Patoleglislacja. Łukasz Warzecha o czarnym dniu polskiego parlamentaryzmu

Warzecha_1024x1024.jpg
Autor:
Łukasz Warzecha
Warzecha-patolegislacja.jpg
Oprac. PCh24.pl

No man's life, liberty or property are safe while the Legislature is in session – „Niczyje życie, wolność czy własność nie są bezpieczne, gdy obraduje parlament”. Te słowa w orzeczeniu z 1866 r. napisał amerykański sędzia, wydawca i publicysta Gideon J. Tucker (cytat często błędnie przypisuje się Markowi Twainowi, autorowi wielu bardzo skądinąd celnych aforyzmów). Stwierdzenie sędziego Tuckera zdobyło nieśmiertelność i okazuje się aktualne ponad półtora wieku później.

Sędzia Tucker w roku 1866 odnosił się do sytuacji wdowy po bogatym posiadaczu ziemskim, której mąż zmarł, nie pozostawiając testamentu. Wdowa miała dwóch synów: pełnoletniego z pierwszego związku jej zmarłego męża i nieletniego urodzonego już z małżeństwa ze zmarłym. Ten zaś przed śmiercią udzielił jej mylnej porady, wskutek czego kobieta zawarła ze swoim przyrodnim synem niekorzystny dla siebie układ, dotyczący nieruchomości pozostawionej przez zmarłego. Jej mąż, doradzając żonie, nie miał bowiem świadomości, że nowo uchwalone prawo daje jej znacznie większe uprawnienia do rozporządzania majątkiem i żaden układ ze starszym synem nie jest konieczny. Mówiąc najprościej – sędzia Tucker uznał, że biegunka legislacyjna doprowadziła wdowę do szkodliwych dla niej decyzji. Co ciekawe – postawa sędziego Tuckera była zasadniczo inna niż postawa wielu dzisiejszych, także polskich, komentatorów, polityków, urzędników czy prawników, uznających, że jeśli obywatel nie zna któregoś z tysięcy aktów prawnych, uchwalanych w Polsce co roku i z tego powodu poniesie stratę lub jest narażony na karę, to jest to wyłącznie jego wina.

8 października, czarny dzień polskiego parlamentaryzmu, dowiódł, że słowa sędziego Tuckera nie straciły ani trochę na aktualności. Tego dnia Sejm przegłosował (pozostają jeszcze Senat i prezydent) aż pięć fatalnych, antywolnościowych, populistycznych ustaw: cenzorską – implementującą akt o usługach cyfrowych, o ograniczeniu najmu krótkoterminowego, prohibicyjną, o drakońskich karach dla kierowców łamiących przepisy na przejazdach kolejowych oraz o dopłacaniu z budżetu na zabezpieczenie socjalne dla artystów. O konsekwencjach tych ustaw mówiłem szczegółowo na swoim kanale (zachęcam do obejrzenia filmu).

Zróbmy to razem!

W reakcji na ustawę prohibicyjną obudził się sektor browarniczy, szczególnie małe browary rzemieślnicze, a także sektor polskich producentów wina. Widać już, do jakiego stopnia absurdalne i szkodliwe są uchwalone przepisy. Z kolei analiza ustawy przeciwko najmowi krótkoterminowemu pokazuje, że ustawa ta jest jak napisana na zamówienie lobby hotelarskiego oraz dużych funduszy, dysponujących pokaźną liczbą lokali, natomiast najmocniej uderzy w drobnych właścicieli, którzy mają jedno czy dwa takie mieszkania.

Warto jednak przede wszystkim zauważyć cechy łączące wszystkie wspomniane ustawy, pokazują one bowiem, na czym polega patologia polskiej legislacji.

