Polak z Wołynia: Pamięć o zbrodni powinna być sakralna i nie może należeć do polityków

- Polacy i Ukraińcy nadal za mało się znają, a pamięć o zbrodni wołyńskiej, która powinna być sakralna, stała się narzędziem polityków po obu stronach granicy – ocenił Walenty Wakoluk, Polak mieszkający od urodzenia na Wołyniu, założyciel i redaktor naczelny polsko-ukraińskiej gazety „Monitor Wołyński”.
Dziennikarz i działacz polskich organizacji na Ukrainie podkreślił w rozmowie z PAP, że ekshumacje, pochówki i upamiętnienie ofiar powinny być wolne od polityki. Sam w 1943 r. stracił w zbrodni wołyńskiej pradziadka i dwie ciotki.
Pan Walenty mówi o sobie, że jest ukrainnym Polakiem. - Jesteśmy tymi XVII-wiecznymi Polakami, którzy z wojskiem koronnym walczyli z Moskalami, Tatarami, Kozakami i Turkami. I tak pozostaliśmy. Gdy ktoś mnie pyta: „A co tu robili Polacy?”, nie mam nawet odpowiedzi. To tak, jakby pytać Łemków czy Ukraińców w Polsce: „A co robili?”. Byli obywatelami Rzeczypospolitej – opowiada w rozmowie z PAP.
Pamięć ofiar Ukraińców na Wołyniu była kultywowana w jego rodzinnym domu odkąd pamięta. - Rok 1943, miejscowość Krasnowola pod Kołkami w okolicach Łucka. Przyszli w nocy. To nie byli miejscowi, tylko ludzie gdzieś z dalszych miejscowości. Zamordowali mojego pradziadka Teofila Brockiego oraz dwie moje ciotki, Zosię i Halinę. Później te wspomnienia się otwierały. Okazało się, że nie tylko dlatego, iż byli Polakami. Ktoś doniósł, że kiedy wojsko sowieckie montowało przez nasze poletko linię czy kabel, ci żołnierze mówili z charakterystycznym winnickim akcentem. Narzekali, że są głodni, ale boją się, że miejscowi mogą ich otruć – wspomina pan Walenty.
- Dziadek Teofil odezwał się do nich takim samym akcentem. Powiedział, że też jest spod Winnicy. Wymienił miejscowości: Lipowiec, Pedosy, Pohrebyszcze. Okazało się, że oni też pochodzili z tamtych stron. Wyniósł im mleko i jedzenie. Sąsiedzi to zobaczyli i donieśli. Banderowcy oskarżyli Polaków o kolaborację z Armią Czerwoną. Potem przyszli i zabili. To był czas wypuszczania demonów. Oczywiście był też rabunek. Chaty obrabowano i spalono – kontyuuje.
- Moja babcia, razem z moją matką, która była jeszcze dziewczynką, z wujem i innymi siostrami, przeniosła zwłoki przy pomocy miejscowych Ukraińców. Ktoś miał trumnę, ktoś nie. Zostali pochowani. Kiedy mam możliwość, przyjeżdżam na te groby – dodaje.
Rodzina Wakoluka miała szczęście trafić na Ukraińców, którzy pomagali Polakom. - Ukrywali również moją rodzinę, która została. Palili nie tylko Brockich, ale także Rożkowskich i Perlików z Krasnowoli. Wincenty Perlik był mężem siostry mojej babci. Ich również przyszli mordować. Dalszą rodzinę Rożkowskich przechowywali ukraińscy sąsiedzi. Ciocię Marynię Tomską z synem Rysiem Ukraińcy przewieźli do Kiwerców, ukrytych pod sianem. Po drodze zatrzymali ich banderowcy, ale zobaczyli tylko siano i puścili dalej. Dobrze, że ukraińska rodzina szybko wyciągnęła ich spod tego siana, bo prawie udusili się od pyłu – relacjonuje.
Pan Walenty został zapytany o to, jak dziś wyglądają relacje między Polakami a Ukraińcami na Wołyniu i czy rozmawiają oni o historii, czy też raczej unika się tego tematu. - Dlatego założyliśmy „Monitor Wołyński”, żeby eksponować polską myśl. Za czasów sowieckich ukształtował się nowy człowiek sowiecki. Ludzie nawet nie wiedzieli, że Polacy tutaj byli – odpowiada.
- Zobaczyłem tam, że ludzie totalnie nie wiedzą, iż tutaj była kiedyś Rzeczpospolita. Trudny jest problem relacji z Ukraińcami. U nich okres Rzeczypospolitej został całkowicie wycięty z pamięci. To dla nich materia nie do przetrawienia – ocenia.
- Cała propaganda sowiecka, a wcześniej carska, pracowała nad tym, żeby Polska kojarzona z Rzecząpospolitą została całkowicie zdewaluowana. Opowiadano historie o „butnych panach”, którzy orali ziemię chłopami ukraińskimi, psuli ukraińskie dziewczyny i „zasiewali burżuazyjne nasienie” – dodaje, wyrażając przekonanie, że prowadzona przez niego gazeta ma służyć dialogowi opartemu na prawdzie.
Rozmówca PAP ubolewa przy tym, że antagonizm polsko-ukraiński jest wykorzystywany przez polityków. - Jeżeli zapyta mnie pan o stosunek do pochówków, ekshumacji czy upamiętnień, powiem, że przestało mi się podobać, kiedy wkroczyła tam polityka. To jest obszar sakralny. Bardzo delikatna materia. Nie wolno mieszać do tego polityków. A oni z obu stron z tego korzystają. Nie wiem, czy z tej mąki będzie chleb. A jeśli będzie, to jaki – wyznaje.
Źródło: PAP / Jarosław Junk







