Paweł Chmielewski: Synodalność jako wynalazek germański

Współczesna synodalność jest wynalazkiem germańskim. Tymczasem wśród niektórych katolików w Polsce panuje przekonanie, jakoby synodalność była w istocie starożytną praktyką Kościoła, która nagle wraca, po wiekach nieobecności. W bajki można, oczywiście, wierzyć. Tylko po co?
Papież Franciszek powiedział swego czasu, że Kościół katolicki jest „konstytutywnie” synodalny, innymi słowy, że synodalność to jego naturalna i nieusuwalna cecha. W 2021 roku zarządził globalny proces synodalny i w każdym kraju znaleźli się eksperci, którzy zaczęli nauczać synodalności.
Ulubionym motywem polskich ekspertów jest ukazywanie rzekomo starożytnych korzeni synodalności. Oficjalna kościelna narracja brzmi w uproszczeniu tak: w pierwszych wiekach Kościół katolicki był głęboko synodalny, co widać już w Dziejach Apostolskich, a później w praktyce organizacji lokalnych synodów. W okresie średniowiecznym o synodalności zapomniano, ale dziś odkrywamy na nowo synodalną naturę Kościoła, co oznacza powrót do źródeł. Skoro praktyka synodalności jest tak starożytna, to wiadomo, że jest uświęcona i jako taka – niekwestionowalna. Należy zatem rozwijać synodalność, bo to zbliża nas do dawnego chrześcijańskiego ideału.
Prawda, że piękne? Gdy słyszy się takie argumenty z ust jakiegoś uczonego księdza profesora, doktora teologii dogmatycznej, więcej, z ust biskupa albo kardynała specjalizującego się w historii Kościoła – trudno oponować. Każdy zresztą wie, że kiedyś synodów było w Kościele wcale niemało; lokalne zgromadzenia biskupów faktycznie odbywały się regularnie i kształtowały życie Kościoła, „coś musi być na rzeczy”. Z Dziejami Apostolskimi i synodalnością sprawa jest mniej oczywista, bo jakoś ten synodalny wątek przy ich lekturze dotąd wszystkim umykał – ale widać uczeni bibliści poczynili nowe odkrycia egzegetyczne i teraz wiemy, że osławiony sobór w Jerozolimie był tak naprawdę spotkaniem protosynodalnym. Skonfrontowani z takim dictum, niektórzy katolicy kiwają pobożnie głową i przyjmują to, co jest im podawane bez szemrania.
Może zresztą ci, którzy opowiadają tę uroczą bajkę, sami wierzą we własne słowa? Tego wykluczyć nie można; barwność opowieści, powab archeologicznego odkrywania zapomnianych źródeł, wreszcie chęć bycia „na czasie” razem z nowymi pomysłami tego czy innego papieża – to wszystko tworzy razem konglomerat o przejmującej sile, który może niejednego uwieść i uczynić zeń prawdziwego orędownika synodalności.
Problem w tym, że ta opowieść jest właśnie bajką. Synodalność, którą dziś nam się proponuje, nie jest bynajmniej odnowieniem starożytnej praktyki. Ujmując rzecz zupełnie uczciwie, jest niemieckim pomysłem na demokratyzację Kościoła. Starożytna otoczka oczywiście bardzo się przydaje jako narracyjny argument, ale pozostaje otoczką. Treść nie jest antyczna; jest nowoczesna, demokratyczna i liberalna.
Trzeba pamiętać, że teologowie niemieccy naprawdę kochają demokracją. Traktują ją w kategoriach teologicznych. Ostatnio kardynał Reinhard Marx, najważniejsza figura katolicyzmu europejskiego, ogłosił, że Unia Europejska wdraża w życie wartości Ewangelii. To nie jest w tych kręgach nic dziwnego: to stały motyw. Demokracja jawi się jako w Kościele germańskim jako tchnienie Ducha Bożego.
W czym jednak rzecz? Otóż prosty ogląd faktów potwierdza, że w ostatnich latach nie objawił się w Kościele żadnej anioł z nieba; nie objawił się też żaden starożytny biskup, który by wśród światłości i mocy Bożej ogłosił, że Kościół jest synodalny, tylko wszyscy o tym przez 1500 lat zapomnieli. Takiego momentu nie możemy zdefiniować, krótko: nic takiego się nie wydarzyło.
W 2018 roku Międzynarodowa Komisja Teologiczna opublikowała bardzo obszerne i rzetelne studium pod tytułem „Synodalność w życiu i misji Kościoła”. Dokument stawia sobie za cel prześledzenie „tradycji synodalności”, albo, by ująć to może lepiej, „synodalności w Tradycji”. W tekście zawarto konkretną próbę prześledzenia „synodalnych momentów” w historii Kościoła. Efekty? Owszem, są, ale ograniczone do bardzo konkretnej praktyki: zwoływania lokalnych synodów biskupów oraz synodów powszechnych pod przewodnictwem papieża, czyli soborów. Z tym każdy zaraz się zgodzi: instytucja synodu biskupów to jest rzeczywiście instytucja starożytna, która w Kościele istniała zawsze, używana wprawdzie z różnym natężeniem, ale wciąż i ciągle obecna. Dlatego nie ma żadnych wątpliwości, że nasz nowoczesny II Sobór Watykański był zgromadzeniem stojącym od strony „technicznej” w tym synodalnym ciągu Tradycji, podobnie jak różne synody lokalne, na przykład Synod Duszpasterski Archidiecezji Krakowskiej za czasów Karola Wojtyły.
Co ma jednak wspólnego ta odwieczna praktyka zwoływania synodu/soboru biskupów z nowoczesną praktyką, w której zwołuje się biskupów i świeckich, żeby „rozmawiali w Duchu”, głosowali i przyjmowali wspólnie dokumenty reformistyczne?
Otóż na tym właśnie polega cały problem: z bardzo zwyczajnej praktyki zwoływania synodów tworzy się nagle jakąś „ideologię synodalną” o zupełnie nowym charakterze.
Spotkania biskupów, którzy korzystając ze swojego wyjątkowego mandatu jako następcy apostołów, już nie wystarczają. Nagle dołącza się do nich kolektywy świeckich, przydając im prawo do współdecydowania. Wszyscy razem, już nie tylko biskupi, ale cały Lud Boży – wszyscy razem na podstawie samego tylko sakramentu chrztu mają radzić, uradzać, doradzać i głosować, żeby współkształtować przyszłość.
Czegoś takiego nigdy nie było. To nie jest starożytny synod, to nie jest średniowieczny sobór; to jest nowość XXI wieku.
Dlaczego nigdy tego nie było? To proste – bo nie było demokracji. W XXI wieku pojawiła się demokracja – i jakiś czas później na tym gruncie wyrosła synodalność.
Przyjrzyjmy się zatem uczciwie i konkretnie: kto i kiedy wpadł na pomysł, że Kościół trzeba „synodalnie zdemokratyzować”?
Otóż o synodalności zaczyna się w Kościele mówić dopiero za pontyfikatu papieża Franciszka. Papież z Argentyny niejako testuje te nowinki w latach 2014 i 2015, kiedy zwołuje do Rzymu dwa synody biskupów, tradycyjne w formie, ale poprzedza je szerokim wypytywaniem wiernych na świecie poprzez ankiety. Wreszcie w 2021 roku ogłasza, że zaczyna się globalny Synod o Synodalności. W 2024 roku do Rzymu przyjeżdżają już nie tylko biskupi, ale również świeccy – i wszyscy razem głosują, przyjmując dokument, który papież czyni oficjalną częścią Magisterium Kościoła.
Między synodem biskupów a synodem całego ludu jest jednak fundamentalna różnica. Skąd się wzięła?
Nowoczesna praktyka synodalna rodzi się w 2019 roku, wraz z dwoma wielkimi wydarzeniami: niemiecką Drogą Synodalną oraz Synodem Amazońskim. To właśnie wtedy pojawia się idea włączenia świeckich w procesy decyzyjne, która jest w prosty sposób przełożeniem warunków społeczeństwa demokratycznego na życie wewnętrzne Kościoła.
W pierwszy dzień Adwentu 2019 Kościół katolicki w Niemczech rozpoczął proces nakierowany na gruntowną zmianę struktur władzy oraz głoszonej doktryny i moralności. Zaczęły się odbywać spotkania synodalne biskupów i świeckich, wspólne głosowania, przyjmowanie dokumentów. Zasada naczelna: wsłuchiwanie się w ducha czasów, w którego poszumie słyszalny miał być głos Ducha Świętego. Droga Synodalna zakończyła się oficjalnie w styczniu 2026 roku; w ciągu ponad sześciu lat przyjęto mnóstwo dokumentów, z których część została wdrożona w życie – na drodze oficjalnej albo nieoficjalnej.
Można zaklinać rzeczywistość i mówić, że synodalność rozumiana jako wspólne spotkania i głosowania biskupów oraz świeckich to praktyka starożytna. Jednak fakty są inne: synodalność opracowali i zrealizowali katolicy w Niemczech.
Ktoś powie, że kontrprzykładem jest Synod Amazoński jako sprawa latynoska, a nie germańska. Wprawdzie na tym zgromadzeniu w 2019 roku głosowali tylko biskupi, ale zgromadzenie opowiadało się za nową rolą świeckich, w tym sensie było zatem awangardą nowego typu synodalności. W dodatku niemiecka Droga Synodalna wyrosła faktycznie z demokratycznych trendów w germańskim Kościele – ruchu Wir sind Kirche, prac Centralnego Komitetu Niemieckich Katolików – ale Synod Amazoński to przecież naturalny owoc Kościoła w Ameryce Łacińskiej. Prawda?
Nieprawda. Synod Amazoński został opracowany w kluczu teologii niemieckiej. Wiodącą rolę odgrywali na nim kardynałowie i biskupi albo wprost z krajów germańskich (Marx, Schönborn, Overbeck), albo też mający germańskie pochodzenie kardynałowie i biskupi z krajów latynoskich (Hummes, Kräutler, Bahlmann). Również oni tworzyli zaplecze intelektualne (Süss, Zulehner, Lobinger). Faktycznie latynoscy przywódcy całej inicjatywy (Bergoglio, Maradiaga, Lopez) działali w kategoriach wypracowanych przez teologię wyzwolenia, którą rozwijali wprawdzie latynosi (Gutierrez, Boff, Camara), ale która została zbudowana na podglebiu intelektualnych teorii wypracowanych przez teologów europejskich, zwłaszcza germańskich (Rahner, Metz, Moltmann) a częściowo także francuskich (vide Congar).
Wcześniej Synod Amazoński został przygotowany przez specjalne zespoły synodalne, powołane w Ameryce Łacińskiej jednak dopiero za pontyfikatu Franciszka i wyrastające z teologii wyzwolenia; cały czas jesteśmy w orbicie tych samych wpływów intelektualnych.
Krótko: Synod Amazoński i Droga Synodalna wyrastały z dokładnie tego samego germańskiego pnia. To właśnie te dwa wydarzenia konstytuują faktyczny początek synodalności Kościoła. To nie anioł objawił synodalność jako konstytutywny wymiar Kościoła. Zrobili to teologowie niemieccy.
Jeżeli chcemy budować dziś Kościół synodalny, to musimy powiedzieć to jasno: realizujemy niemieckie wzorce demokratyzacji Kościoła. Te wzorce są podawane w otoczce starożytnej, ale służy to po prostu „przepchnięciu” tego modelu. Lepiej jest mówić wiernym, że robią coś starożytnego, niż że realizują pomysły Sternberga, Södinga, Bätzinga i Wilmera.
Synodalizując Kościół, będziemy go germanizować i demokratyzować, inaczej się nie da.
Ot, fakty zamiast bajek.
Paweł Chmielewski