Po pierwsze – uzasadnienie żadnej z nich nie posługuje się twardymi liczbami i dowodami, że dana regulacja jest konieczna oraz że faktycznie jest jedynym sposobem osiągnięcia zakładanego celu. Uzasadnienia ustaw w Polsce tradycyjnie powielają puste stwierdzenie, że „celu nie da się osiągnąć inaczej”. W niektórych przypadkach brak związku ustawy z twardymi danymi jest wręcz uderzający. Na przykład ustawa wprowadzająca automatyczną administracyjną sankcję utraty prawa jazdy na trzy miesiące za wykroczenia na przejazdach kolejowych całkowicie pomija dane Urzędu Transportu Kolejowego wskazujące jasno, że problemem jest przede wszystkim istnienie przejazdów kategorii D, czyli tych pozbawionych jakiejkolwiek sygnalizacji oraz oczywiście rogatek. To tam dochodzi do większej liczby wypadków rocznie niż na przejazdach kategorii A, B i C razem wziętych. Jednak program modernizacji przejazdów jest znacznie trudniejszy do zrealizowania niż wprowadzenie populistycznych kar.

Gdyby kiedyś w Polsce ustalane były nowe reguły legislacji, takie podejście powinno wyrzucać projekt ustawy z procedowania. Powinien istnieć wymóg posługiwania się weryfikowalnymi danymi. Co ważne: polskimi, nie zaczerpniętymi z jakichkolwiek zagranicznych statystyk (to się zdarza).

Po drugie – żadna z ustaw nie formułuje jasno celu, opisanego w twardych, wymiernych kategoriach. Na przykład w przypadku karania kierowców takim kryterium mógłbym być spadek liczby wypadków na przejazdach w ciągu określonego czasu o określony procent lub liczbę bezwzględną. W przypadku ustawy prohibicyjnej celem mógłby być określony spadek odsetka osób uzależnionych od alkoholu (który i tak w Polsce jest według OECD niski i wynosi 3,7 proc. populacji). I tak dalej. Gdyby takiego twardego celu nie dało się wyznaczyć, a ustawa zakładałaby odebranie obywatelom jakiejś wolności czy prawa lub formułowała jakiś nakaz – nie mogłaby być procedowana.

Po trzecie – Każda taka ustawa powinna zawierać klauzulę kontrolną. Po określonym czasie musiałaby nastąpić ocena, czy wyznaczony cel został osiągnięty. Gdyby ocena była negatywna albo gdyby nie została na czas dokonana – ustawa powinna automatycznie tracić moc.

Aby takie regulacje mogły obowiązywać w przypadku całej legislacji, musiałyby zostać zapisane w akcie wyższego rzędu, jednak konstytucja z kolei nie powinna formułować aż tak szczegółowych wytycznych. Dlatego dobrym pomysłem w przypadku zmiany ustawy zasadniczej – gdyby do tego kiedyś doszło – byłoby przywrócenie skasowanej konstytucją z 1997 r. instytucji ustaw kardynalnych, mających rangę wyższą niż ustawy zwykłe i uchwalanych większością kwalifikowaną.

Na razie mamy bowiem do czynienia z praktykami, których nie wystarczy nazwać skandalicznymi – to słowo straciło zresztą swoją wagę. To praktyki niszczące wolność, prawa obywateli, gospodarkę, żerujące na najprymitywniejszych schematach, a jednocześnie dające pole do popisu wszelkiego rodzaju lobbystom. W emocjokracji zaledwie ułamek odbiorców umie znaleźć słabe punkty legislacji lub pojąć, jakie będą jej skutki inne niż tylko te najbardziej bezpośrednie. Rozumowanie przyczynowo-skutkowe zanika, podobnie jak zdolność do linearnego myślenia, szatkowana zmianami fizjologicznymi w mózgach, poddanych oddziaływaniu mediów społecznościowych. Wystarczy więc rzucić bzdurne hasełko o „upodmiotowieniu mieszkańców” albo o „walce z patologią alkoholizmu”, żeby większość była zadowolona i przekonana, iż popierając regulację zaświadcza o swojej moralnej wyższości.

Bez obaw jednak: kto ma rozumieć konsekwencje, ten rozumie. I nie mam na myśli większości posłów, bo ta z pewnością nie pojmuje, za czym głosuje. Myślę o tych, którzy zasiadają w gabinetach wielkich korporacji i świetnie wiedzą, że każda antywolnościowa regulacja jest dla nich okazją do pozbycia się kolejnej grupy małych konkurentów. Oni kalkulują aż za dobrze.

Łukasz Warzecha

Warzecha_1024x1024.jpg
Autor:
Łukasz Warzecha
Zróbmy to razem!
Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.
Wybierz kwotę: