latach sześćdziesiątych ani nie do wyobrażonego Kościoła, który może po prostu wymazać sześćdziesiąt lat historii, jak gdyby nigdy się nie wydarzyły.

Idźcie ze mną ku pełni katolickiej wiary, którą otrzymaliśmy. Zachowajmy to, co prawdziwe. Odzyskajmy to, co zostało utracone. Ustalmy, co poszło nie tak. Skorygujmy to, czego nie da się utrzymać. Uzdrówmy to, co zostało zranione. I odbudujmy to, co zostało zniszczone.

Nie w gniewie. Nie w lęku. Nie jako przeciwstawne sobie obozy, ale jako katolicy, którzy kochają Kościół na tyle, by szukać prawdy o tym, co się z nim wydarzyło.

Kościół nie należy do nas. Należy do Jezusa Chrystusa. On go nie opuścił – i my również go nie opuścimy.

Niech Najświętsza Maryja Panna, Matka Kościoła, zachowa nas w wierności Jej Boskiemu Synowi. Niech święci Piotr i Paweł umacniają nas w wierze apostolskiej. Niech św. Józef, Opiekun świętego Kościoła, strzeże nas w dziele, które nas czeka.

I niech Bóg Wszechmogący udzieli nam mądrości, abyśmy rozpoznali prawdę, odwagi, abyśmy jej bronili, pokory, abyśmy poprawili to, co musi zostać poprawione, oraz miłości, abyśmy wspólnie odbudowali to, co zostało zrujnowane.

Nie zmieniłem stanowiska.

Jednak stojąc na fundamencie Świętej Tradycji, wierzę, że nadszedł czas, aby rozpocząć dzieło odbudowy.

Biskup Joseph E. Strickland
biskup emerytowany

Zróbmy to razem!
Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.
Wybierz kwotę: